Deklarację Niepodległości napisali oczytani w europejskiej myśli politycznej, niefanatyczni farmerzy, przeciwni hasłu „wola narodu”. Trump przepisuje tę historię na narodowo-chrześcijańską, rasistowską i seksistowską, by „wziąć w ryzy pijących chardonnay liberalnych intelektualistów”
Kiedy na arenę dziejów wkroczyli ojcowie-założyciele USA (1776), wyróżniali się tym, że swoje racje koniecznie chcieli uzasadnić i to na piśmie. Po raz pierwszy polityczna aktywność miała zyskać argumentację polityczno-filozoficzną. Najważniejsze zagadnienie dotyczyło kwestii: jakie prawo uzasadnia polityczny sprzeciw wobec niesprawiedliwej władzy.
Tę niesprawiedliwość 13 brytyjskich stanów na kontynencie amerykańskim, (1,5 mln mieszkańców tzw. Nowej Anglii) ujrzało w ich opodatkowaniu. Do tej pory cieszyły się one dużą niezależnością od brytyjskiej Korony i minimalnym w stosunku do innych posiadłości brytyjskiej monarchii opodatkowaniem. Ale po wojnie siedmioletniej letniej w Europie (1763), która wydrenowała skarbiec w Londynie, postanowiono go zapełnić pieniędzmi z amerykańskich posiadłości.
Rząd w Londynie ujrzał dla siebie dodatkowy argument w okoliczności, że wojna siedmioletnia rozciągnęła się na terytoria zamorskie, a Wielka Brytania wyrwała z rąk Francji Kanadę – na czym skorzystali amerykańscy koloniści.
Wysłany z Wielkiej Brytanii kontyngent obronny w sile 10 tys. żołnierzy miał chronić kolonistów przed próbą odbicia przez Francuzów zdobytych terytoriów. Koszty utrzymania brytyjskich żołnierzy w postaci podatku na rzecz Korony postanowiono przerzucić na barki amerykańskich kolonistów. Ci powiedzieli twardo „nie”. W samym kontyngencie dopatrzyli się militarnej próby złamania im karku.
Co istotne, sformułowanie na piśmie uzasadnienia dla odmowy złożenia podatkowej daniny reprezentanci 13 amerykańskich stanów oparli na wywodach filozoficznych.
Nie sięgnęli do odległych, antycznych autorów, tylko do współczesnych myślicieli. Wśród nich przede wszystkim do Johna Locke’a. Skoro amerykańskie stany nie posiadały swojej reprezentacji w londyńskim parlamencie, to takie uzasadnienie legitymizowało odmowę podatkowej daniny na rzecz angielskiego króla. Tą logiką posłużyli się członkowie Kongresu Kontynentalnego, pierwszego parlamentu Nowej Anglii, który finalnie i jednogłośnie wydał Deklarację Niepodległości (1776). Czyli w przeciągającym się sporze z Londynem zadecydował o oderwaniu się od Korony.
Oficjalna, nieco fasadowa historia, kreuje nieśmiertelną szóstkę ojców-założycieli: George’a Washingtona, Thomasa Jeffersona, Johna Adamsa, Benjamina Franklina, Aleksandra Hamiltona i Jamesa Madisona.
Pomija się przy tym jeszcze jednego, który amerykańską rewolucję de facto wprawił w ruch. Thomas Paine, zwykły farmer, który zaledwie dwa lata wcześniej przypłynął do Ameryki, pamfletem ze stycznia 1776 roku „Common Sense”, który w liczbie pół miliona trafił pod strzechy amerykańskich kolonistów, rozpalił ich republikańską i niepodległościową wyobraźnię. I sprawił, że w biurach poborowych zjawiali się tysiącami, razem ze swoimi muszkietami.
Co niemniej interesujące, w Kongresie Kontynentalnym w większości nie zasiadali ani prawnicy, ani teolodzy czy polityczni myśliciele, tylko farmerzy. Stąd brało się ich uprzywilejowanie pod względem zasobności portfela, płci i koloru skóry (biali plantatorzy, właściciele niewolników).
Jednocześnie byli oni wyedukowani nie tylko w mowie i piśmie, ale także w teorii filozofii politycznej doby oświecenia.
Swój stan umysłu zawdzięczali nie uniwersyteckim studiom, tylko indywidualnej lekturze. Zarazem świetnie orientowali się w rzeczywistym obrazie zagadnień społecznych z końca XVIII wieku.
Nim reprezentanci 13 stanów sformułowali Deklarację Niepodległości, wielokrotnie dyskutowali pokrewne zagadnienia na forum parlamentów stanowych. I nim Deklaracja Niepodległości ujrzała światło dzienne,
setki Amerykanów formułowało swoje propozycje na piśmie, ulepszało i precyzowało dotychczasowe, wszystkie zakotwiczone w teologii czy teorii myśli politycznej.
Wszystkie te okoliczności czyniły z nich grupę będącą absolutnym ewenementem na osi czasu historii ludzkości. Wprawdzie pachnieli stajnią lub zbożem, ale ich umysły buzowały myślą francuskiego i angielskiego oświecenia.
Przede wszystkim ideami podziału władzy Monteskiusza, krytyki absolutyzmu Locke’a i sprawiedliwości społecznej oraz równości wszystkich wobec prawa Jana Jakuba Rousseau.
Idee te nieśli amerykańskim farmerom drukarze wydający gazety i periodyki. Jeden z nich, Benjamin Franklin, został wysłannikiem do rewolucyjnej Francji. Jako reprezentant jankesów pozyskał od króla Ludwika XVI dziesiątki statków z muszkietami i prochem. Bez tego wyparcie Brytyjczyków i zerwanie Waszyngtonu z Londynem nie byłoby możliwe.
Pomimo że wśród kolonistów dominowali purytanie i kwakrowie, to akurat nadająca ton w kongresie trójka: Washington, Jefferson i Madison, nie należała do żadnego z tych radykalnych wyznań protestanckich. Mało tego, wszyscy trzej świetnie zdawali sobie sprawę z nieszczęść, jakie Europę w XVI wieku pogrążyły w odmęcie wojen religijnych.
Na 13 stanów tylko w Massachusetts wyłącznie purytanie mogli sprawować urzędy. Ale już reprezentacja wszystkich stanów, w pierwszej poprawce do uchwalonej przez 55 delegatów konstytucji (1787), uchwaliła rewolucyjny rozdział religii od państwa i prawo do wolności religijnej.
W USA zrezygnowano z religii państwowej i powiązania sprawowania urzędów z określoną religią. Owszem, ta odegrała i nadal odgrywa istotną rolę w amerykańskiej tożsamości, ale w chwili zakładania USA została całkowicie odseparowana od państwa.
Odrzucono także zasadę woli narodu.
Zdecydował o tym lęk przed nieokiełzaną jego siłą, czy nawet trynią, co wkrótce ujawniło się w rewolucyjnej Francji jakobinów, później wielokrotnie, choćby w faszyzmie, a dziś w populizmie.
Opowiedziano się za systemem rządów reprezentacji (republikanizm). Ci natomiast, którzy mieli sprawować mandat w imieniu innych, musieli uosabiać sobą kompas wartości, oparty na akceptacji republikanizmu, demokracji, a zorientowany na poszanowanie zasady bezpieczeństwa i zamożności ogółu.
Kanon wartości nie obejmował likwidacji niewolnictwa. Zjawisko to owszem, krytykowano. I to najgłośniej akurat z pozycji purytańsko religijnych kwarków. Mimo to, ze względu na powszechną praktykę niewolnictwa i jego wykładnię wśród głównych religii, protestanckich i katolicyzmu, ojcowie-założyciele USA nie zdecydowali się na radykalny krok.
Zarówno protestantyzm, jak i katolicyzm niewolnictwo wyprowadzały z kart Starego Testamentu.
Z kolei w Nowym Testamencie przeciwko niewolnictwu nie podniósł głosu ani Chrystus, ani właściwy założyciel chrześcijaństwa św. Paweł. Ten nawet sugerował: „Pozostań tym, kim jesteś”.
W konsekwencji, w kwestii niewolnictwa ojcowie-założyciele USA widzieli konieczność zawarcia real-politycznego kompromisu. W tym celu przywoływali również wielkie antyczne kultury, Grecji i Rzymu, oparte na niewolnictwie. Ostatecznie, fundamentalna dla nowego politycznego bytu (USA) zasada równości nie uwzględniała
Wkrótce największy przyjaciel Indian Jefferson, który zapewniał ich o „pokoju i przyjaźni”, oświadczył: „Będziemy musieli ich wygnać jak zwierzęta z lasów w Góry Skaliste”.
Sto lat później z populacji szacowanej na 150 tysięcy żyło jeszcze tylko 15 000 Indian. Ta równoczesność występowania progresywnych i konserwatywnie tradycjonalistycznych myśli, co z dzisiejszej perspektywy dziwi, charakteryzuje jednak nie tylko koniec XVIII wieku.
Taka ambiwalencja zupełnie nie jest strawna dla populisty Donalda Trumpa, który 250. rocznicę powstania USA i jego historię od 1776 roku celebruje jako akt ludzkiego olśnienia – wolny od ślepych uliczek.
Już od dłuższego czasu cenzorskie nożyce Białego Domu tną przedsięwzięcia, które konfrontują Amerykanów z ich niejednoznaczną przeszłością.
Kasowane są historyczne wystawy, wyrzucane „nieprawomyślne” lektury szkolne. Wielu intelektualistów zarzuca Trumpowi, że uniemożliwia swobodny proces krytycznego przepracowania amerykańskiej historii.
Przed pół rokiem w Filadelfii rękami pracowników administracji parków narodowych usunięto stojącą na wolnym powietrzu wystawę poświęconą historii niewolnictwa w USA. Przeciwko „próbie przepisywania amerykańskiej historii na niekorzyść czarnoskórej ludności” zaprotestował przewodniczący rady miasta Kenyatta Johnson.
W jego interpretacji usunięcie wystawy szło na konto dekretu prezydenckiego z 27 marca 2025. W nim prezydent żądał, by na „nowo zaprezentować prawdę i logikę amerykańskiej historii”, a zapobiec „upowszechnianiu dzielących ideologii”. Zarządzenie prezydenckie zabraniało eksponowania elementów, które „w nieuprawniony sposób“ szkalowałyby Amerykanów. „Za dużo woke”, za mało „sukcesów” i „perspektyw przyszłości”. Jak w inkryminowanej w dekrecie wystawie w Filadelfii. Ta miała się odbyć w gmachu, w którym oficjalnie rezydował George Washington, pierwszy prezydent USA, kiedy miasto pełniło rolę prowizorycznej stolicy kraju.
Washington, syn bogatego właściciela niewolników, mieszkał w gmachu razem z dziewięcioma niewolnikami, których niejednokrotnie wymieniał na rum. Wystawa ukazywała niewolnictwo jako zjawisko organicznie splecione z historią USA. Jeszcze w połowie XIX wieku zainteresowani zakupem niewolników klienci macali ich, szczypali w pośladki, zaglądali w gardła – po to tylko, by jak najlepiej zainwestować swoje pieniądze.
Przy okazji prezydencki dekret, który rozwodził się nad „ruchem rewizjonistów”, chcących USA sprowadzić do rasistowskiego kraju, nakazał usunąć tablice w Karolinie Południowej informujące o ryzykach związanych ze zmianą klimatu.
Sprawa skasowania wystawy trafiła do sądu. Sędzina Cynthia M. Rufe wydała wyrok nakazujący ponowne zaprezentowanie wystawy. W uzasadnieniu napisała, że „rząd USA nie posiada prawa do tuszowania historycznej prawdy”. Powołała się przy tym na powieść George’a Orwella „1984” o dystopijnym państwie autorytarnym. I przywołała występujące na jej kartach „Ministerstwo Prawdy”, razem z jego dewizą „niewiedza jest siłą”.
Tymczasem Trump nakazał przeprowadzenie kontroli eksponatów i historycznej ich wykładni w serii renomowanych muzeów:
W tym ostatnim zarządzanym właśnie przez Smithsonian Institution największym na świecie kompleksie muzeów i ośrodków badawczo-edukacyjnym, Trump zażądał , by wymieniono urzędującą dyrektorkę Kim Sajet, jego fotografię i podpis pod nią. Informował on, że przeciwko Trumpowi jako pierwszemu prezydentowi w dziejach USA
aż dwukrotnie w Kongresie wytoczono procedury postawienia w stan oskarżenia (impeachment) za „nadużywanie władzy” i „podżeganie do buntu”.
Generalnie, w dekrecie prezydenckim na cenzurowanym znalazły się „lewicowe ciągoty” jak plakaty antywojenne, historia powstań robotniczych czy transparenty ruchu „Black Lives Matter”. Plany projektów, wystaw, katalogi i programy bieżących wystaw miałyby od teraz być przedkładane administracji państwowej.
Trump nie jest ewenementem. Manipulowanie historią należy do ulubionych dyscyplin, w których pod każdą szerokością geograficzną ćwiczą się populiści wszystkich pokoleń nowożytnego okresu. Kontrola nad historią pozwala, jak twierdzi Orwell, zapanować nad teraźniejszością i przyszłością. W nowożytnych czasach przedsięwzięciu patronuje Fryderyk II Hohenzollern, król pruski, który wsławił się tym, że I Rzeczpospolitą postanowił oskubać rozbiorami – „jak karczocha, listek po listku”.
Nieco wcześniej, kiedy w dzień Bożego Narodzenia 1740 roku zbójecko odebrał cesarzowej Marii Teresie Śląsk, perłę posiadłości Habsburgów, zwrócił się do swoich historyków, by
post factum „uzasadnili jego historyczne prawa do Śląska”.
Atak Trumpa na muzea wpisuje się w prowadzoną przez niego wojnę kulturową. Wcześniej kneblował uniwersytety, media i kancelarie prawnicze. Tak jak i narodowe centrum kultury „Kennedy Center” w Waszyngtonie.
Autorytarny prezydent chciałby zdusić wolność wypowiedzi i ukonstytuować wykładnię – tłumaczy amerykański historyk Donald Nieman.
Historia USA według Trumpa – kontynuuje Nieman – „układa się banalnie prosto. Przypomina stale wznoszącą się linię, w kierunku wolności, równości, naszpikowaną niezliczonymi sukcesami amerykańskiej nacji”. Motywację Trumpa Nieman rozszerza o niepohamowaną żądzę „wzięcia w ryzy pijących chardonnay liberalnych intelektualistów – tym razem ku uciesze swojego twardego elektoratu”.
Prezydent wyrzuca na makulaturę dorobek badań historycznych i socjologicznych od lat 1960. Oraz „przepracowanie” przez amerykańskie społeczeństwo historycznych zakrętów: niewolnictwa, rasizmu, dramatu wojny domowej 1860-1865, Ku-Klux-Klanu, zabójstwa M.L Kinga. W ten sposób Trump próbuje zawrócić wskazówki zegara do lat 1950., ostatniej dekady „wielkiej Ameryki”.
Wcześniejsi prezydenci amerykańscy, owszem, nie stronili od interpretacji historii. W tym szeregu najbardziej ochoczo kroczyli Woodrow Wilson, Theodore Roosevelt, Richard Nixon, Jimmy Carter czy Barack Obama. Istotna różnica polega na tym, że próba utrzymania kontroli nad pisaną przez siebie historią następowała z chwilą ustąpieniu z urzędu – na kartach pamiętników. Zarazem w umiarkowanym stopniu.
Posunięcia Trumpa w zakresie kultury pamięci są niszczące dla demokracji. Żywi się ona przecież wolnością wypowiedzi, swobodą badań naukowych i ich interpretacji.
Już w trakcie swojej pierwszej kadencji powołał Trump 1776-osobową komisję, skupiającą osobistości z prawicowymi przekonaniami, w większości nie-historyków. Reaktywował ją rok temu, by przygotowała rocznicowy program uroczystości 4 lipca (2026), zapełniając go defiladami i wydarzeniami, które gloryfikowałyby 250 rocznicę powstania USA i istnienie wyjątkowego, amerykańskiego narodu.
Na szczęście, poniżej poziomu federalnego funkcjonuje sieć muzeów i instytucji edukacyjnych, finansowanych przez poszczególne stany czy gminy. Na nie administracja Trumpa nie ma żadnego wpływu. Tak jak na analogicznie funkcjonujące uniwersytety i college, finansowane przez miasta i poszczególne stany.
Historyk, politolog i watykanista, prof. na Uczelni Korczaka w Warszawie i Uniwersytecie we Freiburgu.
Historyk, politolog i watykanista, prof. na Uczelni Korczaka w Warszawie i Uniwersytecie we Freiburgu.
Komentarze