Nie wygląda jak ekstremista i nie zachowuje się jak fanatyk. Nick Fuentes uczy dziś miliony młodych Amerykanów, jak śmiać się z Zagłady, gardzić kobietami i traktować nienawiść jak rozrywkę. Ten tekst jest o tym, jak skrajność przestała krzyczeć i zaczęła mówić spokojnie i przekonująco – do kamery, ze sponsorami i czasem antenowym.
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankietyPięć dni w tygodniu wieczorami tysiące ludzi siadają przed ekranami, by słuchać Nicka Fuentesa. Ma 27 lat, mieszka na przedmieściach Chicago, zwykle występuje w ciemnym garniturze i krawacie. Wygląda jak młody prezenter wiadomości albo ambitny asystent kongresmena. Z tą różnicą, że jego wykłady dotyczą „zagrożeń płynących z niebiałej imigracji”, feminizmu i – jak sam to ujmuje – „zorganizowanego żydostwa”. Swoich fanów nazywa „groyperami”. Ich wspólnotą jest gniew. Nazwa pochodzi od przerobionej wersji internetowego mema z żabą Pepe, który skrajna prawica przejęła kilka lat temu jako własny znak rozpoznawczy.
Określają się oni jako chrześcijańscy nacjonaliści. Walczą z prawami kobiet, osób LGBT, wielokulturowością i imigracją. W ich wizji Ameryka ma być jednolita etnicznie, zamknięta i podporządkowana „tradycyjnemu porządkowi”.
Fuentes uczynił z nich nie tyle widownię, ile formację polityczną. Od 2019 r. jego zwolennicy zaczęli systematycznie atakować bardziej „mainstreamowe” środowiska prawicy. Ich głównym celem stała się organizacja Turning Point USA i jej założyciel,
Charlie Kirk – młody konserwatywny aktywista, który dla Fuentesa był symbolem zdrady. Zbyt proizraelski, zbyt miękki wobec liberalnej kultury, zbyt skłonny do kompromisów.
Groyperzy pojawiali się na spotkaniach Turning Point, przerywali wystąpienia, zadawali pytania mające skompromitować prelegentów, zalewali media społecznościowe kpinami i oskarżeniami. Fuentes nazywał to „wojną groyperów” – oddolnym ruchem, który miał wypchnąć dotychczasowych liderów nurtów konserwatywnych z ich pozycji.
Ten konflikt był czymś więcej niż personalną rywalizacją. Ujawniał pęknięcie w amerykańskiej prawicy: między tymi, którzy chcieli zachować pozory instytucjonalnej polityki, a tymi, którzy dążyli do jej radykalnego przepisania. Fuentes otwarcie mówił, że jego zadaniem jest „pchać wszystko dalej”, nawet jeśli oznacza to oskarżenia o rasizm czy antysemityzm. „Kiedy partia znajdzie się tam, gdzie my jesteśmy dziś, nikt nie będzie pamiętał, kto to zrobił” – powtarzał.
Gdy Charlie Kirk zginął w zamachu, internet natychmiast wypełniły spekulacje. W części liberalnych mediów pojawiła się teza, że sprawca może być związany z groyperami. Fuentes zareagował błyskawicznie. Publicznie ogłosił, że jego środowisko jest „wrabiane”, że oskarżenia opierają się na „zerowych dowodach” i są wynikiem paniki ludzi, którzy „wczoraj pierwszy raz usłyszeli słowo ‘groyper’”. W tej reakcji nie było refleksji nad własną retoryką ani prób zdystansowania się od przemocy jako takiej. Była za to obrona marki i terytorium.
Śmierć Kirka nie skłoniła Fuentesa do zmiany tonu. Pozostał przy swojej strategii: odcinać się od Turning Point, jednocześnie podtrzymując klimat wojny kulturowej, w którym przeciwnik nie jest partnerem sporu, lecz wrogiem. „Groyperzy” mieli nadal funkcjonować jako awangarda – luźna, internetowa, trudna do uchwycenia, ale stale obecna tam, gdzie konserwatywna Ameryka próbuje jeszcze zachować formę.
Fuentes tłumaczy im, że Partia Republikańska Donalda Trumpa jest zbyt miękka, zbyt mało radykalna, zbyt uwikłana w interesy Izraela. Jego obsesja na punkcie państwa żydowskiego nie ma nic wspólnego z losem Palestyńczyków czy wojną w Gazie. W jego narracji Żydzi są źródłem „większości problemów współczesnego świata”. Hitler bywa u niego „naprawdę zajebisty”, a Zagłada – sprowadzona do porównania z pieczeniem ciastek. To język, który zdejmuje z historii jej ciężar i zamienia ją w prowokacyjny rekwizyt.
Jeszcze niedawno ten młody prowokator funkcjonował w mrocznych i wstydliwych zaułkach na amerykańskiej prawicy. Dziś jest o krok od głównego nurtu. W ciągu kilku tygodni pojawił się w serii dużych programów, aż wreszcie spędził dwie godziny na rozmowie z Tuckerem Carlsonem – w przyjaznej atmosferze, bez dystansu, bez krytycznych pytań. Rozmawiali o chrześcijańskim syjonizmie, o „globalistach”, o Ameryce. Fuentes mimochodem wyznał sympatię do Stalina.
Ta rozmowa uruchomiła na prawicy wojnę domową. Starsi republikańscy politycy, jak wpływowi senatorowie Mitch McConnell i Ted Cruz, potępili Carlsona za wpuszczenie Fuentesa na salony. Konserwatywne think tanki zaczęły się miotać między odcinaniem się od antysemityzmu a kokietowaniem nowej, jeszcze bardziej radykalnej niż dotychczas publiczności. Dla patoinfluencera był to moment triumfu. Ogłosił swoim widzom, że „groyperyzm” wchodzi do polityki głównego nurtu. Że jest już „wewnątrz systemu”.
Fuentes nie jest ani ekscentrycznym ideologiem, ani przypadkowym radykałem internetu: to model ekstremizmu epoki cyfrowych platform, w którym nienawiść nie potrzebuje już programu politycznego ani masowego ruchu, bo działa jako format — powtarzalny, skalowalny i zdolny przesuwać granice debaty szybciej, niż instytucje są w stanie je odtwarzać. Jego siła polega na tym, że rozumie mechanikę epoki. Fuentes nie próbuje przekonywać do swoich poglądów. On przesuwa granice i bada, jak daleko można się jeszcze posunąć. Normalizuje skrajność, zamienia ją w styl, w rytuał codziennego oglądania, w formę rozrywki.
W noc wyborczą 2024 r. napisał w mediach społecznościowych: „Twoje ciało, mój wybór. Na zawsze”. Wpis zobaczyło ponad 90 milionów ludzi. W amerykańskich szkołach chłopcy zaczęli powtarzać to dziewczynom na korytarzach.
Choć został wyrzucony z YouTube’a, na X jego zasięgi eksplodowały. Jego podcast przez pewien czas był najpopularniejszy na Spotify, wyprzedzając samego Joe Rogana. To czyni go groźnym. Fuentes nie wygląda jak demon, tylko jak ktoś, kogo można zaprosić do studia, posadzić naprzeciwko, potraktować jak jeden z wielu głosów w debacie publicznej. A on właśnie na to czeka i na tym zyskuje: wciąga ekstremizm do rozmowy, do obiegu, do codzienności. Nie burzy systemu z zewnątrz. Próbuje go przepisać od środka.
Nie trzeba dziś słuchać Fuentesa, żeby żyć w świecie, który współtworzył. Wystarczy zajrzeć na platformy społecznościowe, gdzie antysemickie memy funkcjonują jako żart „dla wtajemniczonych”. Jego język nie pozostał w niszy: przeniknął do codziennych relacji między młodymi ludźmi, do internetowych rytuałów upokorzenia, do sposobu mówienia o historii jako o czymś „przesadnie przeżywanym”. To krajobraz po tym, co zrobił Fuentes: świat, w którym nienawiść nie musi krzyczeć, bo nauczyła się mówić półgłosem; w którym ekstremizm nie wchodzi drzwiami, lecz wślizguje się bocznym wejściem, pod postacią ironii, stylu i „alternatywnego punktu widzenia”.
Pomimo mainstreamowych sukcesów medialnych Fuentes znajduje się na skraju amerykańskiej prawicy.
Mówienie o kimś, że stoi „na prawo od niego”, nie oznacza więc kolejnego stopnia konserwatyzmu, lecz wejście w obszar, gdzie polityka styka się z językiem wojny rasowej, wielkoskalowej przemocy i czystości krwi.
Po tej stronie nie ma klasycznych polityków. Są raczej prorocy chaosu i administratorzy nienawiści. Andrew Anglin, twórca portalu The DailyStormer, mówi wprost językiem terroru. Środowiska skupione wokół Atomwaffen Division wyznają „akceleracjonizm” – wiarę, że świat należy pchnąć ku rozpadowi poprzez przemoc. James Mason, autor Siege, stał się dla nich czymś w rodzaju patrona duchowego. W tej samej logice zanurzony był manifest Patricka Crusiusa, sprawcy masakry w El Paso: polityka jako zapowiedź wojny ras. Jest wreszcie David Duke, dawny lider Ku Klux Klanu – bardziej archaiczny, ale też bardziej bezwstydny w swoim rasizmie.
Na ich tle Fuentes jawi się jako figura metapolityczna. Próbuje ubrać nienawiść w kostium katolickiej ascezy i teorii kultury. Dla skrajnie prawicowego patoinfluencera seks nie jest prywatną sprawą ani sferą intymności, lecz polem ideologicznej wojny. Ogłasza się „dumnym incelem”, ale zarazem próbuje tę etykietę odwrócić: twierdzi, że seks z kobietą jest „gejowski”, a jedyną godną postawą dla heteroseksualnego mężczyzny jest „aseksualność”.
W tym osobliwym wywodzie pobrzmiewa logika środowisk incelowskich: pogarda dla „zwykłych chłopaków”, którzy żyją w relacjach z jedną kobietą, bo są jedynie „simpami”, wykastrowanymi uczestnikami „feministycznej gry”. Ta gra – w jego ujęciu – polega na demontażu patriarchatu, czyli na obalaniu naturalnego porządku świata i cywilizacyjnym regresie. Gdy ton kulturze nadają kobiety, pojawia się „hookupculture”, a wraz z nią rozpad małżeństwa jako instytucji oraz tzw. hipergamia: przekonanie, że „10 procent mężczyzn śpi z 50 procentami kobiet”, podczas gdy reszta staje się niewidzialna. Stąd opowieść o „epidemii samotności mężczyzn” – 80 proc. młodych pozostaje poza rynkiem pożądania, bo kobiety interesują się wyłącznie „topem”, nawet jeśli muszą go współdzielić.
Fuentes nie widzi analogicznej samotności kobiet: kobieta, mówi ta logika, zawsze znajdzie partnera. Zresztą nawet nie musi – bo nową walutą nie jest już akt seksualny, lecz „atencja” zdobywana na Instagramie. Jego „etyka” to więc nie pochwała wstrzemięźliwości, lecz gniewna teologia resentymentu: świat, w którym mężczyzna nie rządzi pożądaniem, jest światem zepsutym, a osobista frustracja zostaje przepisana na metafizykę upadku Zachodu.
Niedawno do sieci trafiło nagranie z nocnego autobusu w Miami. Widać na nim Nicka Fuentesa w towarzystwie Andrew Tate’a, jego brata Tristana i kilku innych gwiazd tzw. manosfery. Jadą do klubu, śmieją się, kiwają głowami w rytm piosenki. To nie jest zwykły utwór, tylko blokowana przez platformy kompozycja Kanye Westa z refrenem „Heil Hitler”. W pewnym momencie ktoś wykonuje nazistowski salut. Ktoś inny krzyczy: „Jews mad!”. Później ta sama grupa doprowadza do tego, że piosenka zostaje puszczona już w samym klubie, między stolikami z butelkami szampana.
Nie jest to incydent w sensie obyczajowym, coś, co można zbyć jako „zły żart” albo prowokację podchmielonych dwudziestolatków. To demonstracja światopoglądu, który od dawna jest rdzeniem działalności Fuentesa. Antysemityzm nie pojawia się tu w formie manifestu czy wykładu – przychodzi jako rozrywka, jako muzyka do tańca, jako element stylu życia. Nazizm zostaje odklejony od historii i zamieniony w gadżet kultury klubowej, w mem, w gest do kamery.
To właśnie czyni Fuentesa i ludzi z jego kręgu tak niebezpiecznymi. Nie próbują nikogo przekonywać za pomocą argumentów. Normalizują nienawiść przez banalność. Sprawiają, że „Heil Hitler” staje się refrenem na parkiecie, a salut – częścią zabawy. W tym świecie nie ma już miejsca na wstyd ani na pamięć. Jest tylko adrenalina, poczucie wspólnoty i satysfakcja z tego, że „kogoś to zaboli”.
Reakcja władz Miami i organizacji żydowskich była jednoznaczna: oburzenie, potępienie, pytania, jak to w ogóle było możliwe. Klub przepraszał i zapowiadał „wewnętrzne dochodzenie”, ale sedno problemu leży gdzie indziej. Fuentes nie działa w próżni. Jest produktem epoki, w której skrajność staje się formą autopromocji, a nienawiść – walutą w obiegu uwagi. On nie krzyczy „Heil Hitler” na wiecu. On robi to w drodze na imprezę, w świetle neonów i smartfonów. I właśnie dlatego dociera dalej, niż kiedykolwiek marzyli klasyczni ekstremiści.
W rozmowie z Piersem Morganem Fuentes na chwilę przestał być królem własnego, bezpiecznego studia. Trafił na teren, gdzie ktoś nie kiwa głową, lecz dopytuje, przerywa, zmusza do doprecyzowania. I właśnie wtedy jego światopogląd odsłonił się w całej swojej brutalnej prostocie.
Zapytany o antysemityzm nie zaprzeczał. Mówił o „żydowskiej władzy”, o „żydowskich interesach”, o tym, że Ameryka została – jego zdaniem – przejęta przez ludzi, którzy nie są jej „prawdziwymi gospodarzami”. Morgan próbował sprowadzić rozmowę na grunt faktów, historii, realnych konsekwencji takiego języka. Fuentes odpowiadał półuśmiechem. Gdy padło nazwisko Hitlera, nie było w nim ani wahania, ani dystansu. Dla niego to nie był zbrodniarz, lecz figura „kontrowersyjna”, „demonizowana przez zwycięzców”. W pewnym momencie zabrzmiało to niemal jak usprawiedliwienie: historia, mówił, jest pisana przez tych, którzy wygrali.
Najbardziej uderzające było jednak to, z jaką swobodą łączył antysemityzm z mizoginią. Fuentes mówił o kobietach jak o problemie społecznym, o feminizmie jak o chorobie, która zniszczyła Zachód. Sugestie, że kobiety „naturalnie” powinny podporządkować się mężczyznom, że nowoczesna równość jest oszustwem, padały z ust 27-letniego mężczyzny w garniturze, tonem wykładowcy tłumaczącego prawa fizyki. Kiedy Morgan próbował skonfrontować go z realnym światem – z pracującymi, niezależnymi kobietami, z ich prawem do decydowania o sobie – Fuentes reagował ironią, jakby rozmówca nie rozumiał elementarnych praw rządzących rzeczywistością.
Ten wywiad nie był medialną wpadką Fuentesa. Był pokazem jego metody. Mówił spokojnie, logicznie, jakby opisywał mechanizm zegarka. Hitler staje się u niego „postacią historyczną”, Żydzi – „grupą interesu”, prawa kobiet i emancypacja – „błędem nowoczesności”. Zło zostaje przetłumaczone na język chłodnej analizy.
W tym właśnie tkwi jego siła. Fuentes nie potrzebuje marszów z pochodniami, wystarczy mu studio telewizyjne, kamera i czas antenowy. Resztę zrobi ton głosu, pewność siebie i przekonanie, że wszystko – nawet nienawiść – da się sprzedać jako „alternatywny punkt widzenia”.
W jednym z klipów krążących po YouTubie, opatrzonym tytułem „Nick Fuentes Laughs at Poland”, mężczyzn pozwala sobie na kilka zdań, które dla polskiego odbiorcy brzmią jak zimny prysznic. Kpi z Polski jako kraju „obsesyjnie” wrogiego Hitlerowi, sugeruje, że Polacy powinni „odpuścić” swoją historię i przestać żyć przeszłością. W jego tonie nie ma ani ciekawości, ani elementarnej próby zrozumienia. Jest za to lekki śmiech – ten sam, którym posługuje się, gdy mówi o Zagładzie czy o „demonizowaniu” nazizmu.
To drobna scena, kilkadziesiąt sekund internetowego materiału, ale dobrze odsłania mechanizm, którym Fuentes się posługuje. Cierpienie całego kraju zostaje sprowadzone do irytującej fanaberii, do przeszkody w „normalnym” stosunku do Hitlera. Polska – z jej doświadczeniem okupacji, masowych egzekucji, obozów zagłady – pojawia się tu jedynie jako przykład nadwrażliwości, jako peryferyjny aktor, który nie rozumie, że historia powinna już „przestać przeszkadzać”.
Stawka tej opowieści nie dotyczy Nicka Fuentesa jako osoby ani nawet jego poglądów, tylko granicy, której liberalne społeczeństwa coraz częściej nie potrafią już obronić: różnicy między sporem a normalizacją, między wolnością słowa a zaproszeniem do wspólnej przestrzeni symbolicznej. Fuentes działa skutecznie nie dlatego, że ma rację, lecz dlatego, że funkcjonuje w świecie, który przestał umieć powiedzieć „nie” bez wahania i bez przypisów. W świecie, w którym każda skrajność może zostać sprzedana jako „kontrowersyjny głos”, pamięć jako „nadwrażliwość”, a nienawiść jako „alternatywna narracja”.
Jeśli ta granica dalej będzie się przesuwać, Fuentes okaże się nie anomalią, lecz zapowiedzią: nie przyszłego totalitaryzmu, lecz codzienności, w której zło nie potrzebuje już przemocy ani marszów — wystarczy mu kamera, ironia i czas antenowy.
Komentarze