31 stycznia 2021

Jak i czym leczyć COVID? Prof. Szczeklik o tym, co działa, co nie działa, a co szkodzi

Czy ma Pan poczucie porażki, jeśli chodzi o leczenie COVID? Prof. Wojciech Szczeklik: "Porażka to za mocne słowo, ale z pewnością zawód. Bo tyle razy słyszymy o lekach, które mają działać, a za chwilę okazuje się, że one w ogóle nie działają albo działają słabo czy nawet szkodzą"

Prof. dr hab. med. Wojciech Szczeklik jest specjalistą w zakresie anestezjologii i intensywnej terapii, chorób wewnętrznych i immunologii klinicznej. Kieruje Kliniką Intensywnej Terapii i Anestezjologii w 5 Wojskowym Szpitalu Klinicznym z Polikliniką w Krakowie. Jest członkiem grupy roboczej AOTMIT do spraw farmakoterapii COVID-19 oraz współautorem wytycznych Surviving Sepsis Campaign (SSC) leczenia krytycznie chorych w przebiegu COVID-19.

Prof. Szczeklik regularnie komentuje nowe doniesienia naukowe nt. COVID-19 na Twitterze pod adresem: @wszczeklik

Sławomir Zagórski, OKO.press: Panie profesorze, od kilku tygodni rozprawiamy niemal wyłącznie o szczepieniach przeciw COVID. Sądzi Pan, że straciliśmy już nadzieję na opracowanie skutecznych leków na tę chorobę?

Prof. Wojciech Szczeklik: Mam nadzieję, że nie. Rzeczywiście jesteśmy trochę zawiedzeni po tylu nieudanych próbach terapii. Ale chyba większość z nas, osób zajmujących się COVID-em, zdaje sobie sprawę, że szczepionka to tylko jedna - bardzo potrzebna - broń do walki z tą chorobą. Drugą jest skuteczne leczenie.

Małymi krokami, ale stale, posuwamy się do przodu w lepszym zrozumieniu choroby i jej leczeniu.

Ale patrząc na ostatnie 12 miesięcy, nie ma Pan jednak wrażenia porażki na tym polu?

Porażka to może za mocne słowo, ale z pewnością jest to zawód. Bo tyle razy słyszymy o lekach, które mają działać, a za chwilę okazuje się, że one albo w ogóle nie działają, albo działają słabo czy nawet szkodzą. I w sumie tych leków, które rzeczywiście mają udowodnioną skuteczność w leczeniu COVID-u, jest po prostu mało.

Ale to, czego z pewnością nauczyliśmy się przez ten czas, to jak stosować leczenie wspomagające, kiedy stan chorego się pogarsza. Tutaj notujemy duży postęp w stosunku do tego, co działo się rok temu, kiedy oglądaliśmy te przerażające sceny z Włoch.

Ale jak Pan wchodzi na swój oddział, widzi umierających ludzi, chyba nie sposób nie czuć bezsilności?

Były takie momenty, kiedy czuliśmy się bezsilni. Każdy z nas pamięta chwile, kiedy wkładaliśmy wszystkie swoje siły, walczyliśmy jak tylko się dało i przegrywaliśmy.

Staramy się jednak odsuwać od siebie takie myśli i do każdego pacjenta podchodzimy od nowa z nadzieją i przekonaniem, że uda się nam go wyleczyć.

W momencie, kiedy dostrzegam u siebie czy u kogokolwiek w zespole objawy wyczerpania, zmęczenia, wręcz załamania, staram się, żeby ten ktoś odpoczął lub zajął się mniej ciężko chorymi.

Na początku epidemii umierało aż 90 proc. spośród tych pacjentów, którzy musieli korzystać z respiratora. A dziś?

Trudno powiedzieć, to zależy od ośrodka, ale jest to już bliżej 40-50 proc. Na intensywnej terapii śmiertelność rośnie wtedy, gdy system jest przeciążony.

Bo jeżeli zaczyna nam brakować na oddziale miejsc, jesteśmy zmuszeni przyjmować wyłącznie tych najciężej chorych. Czyli takich, których musimy od razu zaintubować i wtłaczać do ich płuc tlen za pomocą respiratora. Oni trafiają do nas po prostu za późno.

Tak działo się przez pewien czas w Polsce, tak było w ubiegłym roku we Włoszech, tak teraz jest w Anglii.

Jeśli pacjent trafia do nas odpowiednio wcześnie, często udaje się nam uniknąć respiratora i możemy zastosować mniej inwazyjne metody leczenia, np. podając tlen pod wysokim ciśnieniem do nosa lub wtłaczając tlen do płuc przy pomocy specjalnej maski na nos i usta. Niektóre ośrodki stosują nawet specjalne hełmy do tego celu.

Tego nauczyliśmy się w trakcie trwania pandemii i to była niezwykle ważna zmiana w leczeniu ciężko chorych osób. Z intubacją nie ma się co za bardzo w tej chorobie spieszyć.

Zaletą tych mniej inwazyjnych metod jest m.in. to, że pacjent pozostaje w pełni przytomny, współpracuje z nami. Z pacjentem zaintubowanym nie mamy już takiego kontaktu.

Wspomniał Pan o braku miejsc na intensywnej terapii w szczycie zachorowań w Polsce. A jak jest dziś?

Teraz mamy chwilę oddechu, od dwóch tygodni nie mieliśmy nowych przyjęć ciężko chorych pacjentów z COVID. W ubiegły czwartek, 21 stycznia 2021, zamknąłem oddział intensywnej terapii covidowej.

W Krakowie pozostawiono tylko kilka oddziałów dla pacjentów z ciężkim przebiegiem tej choroby. Za to znowu wzrosło zapotrzebowanie na miejsca niecovidowe.

Największa kompromitacja - chlorochina

Co ważnego udało się w walce z COVID od początku pandemii, a co się nie udało?

Największym sukcesem jest wytworzenie skutecznej szczepionki. Mówiąc zaś o porażkach było sporo rozczarowań, często dotyczących samej „jakości” nauki.

Największą kompromitacją było wprowadzenie do leczenia COVID chlorochiny i stosowanie tego leku przez dobrych parę miesięcy.

Z innych wpadek przychodzi mi na myśl używanie leku przeciw wirusowi HIV - kaletry, a także powszechne stosowanie antybiotyków u covidowych pacjentów. To były zupełnie ślepe zaułki.

Ta historia z chlorochiną to tylko nieudana próba, czy też ten lek szkodził?

Szkodził.

W trakcie pandemii cała nauka wywróciła się do góry nogami. Pojawiła się choroba, której nie znaliśmy, bardzo zakaźna, przed którą nie wiedzieliśmy, jak się chronić. Jak Pan pewnie pamięta, nie mieliśmy nawet pewności czy maseczki nas przed nią chronią. No i zaczął się strach.

I wtedy, to był sam początek zmagań z wirusem w Europie - marzec 2020, ukazały się wyniki badania z ośrodka w Marsylii, sygnowane przez prof. Didiera Raoulta. Badanie obejmowało 26 osób. Raoult podawał im chlorochinę i sprawdzał, czy wirus namnaża się wolniej. Stwierdził, że tak jest w istocie i ogłosił, że ma lekarstwo na COVID.

Wyniki tego badania teoretycznie na nikim nie powinny zrobić wrażenia. Zaledwie 26 pacjentów, na dodatek parę osób zgubiono w trakcie śledzenia ich dalszych losów, bardzo słabo podana metodologia. Wreszcie wyniki opublikowane w czasopiśmie, którego redaktorem naczelnym był kolega Raoulta, współautor badania.

Wszystko to wyglądało niezwykle podejrzanie i nikt z nas nie sądził, że może mieć dalsze reperkusje. A jednak. Okazało się, że badanie ma olbrzymie przełożenie na praktykę. Natychmiast włączyły się media no i prezydent Donald Trump, który ogłosił, że sam łyka ten lek…

…profilaktycznie.

Zaczęły się naciski na amerykański federalny Urząd ds. Żywności i Leków i zaczęto masowo stosować chlorochinę.

A jak już raz taka machina ruszy, nie wiadomo jak ją zahamować. Tymczasem to był poważny błąd.

Późniejsze duże badanie RECOVERY z Wlk. Brytanii, na grupie kilku tysięcy pacjentów, wykazało, że chlorochina nie tylko nie działa na COVID, ale w dłuższym czasie powoduje bardzo groźne zaburzenia rytmu serca i zwiększa śmiertelność. W normalnych czasach proces wprowadzania leku do użycia w leczeniu jakiejś choroby wygląda zupełnie inaczej.

Na chlorochinie się nie skończyło, bo – jak mówiłem – w międzyczasie były jeszcze próby leczenia COVID-u kaletrą, a także kilka innych doniesień, które trochę zachwiały nauką.

Ma Pan na myśli remdesivir? On chyba też nie spełnił oczekiwań?

Bardziej miałem na myśli szczepionki. Ludzie podeszli do nich z dużym niedowierzaniem i niepokojem, a to naprawdę niesamowite osiągnięcie!

A remdesivir, to akurat lek, który ma pewne zastosowanie w leczeniu COVID-u, natomiast z pewnością nie jest lekiem przełomowym.

Wprowadzono go parę lat temu, gdy wybuchła epidemia Eboli. Choć tam się nie sprawdził. Jednak, gdy wybuchła pandemia, został wytypowany jako potencjalny kandydat na skuteczny lek po tym, jak zauważono, że w warunkach laboratoryjnych mocno hamuje namnażanie wirusa SARS-CoV-2. Zaczęto od razu podawać go chorym na COVID, początkowo w ramach tzw. leczenia ostatniej szansy.

W „The New England Journal of Medicine” opisano losy 60 pacjentów. Była to bardzo niejednorodna grupa - od chorych z bardzo nikłymi objawami, po tych na krążeniu pozaustrojowym. Wyniki były niejednoznaczne, ale wnioski z badania - i to w najważniejszej gazecie medycznej - były takie, że remdesivir to lek, który odmieni nasze leczenie.

Później były jeszcze trzy duże badania, w których zaczęto wprawdzie stosować lepszą metodologię, ale za to były sponsorowane przez przemysł. W rezultacie od początkowych entuzjastycznych doniesień na temat tego leku, w pewnym momencie doszliśmy do tego, że zaczęto kwestionować, czy on w ogóle działa.

Dziś przeważa pogląd, że remdesivir,

jeżeli się go poda wcześnie, może u osób z ciężkim przebiegiem choroby (ale nie tych najciężej chorych na respiratorze) skrócić objawy choroby i czas pobytu w szpitalu. Nie zmniejsza śmiertelności.

Czyli wąska grupa pacjentów, w wąskim okienku czasowym. Nie tego oczekiwaliśmy.

Osocze - to, że się nam wydaje, nie wystarcza

Kolejny element w tym paśmie niepowodzeń to chyba osocze? Szkoda, bo takie leczenie stwarza możliwość społecznego zaangażowania. Rozmawiałem z ozdrowieńcem, który mówił, że to dla niego ważne.

To, że ludzie chcą oddawać osocze, jest dla mnie zupełnie fantastyczne. Ja to bardzo doceniam.

Ale z drugiej strony, historia z osoczem stanowi kolejny przykład na to, że nie możemy podawać leków czy substancji, których wcześniej pozytywnego działania nie udowodnimy. To, że się nam wydaje, że coś mogłoby działać, nie wystarcza.

Osocze znamy od dziesiątków lat i w zasadzie w żadnej ostrej chorobie wirusowej się nie sprawdziło. W związku z tym tutaj też od samego początku mieliśmy wątpliwości. Opieraliśmy się na wynikach badań, które były opisami przypadków czy opisami serii przypadków. Tymczasem takie badania są zawsze obarczone błędem.

Jak na razie jedynym większym, poprawnym metodologicznie badaniem na ten temat jest wspomniane RECOVERY, z którego wynika, że osocze niestety nie zmniejsza śmiertelności w wyniku COVID. Innymi słowy,

tyle samo pacjentów umiera w grupie leczonej i nieleczonej osoczem.

Zastrzegam, że trwają jeszcze inne badania mające określić skuteczność leczenia osoczem i być może okaże się, że ta metoda jednak przyda się w naszych zmaganiach w walce z wirusem. Ale jeśli tak będzie, to wyłącznie na wczesnym etapie choroby i na pewno nie u wszystkich pacjentów.

Równie dobrze może się też okazać, że to kolejny lek, którego nie będziemy już w ogóle stosować.

Wspomniał Pan o leczeniu antybiotykami, ale też w niekorzystnym znaczeniu.

W ubiegłym roku nastąpiła tu istotna zmiana.

Początkowo każdy pacjent, który miał objawy zakażenia SARS-CoV-2, dostawał z miejsca antybiotyki. Trudno powiedzieć po co, bo to przecież choroba wirusowa, na którą antybiotyki nie działają. Chyba robiliśmy to trochę z bezsilności.

W efekcie medycyna wyrządziła dużo szkód, bo takie dawanie antybiotyków na ślepo, powoduje powstanie opornych na leczenie szczepów bakterii. Jestem przekonany, że to się właśnie stało w 2020 roku i, niestety, stało się na szeroką skalę.

Mniej więcej od kilku miesięcy staramy się ostrożnie stosować antybiotyki u pacjentów covidowych, nie nadużywać ich.

To czym Pan dzisiaj leczy COVID?

Takim przełomem i największą zmianą, jaka dokonała się w trakcie ubiegłego roku, było leczenie sterydami u pacjentów z ciężkim przebiegiem choroby.

Od samego początku, jak tylko pojawił się COVID, zastanawialiśmy się, czy powinniśmy podawać sterydy pacjentom na oddziałach intensywnej terapii. Bazowaliśmy na naszej wiedzy na temat ciężkiego uszkodzenia płuc w przebiegu innych chorób. Zdania na ten temat były podzielone, ale większość z nas używała tych leków już od samego początku.

Pewność przyszła dopiero po badaniu RECOVERY. Okazało się, że podanie sterydów pacjentom, którzy mieli już niewydolność narządową i wymagali leczenia tlenem, odmieniło trajektorię choroby i zdecydowanie zmniejszyło śmiertelność.

Im cięższy był przebieg COVID i większego wsparcia tlenowego czy respiratora wymagał chory, tym bardziej sterydy ratowały życie.

Spytam jeszcze o ostatnie doniesienia na temat przeciwciał monoklonalnych i kolchicyny.

Na przeciwciała monoklonalne liczyliśmy od dawna. Ponieważ ubywało nam leków, które mogliśmy stosować, stąd ogromne oczekiwania w tym kierunku.

I tu wracamy do osocza. Osocze pochodzi od ozdrowieńców. Są w nim różne przeciwciała skierowane przeciwko wirusowi, część z nich powinna teoretycznie zadziałać i neutralizować wirusa.

Tymczasem przeciwciała monoklonalne to sztucznie wytworzone białka przeciwko jednemu tylko fragmentowi SARS-CoV-2. Dlatego mieliśmy nadzieję, że właśnie dzięki swojej specyficzności będą one w stanie zmienić przebieg choroby skuteczniej niż osocze.

W ciągu ostatnich 2 tygodni ukazały się wyniki dwóch dużych badań z udziałem przeciwciał monoklonalnych. Jedno z bamlaniwimadem, a drugie z koktajlem dwóch przeciwciał zwanym w skrócie regeneron (to jeden z leków, który po zakażeniu SARS-CoV-2 dostał prezydent Trump).

Okazuje się, że jeżeli poda się przeciwciała odpowiednio wcześnie, tj. w ciągu 3-4 dni od wystąpienia objawów, u części osób udaje się zapobiec hospitalizacji i zmniejszyć częstość ciężkich przebiegów choroby.

Ale trudno te leki wprowadzić do szerokiego leczenia, bo nie dość, że są one kosztowne, to ta choroba w dużej mierze przechodzi sama. I teraz komu dać te przeciwciała? To jest pytanie za 100 punktów.

Być może to będzie lek, który pomoże zapobiec powikłaniom u tych pacjentów, którzy są predysponowani do ciężkiego przebiegu, tzn. pacjentów z obciążeniami sercowo-naczyniowymi, tych w starszym wieku, z chorobami nerek czy bardzo otyłych.

Na razie to są tylko dwa badania. Toczą się dalsze, ale przeciwciała monoklonalne to nasza nadzieja w walce z COVID na bardzo wczesnym etapie choroby.

Jeszcze słowo o kolchicynie.

W ubiegłym tygodniu Kanadyjczycy ogłosili jako pierwsi, że kolchicyna może pomóc w walce z COVID. To swoją drogą też jest efekt pandemii, sytuacja, której wcześniej nie znaliśmy. Mam na myśli fakt, że o wynikach badań dowiadujemy się nie z fachowej literatury, tylko z doniesień prasowych.

Dlaczego tak się dzieje?

Bo autorzy dużych badań, które narzucają cały kierunek medycyny, poszli w tym kierunku, że kończą jakąś analizę i robią medialne spotkanie uwalniając część danych, ale bardzo małą część.

Mówią np. tak: „Lek zmniejsza śmiertelność o 24 proc.”, no i teraz, co my mamy z tym zrobić? Często nie wiemy jak duża była grupa, co z czym było porównywane. Dlatego wszyscy czekają aż oni uwolnią dalsze dane. Autorzy już od tego momentu się spieszą i wrzucają do sieci artykuł bez oceny recenzentów, w formie tzw. pre-printu.

To są faktycznie badania bez recenzji, czyli trzeba być bardzo ostrożnym z wyciąganiem wniosków. Jeśli one wychodzą z mocnych naukowo grup i są rzetelnie napisane, to rzeczywiście sygnał jest istotny, ale zawsze czekamy, żeby wyniki zostały jednak opublikowane w dobrych, recenzowanych czasopismach.

W przypadku kolchicyny grupa badaczy z Kanady podała, że w badaniu brało udział ponad 4 tys. pacjentów narażonych na kontakt z wirusem, i sprawdzano, czy kolchicyna zmniejsza częstość zachorowania i ciężkiego przebiegu COVID.

I wstępne dane są takie, że ten lek faktycznie może działać, choć na razie musimy podchodzić do tego z dużą ostrożnością. Ale tak samo, jak w przypadku przeciwciał, jakaś nadzieja w tym jest. Równocześnie zastosowanie kolchicyny w leczeniu COVID testowane jest również w ramach badania RECOVERY i wyniki powinniśmy poznać niebawem.

Ostatnio sporo się też mówi o tzw. inhibitorach JAK. To leki, które stosujemy w terapii białaczek, np. baricitimib (okropne są te nazwy). Niedawno wykazano, że baricitinib podawany razem z remdesivirem poprawiał rokowanie pacjentów i skracał czas hospitalizacji.

Iwermektyna - szał w Ameryce Południowej

Wyczerpaliśmy już listę leków, które potencjalnie mogą pomóc w leczeniu COVID?

Cała Ameryka Południowa szaleje teraz na punkcie iwermektyny. To lek przeciwpasożytniczy, który wykazuje też słabe działanie przeciwwirusowe. Ale żeby zadziałał w organizmie, a nie w laboratorium, powinniśmy zastosować 100 razy wyższą dawkę. Więc zasadniczo jest bardzo mała szansa, żeby on rzeczywiście się przydał w terapii COVID.

Ale cała Ameryka Południowa, z prezydentem Bolsonaro i ministrem zdrowia Argentyny włącznie, od kilku miesięcy bierze ten lek.

Z jakim skutkiem?

Bardzo trudno to ocenić. Teraz jest trochę zakłopotania, dlatego że pokazują się kolejne badania na małych grupach, na które, jak się patrzy łącznie, wydaje się, że iwermektyna rzeczywiście skraca objawy, zmniejsza śmiertelność, poprawia rokowanie.

Ale żadne z dużych towarzystw medycznych nie uznało tych badań za wiarygodne. Jest ich już całkiem sporo, ale metodologia jest straszna. W efekcie zalecenia większości towarzystw są takie, żeby tego leku nie stosować.

Warto jeszcze wspomnieć o lekach przeciwkrzepliwych. One nie leczą COVID-u, ale stosuje się je wspomagająco. Tu też trzeba uważać. Bo na początku stosowano powszechnie leki przeciwkrzepliwe w wysokich dawkach, a teraz wstrzymano kilka dużych badań, bo okazuje się, że to więcej szkodzi niż pomaga.

I wreszcie kwestia suplementów witaminowych – witaminy C, D i cynku. Podejście większości towarzystw jest takie, że cynku nie należy stosować w większych dawkach niż przy suplementacji. A jeśli chodzi o witaminy C i D, to można je przyjmować, zwłaszcza w miesiącach zimowych, kiedy słońca nie ma za wiele. Ale w dawkach uderzeniowych absolutnie nie zalecam, bo to może wywołać skutki uboczne, a nie mamy dowodów, że działa.

Dlaczego tak trudno wynaleźć leki na choroby wirusowe? Choć w przypadku pewnych wirusów, takich jak HIV czy HCV (wirusowe zapalenie wątroby typu C), to się udało.

Choroby wywoływane przez HIV i HCV rozwijają się latami. Dzięki temu mamy czas, żeby na te wirusy zadziałać. A SARS-CoV-2 tego czasu nam nie daje.

To jest zresztą straszne w tej chorobie, że jej przebieg jest kompletnie nieprzewidywalny.

Teoretycznie wiemy, że COVID przebiega ciężej, jeżeli się ma choroby współistniejące i jest się starszym, ale to nie znaczy, że wirus nie może ściąć z nóg Pana czy mnie, a także kogoś znacznie młodszego od nas.

Trudno też leczyć każdego, gdy 80 proc. infekcji przebiega zupełnie bezobjawowo. Nadal nie jesteśmy w stanie przewidzieć u kogo choroba będzie miała ciężki przebieg. W wielu przypadkach zakażenie rozpoznajemy dopiero, gdy pacjent trafia do szpitala.

Ponadto, żeby zadziałać przeciwwirusowo, trzeba interweniować wcześnie, w momencie, kiedy wirus się namnaża. W tej fazie mamy tych kilka leków, o których mówiliśmy - remdesivir, osocze, przeciwciała monoklonalne.

Ale prawdziwy problem z COVID-em zaczyna się później. To już nie jest walka z samym wirusem, tylko z nadmierną reakcją immunologiczną, przeciwzapalną naszego organizmu na to zakażenie.

Więc liczy się nie tylko sam wirus, ale te ciężkie komplikacje, cały ten bałagan, który on robi z naszym układem odpornościowym.

Pan wierzy, że na tę drugą fazę choroby też coś znajdziemy?

Już wiemy, że na tym etapie pomagają sterydy.

Nie powiedzieliśmy jeszcze o jednym ważnym leku, który przewija się od samego początku badań nad COVID. Chodzi o blokery receptorów interleukiny szóstej, czyli leki, za pomocą których próbujemy hamować właśnie tę nadmierną reakcję zapalną.

Głównym lekiem z tej grupy jest tocilizumab. On dosyć dobrze sprawdza się w niektórych chorobach reumatologicznych, natomiast jeśli chodzi o COVID, wyniki są bardzo niejednoznaczne.

Są badania, które pokazują korzyści wynikające z jego stosowania w grupie pacjentów z ciężkimi powikłaniami narządowymi leczonymi na intensywnej terapii, ale są i takie - jak z grupy brazylijskiej z zeszłego tygodnia - gdzie przerwano badanie z tocilizumabem, bo lek zwiększał śmiertelność. Musimy niestety zaczekać na więcej danych.

Nie zwlekajmy ze szpitalem

Mówiliśmy cały czas o leczeniu COVID-u w szpitalu. A co z leczeniem domowym?

COVID u większości z nas powinien ustąpić bez jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz. U pacjentów, którzy mają rozpoznane zakażenie, a objawy są skąpe, grypopodobne, leczenie jest wyłącznie objawowe. Czyli ewentualne zbijanie gorączki za pomocą paracetamolu lub ibuprofenu i to powinno na tym etapie wystarczyć.

Jeżeli jest taka możliwość, warto zaopatrzyć się w pulsoksymetr, urządzenie które mówi nam, jak dużo jest tlenu w krwi. W momencie, gdy nasze płuca zostają zajęte przez chorobę, tego tlenu zaczyna ubywać. Jeśli więc wcześniej mieliśmy saturację 98, a następnego dnia mamy 94 czy 93, to to jest bezwzględne wskazanie do szukania pomocy lekarskiej czy udania się do szpitala. Ponieważ to już jest czas na podanie niektórych leków, o których rozmawialiśmy.

Wielu ludzi w Polsce boi się szpitala.

Tak, i to na pewno jest duży problem. Jeżeli pacjenci próbują przeczekać ten spadek saturacji w domu, czasem jest po prostu za późno, żeby to wszystko odwrócić, bo dochodzi do zbyt dużego uszkodzenia płuc. W szpitalu mamy znacznie większe możliwości terapeutyczne.

Co się dzieje, jeśli organizm ma mniej tlenu?

Mamy niedotleniony mózg, możemy się zrobić splątani, możemy wręcz stracić przytomność, omdleć. Organizm próbuje się bronić, dlatego nasz oddech i serce przyspiesza. W pewnym momencie, jeżeli tlenu jest za mało, nasz metabolizm przestawia się na metabolizm beztlenowy. Czegoś takiego nie jesteśmy w stanie długo tolerować i dochodzi do ciężkiego zakwaszenia organizmu, a w rezultacie do śmierci.

Obawia się Pan trzeciej fali w Polsce?

Obawiam się. Mam brata w Anglii. Jest też lekarzem i wiem od niego jak to tam wygląda.

U nas w tej chwili jest całkiem nieźle. Ale my jesteśmy w takim, przynajmniej częściowym lockdownie i pytanie, co będzie, jak się skończy. Nie wiem, jaka jest strategia, jak długo będziemy zamknięci, ale oczywiście się tego obawiam.

Zwłaszcza że są coraz bardziej niepokojące doniesienia dotyczące pewnych mutacji wirusa, które docierają również do nas, a które sprawiają, że wirus jest bardziej zakaźny. Przykładem tego jest wariant brytyjski i Londyn, gdzie w sposób lawinowy nagle wzrosły zachorowania.

Liczy się Pan z tym, że ponownie będzie otwierał Pan oddział covidowy?

Niestety, jestem prawie pewny, że tak będzie. To tylko kwestia czasu.

Sądzi Pan, że po zaszczepieniu odpowiednio dużego procenta populacji osiągniemy odporność zbiorową i pozbędziemy się problemu? Czy też raczej zaszczepimy się, przez jakiś czas będziemy się czuć bezpiecznie, a potem znów zaczniemy chorować, wrócimy do szczepień i tak dalej.

Nawet nie chcę o czymś takim myśleć. Absolutnie wierzę w to, że damy sobie radę z tym wirusem. Być może potrwa to dłużej niż nam się wydawało, ale szczepienia prędzej czy później nas zabezpieczą i są teraz bezwzględnym priorytetem.

Dodatkowo powinniśmy ściśle monitorować zachorowania i wypatrywać nowych mutacji. Niezależnie od tych działań, cały czas powinny też toczyć się badania nad leczeniem COVID.

COVID to wymarzona choroba dla Pana – internisty, anestezjologa, ale też immunologa.

Zacząłem od interny i pracowałem w ośrodku, gdzie zajmowaliśmy się pacjentami z chorobami immunologicznymi. Od ponad 15 lat pracuję na intensywnej terapii.

Rzeczywiście COVID to choroba, która mnie fascynuje, ale i przeraża. Z pewnością to bardzo ciekawa i skomplikowana choroba. Równocześnie jak wszyscy mam jej serdecznie dosyć i bardzo bym chciał, żeby ta pandemia się wreszcie skończyła a COVID na dobre zniknął z naszego życia!

Udostępnij:

Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Założył tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne