0:000:00

0:00

Poznałam ją, gdy oprowadzała znajomych po swojej wystawie Biz Karapaim Chałykpyz (Jesteśmy zwykłymi ludźmi). Stała akurat przed pracą pokazującą grupę Kazaszek przesiedlonych z chińskiego Sinciangu. Jej bohaterki siedziały wokół nakrytego kolorową ceratą stołu, na którym stał talerz z połamaną na kawałki lepioszką (płaski, okrągły chleb charakterystyczny dla całej Azji Środkowej), metalowy czajnik i pijałki, czyli niewielkie czarki, w których w tym regionie pija się herbatę. Kobiety były w różnym wieku, ale raczej starsze, miały chustki na głowach i proste, robocze ubrania. U jednej na kolanach siedziało dziecko.

Saule pracuje techniką kolażu. Do wyklejania używa celofanowych torebek. Z dumą pokazywała, jak udało się jej odtworzyć opaloną tylko do połowy ramienia rękę jednej z kobiet.

- Zobaczcie, to taka opalenizna typowa dla ludzi pracujących fizycznie na świeżym powietrzu. Przedramiona smagłe, a kawałek powyżej łokcia zaczyna się jasna skóra. Udało mi się znaleźć takie dwa kawałki folii, które dobrze to odzwierciedlają.

Postać kobiety jest świetna. Niby schematyczna, bo takie są figury wyklejone z folii, ale artystce udało się idealnie oddać jej spracowaną sylwetkę, charakterystyczny dla starszych, ale wciąż sprawnych fizycznie osób sposób siedzenia z ręką wspartą o udo i te dwa kolory skóry: brązowy, bo opalony, na dłoniach i przedramionach oraz jaśniejszy wyżej. W ogóle cały kolaż jest świetny. Mocny, wyrazisty, ze szczegółami, które każdy znający region natychmiast wychwyci, jak na przykład plastikowe klapki na nogach kobiet czy typowe wzory na piajłkach.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

Kiedy Saule skończyła opowiadać, znajomy, z którym przyszłam na wystawę, przedstawił mnie. Powiedział, że jestem dziennikarką z Polski i piszę o tym, jak w Kazachstanie zareagowano na napaść Rosji na Ukrainę.

- O, to coś muszę pani pokazać – i zaprowadziła mnie do innej pracy, wiszącej kawałek dalej.

- To Mariupol. Rodzina siedzi w piwnicy. Prawie po ciemku, światło sączy się tylko z małego okienka pod sufitem. No i z tabletu, w który wpatruje się dwójka dzieci. A tę czarną folię wzięłam z takich worków, w jakie pakuje się trupy. Symbolicznie.

Praca jest zatytułowana „Życie w piwnicy. Pamięci Mariupola”. To najnowsze dzieło wśród zgromadzonych na wystawie. Saule Sulejmenowa skończyła je w maju, kiedy do Mariupola weszły rosyjskie wojska. To także jedyna praca poświęcona wydarzeniom spoza Kazachstanu. W ten sposób Saule chciała oddać hołd obrońcom Ukrainy i całemu jej społeczeństwu, cywilom, zwyczajnym ludziom, takim jak inni zwyczajni ludzie, którym przecież poświęcona jest cała wystawa.

Saule Sulejmenowa, „Życie w piwnicy. Pamięci Mariupola"
Saule Sulejmenowa, „Życie w piwnicy. Pamięci Mariupola", 2022

Krwawy styczeń w Ałmaty

Tytuł wystawy, „Jesteśmy zwykłymi ludźmi”, to hasło z transparentu, z którym Kazachowie wyszli na demonstrację w czasie wydarzeń z początku 2022 roku, nazwanych w Kazachstanie Krwawym Styczniem. Protesty wybuchły najpierw na zachodzie kraju, gdy władze po raz kolejny podniosły ceny gazu. Szybko jednak rozlały się po całym kraju. Najtragiczniejszy obrót przybrały w Ałmaty, starej stolicy i zarazem największym kazachskim mieście. Wśród tysięcy pokojowo nastawionych demonstrantów znaleźli się prowokatorzy, a władza odpowiedziała ogniem.

Prezydent kraju Kasym-Żomart Tokajew wezwał nawet na pomoc wojska z Rosji, Armenii i Kirgistanu. Wszystkie te państwa razem z Kazachstanem należą do Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, sojuszu wojskowego zrzeszającego część krajów poradzieckich. Według oficjalnych danych w czasie kilku dni niepokojów zginęło ponad sto osób, nieoficjalnie mówi się, ze liczba ofiar mogła być znacznie wyższa.

Oficjalna wersja władz jest taka, że zamieszki wykorzystały wrogie Kazachstanowi siły zewnętrzne, które chciały zdestabilizować państwo oraz współpracująca z nimi część lokalnych elit, mająca nadzieję przejąć władzę.

Dziwne jednak, że żadnych obcych terrorystów nigdy ludziom nie pokazano, a prześladowana po styczniowych wydarzeniach jest głównie polityczna opozycja oraz osoby broniące praw człowieka i prodemokratyczni aktywiści. Jedynym namacalnym efektem styczniowych wydarzeń jest faktyczne odsunięcie się w cień byłego prezydenta Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa, który choć od 2019 roku nie był prezydentem, wciąż miał w kraju bardzo ważną pozycję (i tytuł Elbasy, ojca narodu). Władza wykorzystała słuszny gniew społeczny, żeby dokonać przetasowań we wysłanych szeregach.

- 6 stycznia ja z Tao, czyli z moim wnukiem, wyszłam ze szpitala – opowiadała mi Saule, kiedy umówiłam się z nią na wywiad. - Wróciliśmy do domu, przyszły do nas bardzo przestraszone i wstrząśnięte moje córki. Obie były na placu. Rozmawiały z ludźmi, widziały ten transparent: Karapaim chałykpyz. Ludzie go zrobili, bo chcieli pokazać, że wbrew temu, co opowiada władza, nie są żadnymi terrorystami. A już wcześniej Tokajew dał rozkaz, by strzelać bez uprzedzenia, żeby zabić. I po tym, jak nasze dziewczyny wróciły do domu, zaczęła się prawdziwa jatka. Strzelali bez przerwy. Prawie wszyscy, którzy nieśli ten transparent, zostali zabici. Potem postanowiłam właśnie tak nazwać swoją wystawę.

Qandy qantar, czyli Krwawemu Styczniowi na wystawie Saule Sulejmenowej jest poświęcona cała odrębna sala. Duża, zupełnie pusta, tylko każda z dziesiątek niewielkich szybek w oknach przysłonięta jest czerwoną foliową torebką. Na jednaj ze ścian wisi ogromna praca „Niebo nad Ałmaty”. Przedstawia Plac Republiki, na którym zbierali się demonstranci i gdzie do nich strzelano. Zrobiona jest z foliówek tylko w czterech kolorach: białych, czarnych, czerwonych i szarych. W kwietniu, przystępując do pracy, Saule ogłosiła, że zbiera takie torebki, nawet specjalnie w tym celu założyła konto na tik toku. I mieszkańcy Ałmaty znosili jej te torebki przez kilka dni. Praca jest wstrząsająca, zwłaszcza jak się już zna historię nazwy wystawy. Krwawa czerwień budynków kontrastuje z przytłaczającą szarością nieba jakby duszącego miasto.

sala z ozdobnymi oknami zaklejonymi czerwoną folią, w tle kolaż przedstawiający czerwone miasto i szare niebo
Saule Sulejmanowa, „Niebo nad Ałmaty. Krwawy styczeń", 2022

Orałmani i inni „gorsi"

Foliowe kolaże Saule robi od 2016 roku. Moja pierwsza myśl, kiedy je zobaczyłam: kazachska Małgorzata Mirga-Tas! Z polsko-romską artystką słynącą z wielkoformatowych kolaży, której prace były w tym roku pokazywane w polskim pawilonie w czasie weneckiego biennale wiele ją łączy. Nie tylko technika kolażu i sposób dobierania materiału (prostego, taniego artystycznego recyklingu, tworzenia czegoś pięknego z rzeczy pozbawionych wartości, ze śmieci). Dobór materiałów jest tu nieprzypadkowy - obie poświęcają uwagę codzienności, ich bohaterkami często są kobiety. Pokazują świat tych mniej uprzywilejowanych, żeby nie powiedzieć dyskryminowanych segmentów społeczeństwa. U Mirgi-Tas są to Romowie, u Sulejmenowej na przykład Orałmani – tak zwani przesiedleńcy, czyli Kazachowie, którzy po 1991 roku, za namową rządu, wrócili do Kazachstanu. Część z nich przyjechała z Chin, część z Mongolii, pozostali z Uzbekistanu. Te pierwsze dwie grupy uciekły jeszcze przed rewolucją październikową, a właściwie przed wywołanym przez nią głodem. Wrócili, bo rząd niepodległego Kazachstanu im obiecał, że wreszcie będą mogli godnie żyć, ale nie potrafił lub nie chciał im tego zapewnić.

Orałmani są często dyskryminowani. Jak pisał dziennikarz Andrej Griszyn, takie tytuły jak: „Orałmani – czynnik ryzyka”, „Dariga Nazarbajewa [córka pierwszego prezydenta] została poproszona o wysiedlenie Orałmanów z Żanaozenu”, „W obwodzie ałmatyńskim rozwija się skandal wokół Orałmanow”, to w kazachskiej prasie codzienność. Wielu z przyjezdnych nie zna rosyjskiego, przez co w rosyjskojęzycznych miejscowościach są dyskryminowani. Wielu żałuje, że zgodziło się wrócić do dawnej ojczyzny. Saule portretuje życie kobiet z tej społeczności, z czułością patrzy na ich obyczaje, znacznie bardziej tradycyjne niż Kazachów, którzy przez dodatkowych kilkadziesiąt lat poddawani byli rusyfikacji.

Zresztą Saule, żeby pokazywać dyskryminowane grupy, nie musi uciekać się do portretowania Orałmanów. Gorszy status, zwłaszcza w miastach, mają wszyscy Kazachowie niemówiący po rosyjsku, ci, którzy przyjeżdżają z aułów (kazachskie wsie).

– Ludzie w moim wieku i starsi wciąż jeszcze mają tyle nienawiści do wszystkiego, co kazachskie. – opowiadała Saule. - To tak, jakby nienawidzili siebie samych.

Używają tych wszystkich obraźliwych nazw wymyślonych przez Rosjan: Mambiety [od imienia Mambet, które jest lokalną, zniekształconą wersją imienia Mohammad], kałbity [od starodawnego arabskiego plemienia], czornożopy [czarnodupi]. Nie rozumiem, jak można z taką pogardą odnosić się do własnego narodu.

Na otwarcie mojej wystawy przyszła znajoma i mówi: przedstawiasz Kazachów jako takie potwory, jakimi faktycznie są. I dlatego zasłużyli na wszystko, co ich spotyka. Zasłużyli na krwawy styczeń. Och, ty idiotko, pomyślałam sobie. A ona jeszcze do mnie: zgadzasz, się, zgadzasz? Odpowiedziałam jej tylko: nie, nie zgadzam się. Nie miałam siły powiedzieć nic więcej. Chciała ode mnie solidarności w nienawidzeniu naszego własnego narodu. Straszne to było.

Takie jest dziedzictwo ZSRR i rosyjskiego kolonializmu. W czasach radzieckich wszystko, co kazachskie kojarzone było z zacofaniem, z przeżytkiem, który należy zwalczać jako przeszkodę w rozwoju. - Jak mówiło się na kazachską dombrę? – pyta mnie o sowieckie powiedzonko na temat kazachskiego tradycyjnego instrumentu muzycznego i zaraz sama sobie odpowiada: pałka, dyrka, dwa struna [kijek, dziurka i dwie struny]. Wszystko było wyśmiewane i wytykane palcami. To, jak Kazachowie śpiewali, jak mówili, jak żyli.

Przeczytaj także:

Grudniowe przebudzenie

Saule wychowała się w centrum Ałmaty. Jej ojciec był architektem, matka muzykolożką. Oboje rozmawiali ze sobą po rosyjsku i w takim języku wychowywali córkę. W szkole podstawowej na 40 osób w klasie była trójka Kazachów, łącznie z nią. Jeden z chłopców pochodził z kazachskojęzycznej rodziny. – Cała szkoła się z niego śmiała, bo nie umiał „normalnie mówić”.

Dla wielu Kazachów momentem przebudzenia był grudzień 1986 roku. Grudzień to po kazachsku żełtoksan, dlatego wydarzenia z tamtych czasów dziś nazywa się po prostu Żełtoksanem. W ZSRR już od ponad roku rządził młody i rzutki nowy Sekretarz Generalny KC ZSRR Michaił Gorbaczow. Miał ambicję, by zreformować i usprawnić państwo. Był przekonany, że system sowiecki nie działa ze względu na różnego rodzaju wypaczenia. Za jedno z tych wypaczeń uważał nepotyzm i korupcję, a za siedlisko nepotyzmu i korupcji - środkowoazjatyckie elity polityczne. Nie do końca rozumiał, że dla tamtejszych komunistów oba zjawiska często były tarczą obronną, która pozwalała im nie poddawać się do końca prowadzonej przez Moskwę rusyfikacji.

Dlatego postanowił pozbyć się wieloletniego kazachskiego pierwszego sekretarza Dinumuhammada Kunajewa. Na jego miejsce polecił miejscowemu plenum powołać podsuniętego przez siebie Giennadija Kołbina. Był to niczym niewyróżniający się aparatczyk, który nigdy w życiu nie mieszkał w Kazachstanie i nie miał z tą republiką nic wspólnego. W dodatku Rosjanin, choć niektórzy twierdzili, że mocno zruszczony Czuwasz z Powołża. W każdym razie, w odróżnieniu o swojego poprzednika, nie był etnicznym Kazachem.

Nazajutrz po nominacji dla Kołbina na ałmatyński plac, wówczas imienia Breżniewa, dziś Republiki, w każdym razie na ten sam, na którym 35 lat później rozstrzelano ludzi niosących transparent „Jesteśmy zwykłymi ludźmi” zaczęły schodzić się tłumy młodzieży. Byli to głównie studenci licznych ałmatyńskich szkół wyższych, ale też uczniowie starszych klas szkół średnich.

Przyszli zaprotestować przeciwko tej niesprawiedliwej decyzji.

Skumulowały się w nich gniew i złość za wszystkie lata poniżenia, jakie były udziałem ich samych, ich rodziców, a także ich dziadków. Domagali się, by rządził nimi człowiek znający miejscowe realia, by nikt już więcej nie śmiał decydować za nich.

Saule miała 16 lat. Mieszkała już sama z mamą, która była wówczas dziekanem konserwatorium. Gdy zaczęły się protesty, jej mama dostała polecenie służbowe, by iść na plac i zrobić listę swoich studentów, których tam spotka. Wróciła płacząc. Ostrzegała córkę, że nie mogą swobodnie rozmawiać, bo mieszkanie na pewno jest na podsłuchu. Później jej wyznała, że zgłosiła przełożonym, że nikogo nie spotkała, co oczywiście nie było prawdą.

Saule też chciała iść na wiec, ale matka jej nie puściła. Całą noc siedziała więc w pokoju i pisała wiersze. Rano wyszła z domu mówiąc, że idzie do szkoły. Zamiast tego poszła na plac.

- Zaczęłam czytać te swoje wiersze. Jeden zaczynał się tak:

Kazachi głaza otkryjut (Kazachowie otworzą oczy),

My wydzierżym bolje smiert’ (zniesiemy więcej niż śmierć)

Staniem wielikoj stenoju (staniemy ogromnym murem)

Staniem jedinoj tieper (będziemy teraz jednością)

Na placu byli głównie studenci z akademików, czyli przyjezdni, nie pochodzący z Ałmaty, a z aułów. Zaczęli pytać, czemu moje wiersze są po rosyjsku, nie po kazachsku. Czułam, że mają do mnie pretensje, zrobiło się nieprzyjemnie, ale wtedy jakaś babcia powiedziała: wszyscy jesteśmy razem, nie ważne, po jakiemu kto mówi. I ludzie jej posłuchali, przestali się mnie czepiać.

Saule dostaje wielbłąda

Saule nie znała kazachskiego, ale od dzieciństwa miała kontakt z kazachską kulturą. Przez kilka pierwszych lat życia wychowywała się pod ogromnym wpływem rodziny swojego ojca. – Moja babcia, mama taty, była niesamowita, podobna do tych babuszek z moich prac. Ale ze mną rozmawiała po rosyjsku, choć sama mówiła bardzo kiepsko.

Kiedy Saule miała niecałe trzy lata, dostała własnego wielbłąda. To stary, kazachski zwyczaj – dziecku po urodzeniu daruje się konia lub wielbłąda. Może go w ogóle na oczy nie widzieć, bo jak Saule żyje w mieście, ale to zwierzę gdzieś tam się pasie, jest czymś w rodzaju lokaty kapitału.

Potem rodzice Saule się rozwiedli i dziewczynka straciła kontakt z kazachskimi krewnymi. Jej babcia od strony mamy była zrusyfikowaną Tatarką. Dziadek, Kazach, od dawna już nie żył. To babcia ją wychowała, ale jako nastolatka Saule zaczęła coraz częściej pomieszkiwać u mamy, aż w końcu się do niej przeprowadziła.

Twierdzi, że to właśnie dzięki mamie nabrała szacunku dla starej kazachskiej kultury, której uosobieniem była tradycyjna muzyka, jaką jej mama zajmowała się zawodowo. – U mamy w mieszkaniu regularnie odbywały się spotkania kazachskich muzyków: akynów, żyrałów. Mama prosiła swoich studentów, żeby zbierali muzykę typową dla regionów, z których pochodzili. Prosiła ich też, żeby znajdowali sobie tradycyjnych nauczycieli wśród wiejskich muzykantów ze swoich okolic i od nich uczyli się lokalnego sposobu grania i śpiewania. W ten sposób ocaliła wiele lokalnych tradycji muzycznych z całego Kazachstanu.

Tak jak Małgorzata Mirga-Tas doszła do tego co teraz robi jako artystka własną drogą, tak było i z Sulejmenową. Saule aż do biennale w Wenecji nie słyszała o twórczyni z polskiego pawilonu. Sama, do czasu kiedy w 2016 roku zaczęła robić kolaże z folii, przeszła długą drogę jako artystka.

Zaczynała jako performerka i bohaterka ulicznych skandali. Tuż po szkole średniej przystała do ałmatyńskiego towarzystwa hipisów, lokalnej bohemy. Razem z grupką przyjaciół założyli grupę artystyczną Zielony Trójkąt, taki trochę salon odrzuconych. W 1987 roku z okazji 70. rocznicy rewolucji w stolicy Kazachstanu miała się odbyć zbiorowa wystawa plastyczna. Miała je kwalifikować specjalna komisja. Saule i jej przyjaciele też ustawili się w wielkiej kolejce ze swoimi dziełami, ale nie zostali zaproszeni. Postanowili więc wystawiać się sami.

- Kontestowaliśmy to społeczeństwo i narzucone w nim zasady. Chodziło nam o wolność, w sztuce i w życiu. Organizowaliśmy wystawy, na których każdy mógł zaprezentować to, co chciał, nie było żadnej selekcji. Raz zrobiliśmy na ulicy happening, by uczcić rocznicę śmierci Johna Lennona. Przyniosłam moje prace. Malowałam je na ramach okiennych, które służyły mi za blejtramy, naciągałam na nie stare prześcieradła czy dywany. Nakręciliśmy z tego film, zachował się do dziś. Ja tańczyłam, miałam koguta na ramieniu. A potem wszystkie te przyniesione prace położyliśmy na kupę i podpaliliśmy, jak wieczny znicz.

Żyliśmy jak chcieliśmy. Mieszkaliśmy w komunach, często na daczach, poza miastem, czasami w górach. Z dala od ludzi. Organizowaliśmy wielkie wystawy i happeningi, których świadkiem była tylko okoliczna przyroda. Byliśmy przeciwko temu społeczeństwu, jego strukturze, zasadom i instytucjom. Był nam bliski sufizm, rastafarianizm i inne wolnościowe idee. W domu zjawiałam się raz w miesiącu, żeby umyć głowę. Ale w końcu ogoliłam się na łyso, więc i to przestało być konieczne.

Zdarzało się, że na ulicy w naszą stronę leciały kamienie. Milicja wielokrotnie mnie aresztowała, bili mnie na komisariacie.

Nienawidziłam całego tego społeczeństwa, pieniędzy, konsumpcjonizmu i jednocześnie skostniałych, radzieckich norm, wedle których każdy, kto jakoś się wyróżniał, uważany był za wroga.

Chciałam być inna. Nic nie kupowałam w sklepach. Ubrania miałam z jakichś dziwnych miejsc. Pamiętam czarną spódnicę do ziemi, może po jakiejś mniszce. Na górę zakładałam czarną piankę, taką do pływania, którą też gdzieś wyszperałam. Do ręki brałam czerwone jabłko, żeby podkreślić czerń stroju. Ludzie wyzywali mnie na ulicy. Bo przecież każdy „inny” był zły.

Tak jak teraz w Rosji. Byłam tam ostatni raz w 2020 roku. Pojechałam odwiedzić młodszą córkę, która studiowała w Petersburgu. Zobaczyłam masę wrogości. Moja biedna córka każdego dnia była obrażana, a to ze względu na płeć, a to ze względu na narodowość.

trzy wiszące płótna z postaciami kobiecymi w strojach środkowazjatyckich
Saule Sulejmanowa, „Czystka. Sinciang", 2021. Praca pokazuje kobiety, które przeszły lub przechodzą przez obozy reedukacyjne w Sinciangu i stopniowo tracą  tożsamości, stają się duchami, arłachi. Artystka pisze, że te kobiety mogą być Kazaszkami, Ujgurkami, Uzbeczkami lub dowolnymi mieszkankami Azji Środkowej.

Jak złamać kręgosłup, ale nie dać sobie go złamać

Po kilku latach Zielony Trójkąt zaczął się rozpadać. Dużo osób zmarło od alkoholu i narkotyków. Ostatnią wystawę zrobili w siedzibie Związku Architektów, co załatwił tata Saule. Na wernisaż przyszedł Bek Ibrajew, człowiek z zupełnie innych klimatów, ale dla Saule wielki autorytet. Imponował jej intelektualnie, był architektem, kulturoznawcą, dawnym uczniem Lwa Gumilowa, rosyjskiego historyka specjalizującego się w historii ludów Wielkiego Stepu, któremu kilka lat wcześniej zorganizował w Ałmaty zamknięte, na wpół legalne spotkanie.

- Już po wernisażu, kiedy większość gości wyszła, Bek Ibrajew przemówił do nas. Na sali walały się jakieś butelki, strzykawki, wielu z nas było odurzonych, ledwo przytomnych. Zapytał, kto tu naprawdę coś wystawił. Z grupy około 20 osób zgłosiło się pięć, w tym ja. I tej naszej piątce kazał się zastanowić. – Pomyślcie, czemu chcielibyście się poświęcić – apelował do nas - sztuce, czy imprezowaniu?

Po tym spotkaniu Saule uznała, że czas iść na studia. Wybrała architekturę i do dziś uważa, że dobrze zrobiła. – Malarstwo, zwłaszcza akademickie, łamie artystów narzucając im zbyt sztywne reguły. A architektura uczy zdyscyplinowanego myślenia, pracy z przestrzenią. – tłumaczyła mi.

W 1991 roku, na drugim roku studiów, złamała kręgosłup. Znajomy tłumaczył jej, że nie będzie nigdy wielką artystką, bo jest kobietą i jej prawdziwym powołaniem jest rodzić dzieci. - Nie zostaniesz artystką, bo nie, tak jak nie wejdziesz na to drzewo, mówił mi. Tak mnie to wkurzyło, że postanowiłam mu udowodnić, że się myli i zaczęłam wchodzić na drzewo. Weszłam, ale z samej góry spadłam. Leżałam na plecach i wyłam z bólu, a on się gdzieś ulotnił. Całe szczęście jacyś przechodnie wezwali karetkę. Pół roku leżałam w szpitalu na wyciągu. Potem na zajęcia nosiłam w plecaku poduszkę, bo nie wolno mi było siadać. Kładłam poduszkę na ziemi, klęczałam na niej i tak słuchałam wykładów.

Kazachskie kroniki dekolonizacji

W między czasie rozpadł się Związek Radziecki. – To było wielkie szczęście. Mój ojciec zaprojektował pierwsze kazachskie pieniądze - tenge. Na początku byliśmy zachwyceni niepodległością.

Saule szybko jednak zrozumiała, że wymarzony, niepodległy Kazachstan nie jest takim państwem, jakiego by chciała.

Artystycznie długo była pogrążona w komercji. Na sprzedaż robiła gratografię (wydrapywane cienką igła na wosku). Jednak od 2008 roku ponownie zaczęła szukać dla siebie artystycznego języka. Wymyśliła nową technikę. Drukowała zdjęcia miasta. Takie zwyczajne obrazki, jakieś ściany, mury, garaże, wnętrza sklepów. Naciągała te zdjęcia na blejtram i na nich malowała postaci z przeszłości, których wizerunki wyszukiwała na archiwalnych zdjęciach.

Te serię nazwała „Kroniki kazachskie”. Nie podobało jej się, że mimo blisko dwóch dekad niepodległości Kazachstanowi trudno było wyjść poza typowe kolonialne myślenie. W swoich pracach szukała nowej idei narodowej. Wcześniej wszystko, co kazachskie było wydmuszką, fasadą. W niepodległym państwie próbowano to zmienić, ale nie udało się wyjść poza schemat. Te wszystkie heroiczne postacie, batyrzy (bohaterowie), chanowie, patetyczne pomniki wyrastające jak grzyby po deszczu zwłaszcza w nowej stolicy, Astanie, wydawały jej się częścią czysto kolonialnej tożsamości, która nakazywała pokazać się z jak najlepszej strony i nie miała nic wspólnego z prawdziwym życiem.

- W czasach sowieckich, jak przyjeżdżała ważna delegacja, kazano ludziom sprzątać balkony i nie wieszać na nich prania. Żeby było pięknie. I tak samo my opowiadaliśmy o naszej historii. Na pokaz. A ja szukałam starych fotografii, na których byli prawdziwi ludzie i przenosiłam ich wizerunki do moich obrazów, umieszczałam ich na tle współczesnego, miejskiego pejzażu.

Później według podobnego klucza zrobiła wystawę I am Qazaq. Była pokazywana najpierw w Turynie, a potem w Ałmaty. Z okazji wystawy udzieliła wywiadu, który przeczytała kulturoznawczyni Madina Tołstanowa, badaczka teorii dekolonialnej, popularyzatorka podejścia zwanego dekolonialnyj poworot (dekolonialny zakręt). Natychmiast napisała do Saule. Szybko się zaprzyjaźniły i od tej pory inspirują się wzajemnie, czując, że mówią dokładnie tym samym językiem, choć Saule jest artystką, a Madina naukowczynią. Madina mieszkała w Moskwie, jej ojciec był Kumykiem (jeden z narodów zamieszkujących Dagestan) matka Uzbeczką. Kilka lat temu wyprowadziła się do Szwecji. Jej prace dały początek całej szkole młodych poradzieckich naukowców zainteresowanych tematyką dekolonizacji.

Saule Sulejmanowa, „Czystka. Sinciang". Praca pokazuje kobiety, które przeszły lub przechodzą przez obozy reedukacyjne w Sinciangu i stopniowo tracą  tożsamości, stają się duchami, arłachi. Artystka pisze, że te kobiety mogą być Kazaszkami, Ujgurkami, Uzbeczkami lub dowolnymi mieszkankami Azji Środkowej.
Saule Sulejmanowa, „Czystka. Sinciang". Fragment

Nie wszyscy rozumieją Saule tak dobrze jak Madina. – Kiedy pracowałam nad wystawą I am Qazaq, moi ałmatyńscy znajomi pytali mnie: po co to robisz – wspomina.

Wkrótce nadeszło kolejne traumatyczne wydarzenie w życiu Kazachstanu. W grudniu 2011 roku w położonym na zachodzie kraju mieście Żanaozen, gdzie od pół roku protestowali górnicy z sektora naftowego, ich zgromadzenie krwawo rozpędzono w dzień niepodległości. Ten moment Saule zapamiętała jako chwilę ostatecznego rozczarowania co do państwa kazachskiego. Rządząca elita za nic miała interesy zwyczajnych ludzi. Wykorzystując ich krzywdę, dokładnie tak samo jak wcześniej moskiewscy namiestnicy, bogaciła się ich kosztem.

Pozbawiona złudzeń Saule rozwijała cykl wyrosły z pomysłu kazachskich kronik. Powstał projekt „Arłachi”. To wywodzące się jeszcze z przedislamskich wierzeń duchy przodków, bardzo ważne w kazachskiej mitologii ludowej. Kazachowie wierzyli, że arłachi się nimi opiekują, a tych najbardziej uzdolnionych spośród siebie nazywali arłakty – wspierani przez duchy.

Potem zrobiła cykle „Ludzie drugiego planu” i „Nie posiada żadnej wartości kulturowej”, którego tytuł zaczerpnęła z formułki, jaką celnicy pieczętują prace kazachskich artystów wywożone z kraju na zagraniczne wystawy. – To jakaś straszna ironia, że właśnie to, co chcemy pokazać światu metkujemy jako „pozbawione wartości kulturowej”. Wiem, że to czysta formalność, chodzi o uzyskanie pozwolenia na wywóz, ale jednak wydaje mi się to głęboko ironiczne. Państwo stawia na tobie krzyżyk.

Kolejny cykl Saule nazywa się „Czwarty Żuz”. Żuzy to trzy tradycyjne kazachskie formacje plemienne. Młodszy, żyjący na zachodzie, już w XVIII wieku został podporządkowany Rosji, Średni, zajmujący tereny dzisiejszego środkowego Kazachstanu, Rosja podporządkowała sobie w drugiej kolejności. Najstarszy, wywodzący się ze wschodu, opierał się rosyjskiemu panowaniu aż do początku XIX wieku. To z niego wywodzi się znaczna część społecznej i politycznej elity kraju, w tym klany Nazarbajewa i Tokajewa.

W „Czwartym Zuzię” Saule sportretowała niekazachskich mieszkańców kraju. Rosjan, Ujgurów, Niemców, Czeczenów. Ma dużo empatii dla żyjących w kraju mniejszości. Otwarcie przyznaje, że rosyjski to jej język ojczysty, a po kazachsku nigdy nie będzie w stanie mówić biegle. Jednocześnie rozumie zagrożenie rosyjskim imperializmem. Wie, jak łatwo poddać się tej ideologii. – Nasi kazachscy Rosjanie są jednak trochę inni niż ci z Rosji. Ale faktycznie, większość Rosjan tu mieszkających nie zna w ogóle kazachskiego – przyznaje - nawet najbardziej podstawowych słów. Niemcy, Ujgurzy, wszyscy choć trochę mówią po kazachsku, niektórzy biegle. A znający kazachski Rosjanin to wciąż rzadkość.

kolaż z folii plastikowej, głowy kobiet z Azji Środkowej
Saule Sulejmenowa, „Czystka.Sinciang", fragment

Saule zostaje amerykańskim szpiegiem

W 2014 roku, kiedy Rosja zagarnęła Krym i napadła na Donbas, Saule i jej mąż byli po stronie Ukrainy. Jej ojciec i cała jego rodzina niestety nie. – To watniki – stwierdza ze smutkiem w głosie, używając popularnego w całym byłym ZSRR obraźliwego określenia wyznawców rosyjskiej propagandy akceptujących wielkoruskie hegemonistyczne zapędy. Druga żona jej ojca jest Rosjanką, jej syn z pierwszego małżeństwa to zagorzały putinista.

Saule pokłóciła się wtedy z ojcem i do jego śmierci cztery lata później, w ogóle nie utrzymywali ze sobą kontaktów. Matka Saule myśli tak jak ona, ale w jej rodzinie też są wyznawcy kremlowskiej propagandy. Jej siostra jeszcze w latach 80. przeprowadziła się do Leningradu. Choć jest córką Kazacha i Tatarki i nazywa się Almira Abulrahimowna, w nowych rosyjskich dokumentach kazała się zapisać jako Mira, bo to brzmi bardziej słowiańsko.

– Jej petersburska rodzina to putiniści – mówi Saule. – Mnie, moją mamę i moje córki traktują jak ofiary propagandy, chcą nam tłumaczyć, jak jest naprawdę. Nie da się z nimi rozmawiać. Mama się tym bardzo przejmuje, ja już przestałam. Zaczęli między sobą szeptać, że ja i moje córki jesteśmy amerykańskimi szpiegami i dlatego angażujemy się w prodemokratyczne protesty i popieramy Ukrainę.

Saule nie jest naiwna. Wie, że podziały w kazachskim społeczeństwie szybko nie znikną. Docenia też jednak pozytywny aspekt Krwawego Stycznia. - Choć władza próbowała nas jeszcze mocniej podzielić, inteligentów straszono chuliganami z przedmieść, a prostym ludziom wmawiano, że inteligenccy działacze próbują na ich plecach wypromować swoje interesy, część społeczeństwa zrozumiała, że wszyscy jesteśmy Kazachami (nawet niezależnie od etniczności) i że jak będziemy trzymać się razem, trudniej będzie nas przeciwko sobie rozgrywać – stwierdza.

- Dziś wielu młodych ludzi zaczyna kochać wszystko, co kazachskie, wracają do korzeni. Nie ma już w nich takiej pogardy wobec kazachskości jak w moim pokoleniu. Moje córki zaczynają już mówić po kazachsku.

Dekolonialnyj poworot staje się faktem. Także nowe pokolenie Rosjan z Kazachstanu nie popiera imperialnego myślenia, które dominuje wśród ich rodziców. Przykład Ukrainy pokazuje, że to jedyna droga, żeby zachować niezależność. W społeczeństwie zdominowanym przez kolonialną mentalność nigdy nie uda się zbudować prawdziwiej demokracji i sprawiedliwości społecznej.

Udostępnij:

Ludwika Włodek

Dziennikarka, socjolożka, adiunktka w Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, autorka m.in. zbioru reportaży z Azji Środkowej „Wystarczy przejść przez rzekę" i „Buntowniczek z Afganistanu" (WAB 2022).

Przeczytaj także:

Komentarze