0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja: Weronika Syrkowska / OKO.pressIlustracja: Weronika...

Ekościema zamiast ekoświadomości

Maria Hawranek, OKO.press: Skąd wziął się termin greenwashing?

Joanna Kądziołka *, prezeska Polskiego Stowarzyszenia Zero Waste: Pierwszy raz użył go amerykański ekolog Jay Westervelt w artykule dla „New York Times” w 1986 roku. Opisał taką sytuację: przyjechał do hotelu, gdzie przeczytał informację o tym, że obsługa może wymieniać ręczniki codziennie, ale hotel zachęca do tego, by używać ich wielokrotnie i w ten sposób zmniejszyć użycie wody i detergentów. Brzmi dobrze, prawda? Jednak rzuciło mu się w oczy, że ta wymiana ręczników to była jedyna deklaracja na temat ekologii, jaką składał tamten hotel.

Biorąc pod uwagę presję, jaką wywiera na środowisko branża turystyczna, to te ręczniki były odpowiedzialne za jakiś promil śladu środowiskowego, jaki hotel zostawiał. Westervelt nazwał to greenwashingiem, czyli praniem na zielono w nawiązaniu do angielskiego słowa whitewashing, czyli wybielanie. W Polsce bardziej przyjął się termin ekościema, my w naszej trwającej teraz kampanii nazwaliśmy to „Grą w zielone”. Marki pogrywają z nami jako konsumentami, próbując pokazać się jako świadome i ekologiczne.

No ale czekaj. Teoretycznie nie ma chyba nic złego w tym, że bardziej ekologiczne rozwiązanie jest też bardziej ekonomiczne. Zdaje się, że wręcz przeciwnie – takie sprzężenie może napędzać prośrodowiskowe zachowania.

Oczywiście, że nie ma w tym nic złego! Mało tego, są firmy, które zarabiają na dostarczaniu innym zielonych rozwiązań, pomagając ograniczać emisję, i to jest jak najbardziej w porządku. Kluczowa jest intencja.

Greenwashing to jest taka komunikacja marketingowa, która bazuje na fałszywych, nie do końca prawdziwych czy też wprowadzających konsumentów w błąd deklaracjach dotyczących produktów czy usług danej firmy w kontekście jej wpływu na środowisko.

Czyli w przypadku ręczników możemy myśleć, że chodzi o środowisko, ale u podłoża leży kasa. Bo gdyby chodziło o środowisko, to tamten hotel dbałby o nie również na innych polach. A tak, pokazuje w komunikacji tylko ten jeden fragment, nie dając pełnego obrazu. I do tego jest to fragment, który jest stosunkowo mało istotny, biorąc pod uwagę skalę emisji, za jakie ten hotel odpowiada.

W Polsce słynny jest przykład Hotelu Arłamów. Reklamował się zawsze jako miejsce zrównoważone, „przyjazne naturze”. Po czym w 2022 roku jedna z organizacji pozarządowych wykazała, że wszystkie ścieki wylewa do potoku w pobliskim rezerwacie. To dyskredytuje ten hotel jako miejsce ekologiczne, prawda? Z pewnością wszystkie inne prośrodowiskowe działania, które prowadzi, nie równoważą tego zrzutu ścieków.

A są na świecie hotele – na przykład Ribno Alpine Resort w Słowenii – realnie prowadzone w duchu zero waste. To da się zrobić. Trzeba zwrócić uwagę na przykład na to, gdzie robi zakupy – czy lokalnie, czy nie, i jaką żywność proponuje się gościom w menu – mniej mięsa lub wcale.

Przykład z innej branży: firma Unilever postanowiła zastąpić butelki z mydłem w płynie opakowaniami uzupełniającymi, miały formę plastikowych saszetek. Butelki były zrobione z PET, czyli tworzywa, które nadaje się do recyklingu, ale saszetki już nie.

Czyli firma zmieniła rozwiązanie na gorsze, a nazwała je bardziej ekologicznym. Klasyczny greenwashing.

Greenwashing wielkich marek

Są jakieś produkty i usługi, gdzie greenwashing jest szczególnie popularny?

Greenwashing jest wszędzie. Idźmy po kolei. Jedzenie – produkty określane jako bio często mają nieweryfikowany skład. Kosmetyki – firmy naklejają certyfikaty, których pozyskiwanie ma niejasną procedurę, zdarzają się wręcz graficzne podróbki uznanych certyfikatów takich jak np. Ecocert. W drogeriach są całe półki oznaczone na zielono jako dział ekologiczny, gdzie teoretycznie powinniśmy móc swobodnie wybierać między produktami, tymczasem większość z nich jest opakowana w jednorazowy plastik, a ich składy niczym nie różnią się od produktów, które stoją na innych półkach.

Idziemy dalej: ubrania – spójrzmy na znany przykład H&M. Firma miała kolekcję, która nazywała się „Conscious”. Deklarowano, że jest to moda zrównoważona, oparta na stosowaniu bawełny organicznej i poliestru z recyclingu. Okazało się jednak, że w produkcji tej kolekcji używa się jeszcze więcej szkodliwej chemii tekstylnej, niż w produktach do niej nienależących.

Transport – Ryanair miał kampanię, że każdy klient płaci 1 dolara na pokrycie kosztów offsetów węglowych. Okazało się, że to działanie zredukowało emisję firmy o 0,01 proc. Czyli umówmy się – niewiele, ale w świadomości klientów firma plasuje się jako ekoświadoma. Albo samochody elektryczne – często są reklamowane jako „przyjazne dla klimatu”. Nie ma przecież czegoś takiego! Co najwyżej mogą być tylko mniej szkodliwe. Więc na każdym kroku jesteśmy, że tak powiem, nabijani w butelkę. Tu nie ma jakiejś jednej branży.

Według badania YouGov przeprowadzonego w Wielkiej Brytanii w 2021 roku, 52 proc. brytyjskich konsumentów opiera swoje decyzje zakupowe na ekodeklaracjach składanych przez marki. W Polsce pewnie też?

Możemy tak przyjąć. Według badania Ekobarometru z 2023 roku aż 61 proc. Polaków jest gotowych płacić więcej za produkty opakowane w bardziej ekologiczne materiały. Badanie zlecone przez firmę certyfikującą produkty papierowe FSC w 2023 roku wykazuje, że dwie trzecie Polaków deklaruje, że wolałoby wybierać produkty, które nie szkodzą roślinom i zwierzętom i nie przyczyniają się do zmiany klimatu.

Jednocześnie inne badania Ekobartometru z ubiegłego roku mówią o tym, że tylko 29 proc. Polaków w ogóle wie, co to jest greenwashing. Znajomość pojęcie „ekościema” zadeklarowało 24 proc. respondentów. Świadomość greenwashingu jest niska, przy jednocześnie ogromnej częstotliwości występowania. I gotowości klientów do tego, by płacić więcej.

20 lat temu niewiele osób było na to gotowe lub mogło sobie na to pozwolić. Teraz świadomość jest, zasobność portfela też, tymczasem nadal niewiele z tego wynika. Straszne cyniczne świństwo ten greenwashing.

W Stanach Zjednoczonych już w latach 80. niektóre firmy zdały sobie sprawę, że powinny deklarować ekologiczne postępowanie, bo ludzie zaczynają skupiać się na losie planety. Wtedy też ekologia jako nauka zyskała na znaczeniu i zaczęto poświęcać więcej uwagi działaniom prośrodowiskowym w naszej codzienności.

Biznes od razu to zauważył. Jak tylko my jako konsumenci zyskaliśmy świadomość, to marki postanowiły to wykorzystać, aby zbliżyć się do klienta i więcej sprzedać. Kiedyś natrafiłam na takie dane, niestety sprzed lat, że w 2015 roku rynek produktów nastawionych na korzyści dla środowiska, był wart 850 miliardów dolarów. Możemy sobie wyobrazić, że 10 lat później jest wart dużo więcej. Firmy tylko zacierają ręce, co jest oczywiście bardzo cyniczne.

Przeczytaj także:

Offset w szarej strefie

Wspomniałaś o firmach transportowych stawiających na offsetowanie. Każdy offset to greenwashing? Po wysłuchaniu audycji Działu Zagranicznego o grudniowym szczycie klimatycznym w Arabii Saudyjskiej mam takie wrażenie.

Tak, świetna jest ta audycja. Jednak nie używałabym takiego skrótu myślowego, że offsety węglowe są złe, bo pomysł równoważenia śladu węglowego przez sadzenie lasów lub obejmowanie ochroną tych zagrożonych jest szczytny. Natomiast niestety rzeczywiście często przeradza się w greenwashing, co wykazały liczne śledztwa dziennikarskie. Wiele firm, zamiast wysilać się, by obciąć emisje, woli zapłacić, by je równoważyć, i już to jest niepożądana droga na skróty.

Jest jeszcze drugi problem – firmy offsetujące to duże biznesy i stosują różne triki. Na przykład deklarują, że dzięki środkom z offsetowania objęły ochroną taki a taki obszar, po czym wchodzisz na mapę i widzisz, że to był rezerwat, więc żadnemu drzewu nic tam nie zagrażało. Te firmy często znajdują się w Afryce czy w Ameryce Południowej i liczą na to, że nikt nie sprawdzi obszaru, o którym mówią.

Zresztą offsetowanie to powinien być dla firm ostatni krok – jeśli już rzeczywiście nie da się obciąć emisji, wówczas ją równoważą. I powinniśmy mieć prawodawstwo, które jasno określi kryteria uznawania czegoś za offset, bo teraz firmy te działają w dość szarej strefie.

Myślisz, że greenwashing był nieunikniony?

Nie wiem. Z pewnością na początku zabrakło regulacji. Biznes wychwycił ten trend, zanim politycy zaczęli się nim interesować. Do tej pory zresztą ekologia nie jest dla nich na pierwszym miejscu – zwróć uwagę, jak daleko w programach wyborczych naszych partii politycznych pojawiały się kwestie dotyczące środowiska i ile im poświęcano miejsca. Według badań opublikowanych przez „Rzeczpospolitą” w lipcu 2023 roku, najważniejszymi tematami dla Polaków były inflacja i sytuacja gospodarcza Polski, a środowisko jako ważne wymieniło 2 proc. respondentów.

To jest samonapędzające się koło. Nie uważam, że wina leży głównie po stronie konsumentów, bo się nie interesują, czy też wina leży głównie po stronie polityków, bo nie tworzą dobrego prawa. To koło kręci się na takiej zasadzie, że ekologia to są złożone tematy bez prostych rozwiązań, więc może lepiej ją pomińmy.

Mamy w Polsce prawo konsumenta do rzetelnej informacji. Jak to się ma do greenwashingu?

W tym momencie w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumenta jest prowadzonych osiem dużych postępowań w temacie greenwashingu, które dotyczą odzieży, kosmetyków i handlu internetowego. Postępowanie toczy się m.in. wobec Dr Ireny Eris i Allegro. Weryfikowane są ich twierdzenia dotyczące działań na rzecz zrównoważonego rozwoju. Super! Tylko osiem postępowań to niewiele biorąc pod uwagę skalę zjawiska. No ale przynajmniej mogą im zostać nałożone w miarę sensowne kary – nawet do 10 proc. przychodów kary za dezinformację klienta.

Ile razy zdarzyło ci się zwrócić do tego urzędu ze skargą, że twoje prawa są łamane?

Zero.

No właśnie. A mnie raz, chociaż jestem żywo zainteresowana. To jest bardzo czasochłonna i aktualnie mało efektywna procedura, bo ochrona konsumenta w tym kontekście jest jeszcze w powijakach. Całe szczęście w Unii Europejskiej pojawiła się dyrektywa Green Claims, czyli zielonych oświadczeń, która aktualizuje prawo konsumenckie i mam nadzieje spowoduje, że będzie ono bardziej konkretne. Na razie dyrektywa jest na poziomie Rady Unii Europejskiej i Parlamentu Europejskiego, więc jej wdrożenie zajmie jeszcze wiele lat – od jej uchwalenia kraje członkowskie mają dwa lata na wdrożenie.

Co się zmieni, jeśli wejdzie w życie?

Po pierwsze, producent będzie musiał zapewniać wyraźne informacje o tym, że produkt jest ekologiczny na konkretnej podstawie. Czyli producenci będą musieli stosować jasne kryteria na temat sposobów, w jaki składają swoje ekodeklaracje – na etykietach czy na stronach internetowych.

Po drugie, pojawią się akredytowani weryfikatorzy tych deklaracji.

Trzecia zmiana będzie dotyczyła stosowania znaków specjalnych, czyli certyfikatów. W tym momencie na poziomie Unii Europejskiej jest 230 etykiet zrównoważonego rozwoju. W przypadku wielu z nich nie jest jasne, co właściwie sprawdzają. Badania unijne z 2020 roku mówią o tym, że 53 proc. twierdzeń firm dotyczących ekologii wprowadza w błąd, podaje niejasne lub bezpodstawne informacje, stosuje mylące analogie czy kolory.

Unijna dyrektywa nałoży na producentów obowiązek stosowania weryfikowalnych etykiet, a konsumenci będą mieć na nich linki albo kody QR odsyłające do większej ilości informacji, np. dotyczących systemu certyfikacji. Czyli w końcu będzie tak, że jeśli zapłacisz więcej, będziesz wiedziała, za co rzeczywiście płacisz.

A wydawałoby się, że to powinno być oczywiste.

Tymczasem organizacja The International Consumer Protection and Enforcement Network – globalna sieć ekspertów chroniących prawa konsumencie, w której skład wchodzi 70 krajów – przeanalizowała 500 stron internetowych i sprawdziła, że aż 40 proc. informacji, które się na nich pojawiają, są nieweryfikowalne i wprowadzają w błąd. Czyli w tej chwili

40 proc. informacji to jest taka mega ekościema, której nikt nie jest w stanie zweryfikować.

Greenwashing – wszystkie grzechy główne

Powiedz w takim razie, jak nas „piorą na zielono”.

Mówi się o jedenastu grzechach greenwashingu, ale ja z reguły skupiam się na pięciu najważniejszych.

1. Grzech ukrytych działań

Przykład z Polski: w 2018 roku była taka kampania Żywca, w której brała udział Martyna Wojciechowska. Wypuszczono komunikat, że plastik wcale nie jest taki zły, bo jest tańszy, lżejszy w transporcie niż szkło, no i też można go wielokrotnie przetwarzać. Do tego plastik jednak rozłoży się po kilkuset latach, a szkło nie. Nie napisano tylko, że szkło można bez utraty jakości przetwarzać w nieskończoność, a plastik – kilka, najwyżej kilkanaście razy, a potem traci swoją wyjściową jakość. To był bezczelny, manipulatorski rodzaj komunikacji.

2. Grzech braku dowodów

Czyli masz na etykiecie jakiegoś produktu informację, że nie był testowany na zwierzętach – i ani słowa więcej. W takim razie gdzie i jak go testowano, by sprawdzić, czy jest dobry dla ludzkiego zdrowia? Jaki jest dowód na to, że nie zrobiono tego na zwierzętach?

3. Grzech braku precyzji

Czyli np. na etykiecie jest napisane „wolne od chemikaliów” albo „w całości naturalne”. Myślisz sobie: kurczę, super. Tylko ja nie wiem, czy w dzisiejszych czasach da się zrobić jakiś produkt, który będzie wolny od chemikaliów, bo nawet jak chcesz wyprodukować naturalny krem, to musisz dodać jakieś składniki, które przedłużą jego trwałość. Kiedyś kupiłam taki supernaturalny krem – musiałam go trzymać w lodówce, a i tak po dwóch tygodniach tracił ważność. Takich kosmetyków praktycznie nie ma w sprzedaży.

Inny przykład: Coca-Cola w 1990 roku postawiła sobie za cel, że ich butelki w 25 proc. będą zrobione z plastiku z recyklingu. Dziś te butelki nadal zawierają tylko 10 proc. recyklatu, a dzienna sprzedaż koncernu sięga 1,7. miliarda butelek. Warto zobaczyć film „The Story of Plastic” i to, jak manadżer tej firmy bardzo się poci, gdy odpowiada na pytania zadawane przez dziennikarkę. Śledztwo dziennikarskie wykazało, że koncern dawno temu w swoich dokumentach strategicznych – bo teraz oczywiście je zmienili – blokował wprowadzenie systemu kaucyjnego, a wszelkie deklaracje z tamtych lat były pod publikę.

Organizacja pozarządowa zajmująca się prawem ochrony środowiska Client Earth niedawno złożyła ostrzeżenie zewnętrzne do Komisji Europejskiej a propos deklaracji Coca-Coli, Nestle i Danone. Wszystkie te firmy deklarują, że ich butelki są w 100 proc. z recyklingu. A to jest bzdura! Butelka ma nakrętkę, która wcale nie jest z recyklingu, butelka ma etykietę, która wcale nie jest z recyklingu, i tak dalej.

Informacje zamieszczane na butelkach sugerują także, że można je w nieskończoność poddawać recyklingowi, co może wprowadzać konsumentów w błąd, że jednorazowe butelki są „eko”.

4. Grzech nieistotności

Czyli właśnie te ręczniki, o których już rozmawiałyśmy. Albo takie hasło: „jajka wolne od GMO” stosowane na rynku europejskim. Prawda jest taka, że wszystkie sprzedawane jaja są wolne od GMO. Żadne zwierzęta genetycznie zmodyfikowane nie są dopuszczone do chowu w UE.

5. Grzech mniejszego zła

I tu też mam super przykład: organiczne papierosy. Są zapakowane w pudełka w duchu eko pudełko, tylko miliony ludzi rocznie umierają z powodu palenia papierosów. Organiczne papierosy szkodzą dokładnie tak samo, jak nieorganiczne, ale udają, że nie.

Najwięksi śmieciarze świata

Wymieniłaś firmy, których produktów możemy się wystrzegać, żeby oprotestować greenwashing. Coca-cola, Unilever. Kto jeszcze i dlaczego?

Organizacja pozarządowa Break Free From Plastic, której Polskie Stowarzyszenie Zero Waste jest częścią obok ponad 2000 innych organizacji pozarządowych z całego świata, regularnie organizuje audyty środowiskowe. Polegają one na tym, że ludzie wychodzą na plażę i do lasów – rok temu w 50 krajach, w 2022 w 42 krajach, czyli w sumie tysiące wolontariuszy – i zbierają odpady do worków. A potem patrzą, co w nich dominuje – jakie produkty i które marki.

My też zbieraliśmy odpady w ramach tej akcji nad polskim morzem. Dużo było filtrów z papierosów, nakrętek, opakowań po batonikach typu Mars czy Twix, puszek. I kto jest największym śmieciarzem? Nie ma zaskoczeń. Na pierwszym miejscu jest Coca-Cola, na drugim – PepsiCo, a na trzecim – Nestle. Później Unilever, Procter & Gamble, ogólnie produkty z tzw. branży FMCG (Fast Moving Consumer Goods), czyli produktów szybkozbywalnych, przede wszystkim żywności.

Myślę, że trzeba i warto mówić o tych śmieciarzach głośno, tym bardziej, że to rzetelne badania, a najwięksi śmieciarze świata od lat królują na tych listach bez zmian. Wkurza mnie, kiedy taka Coca-Cola organizuje akcję sprzątania.

Dlaczego?

A powiedz mi, dlaczego mamy sprzątać ich śmieci?

To oni powinni?

Więcej! Oni powinni nie dopuścić do ich pojawienia się! Oczywiście wiem, że za część odpadów w przyrodzie jest odpowiedzialna niefrasobliwość konsumentów, ale przede wszystkim to jest ogromna odpowiedzialność producentów.

Oni mają zrobić wszystko, by tych odpadów nie było.

Jak?

Istnieje hierarchia postępowania z odpadami. Pierwsze miejsce w niej zajmuje zapobieganie ich powstawaniu, a drugie – przygotowanie do ponownego użycia. Czyli ważny jest odpowiedni projekt. Weźmy opakowanie ciastek Oreo – otwierasz je, a w środku jest pełno innych małych opakowań, bo gdzieś w badaniach wyszło działowi marketingu, że konsumenci lubią sobie wziąć wygodnie ciastko na drogę. Ale w marketingu nie wzięli w ogóle pod uwagę, jaki to będzie mieć wpływ na środowisko – żadnego z tych papierków nie da się ponownie użyć ani przetworzyć.

Tymczasem są takie fenomenalne badania LCA (gdzie bierzemy pod uwagę cały cykl życia produktu) które pokazują, że w 80 proc. to, jak zaprojektujesz dany produkt, wpływa potem na możliwość jego przetworzenia, czyli na to, co się z nim stanie po użyciu – czy i w jakim stopniu będzie mógł wrócić do obiegu, czy nie. Design ma ogromne znaczenie.

Trzecie w hierarchii jest ponowne wykorzystanie. Jeśli wprowadza się system kaucyjny na opakowania po napojach i stosuje się odpowiednio wysokie zachęty finansowe dla konsumentów, to oni tych opakowań nie wyrzucają – i to jest sprawdzone. Np. na Litwie już w drugim roku funkcjonowania systemu kaucyjnego zbiórka odpadów z tworzyw sztucznych objętych kaucją wzrosła do 90 proc.

Dopiero potem jest recycling. Wiele osób ekscytuje się japońskim miasteczkiem Kamikatsu, gdzie mieszkańcy segregują odpady na 45 frakcji. To bardzo ważne, tylko pamiętajmy, że recykling jest dopiero na czwartym miejscu w hierarchii postępowania z odpadami, a Japończycy produkują ich ogromne ilości.

Własny kubek i opakowanie na jedzenie

Od czterech lat walczycie o wprowadzenie systemu kaucyjnego w Polsce. Kiedy wejdzie w życie?

Według planów w styczniu 2025 roku. Liczymy na to, że ta ustawa rzeczywiście wejdzie w obecnej postaci, bo pojawiają się głosy ze strony przemysłu, żeby przesuwać jej wprowadzenie. System kaucyjny zagospodaruje na razie część rynku, czyli opakowania po napojach: plastikowe butelki do 3 litrów, butelki szklane wielokrotnego użytku do 1,5 litra plus puszki do 1 litra. Będzie obowiązkowy w sklepach powyżej 200 metrów kwadratowych, mniejsze sklepy będą miały dowolność dołączenia. Jak pokazuje przykład Słowacji, sklepikarze chętnie dołączają, bo wiedzą, że klientom wygodnie jest w jednym miejscu oddać opakowania i kupić produkty.

Ważne, że do zwrotu nie będzie potrzebny paragon. W dużych sklepach pewnie będą automaty, ale będzie też możliwość oddania produktów w kasie, wygodna w tych mniejszych. Wymiana w formie gotówki lub vouchera do zakupów w sklepie. Minimalna opłata za butelkę to 50 groszy.

Niedużo.

Składaliśmy do ministerstwa propozycję – bo pytano nas o opinię – by przy mniejszych pojemnościach to było 50 groszy, a przy większych pojemnościach – złotówka, bo to jest kwota bardziej adekwatna do sytuacji społeczno-ekonomicznej w naszym kraju i bardziej zachęci do zwrotu. No ale to zawsze można zmienić. System kaucyjny można też rozbudowywać o kolejne opakowania – np. po mocnych alkoholach, jak choćby butelki po winie, które są bardzo ciężkie. Więc to będzie świetny początek.

System kaucyjny to tylko część większej i bardziej złożonej koncepcji, o którą się w tej rozmowie ocieramy – Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenckiej, zwanej w skrócie ROP.

Tak, mówimy o tym od lat, ale projekt ustawy o ROP jest od lat w politycznej zamrażarce. ROP dotyczy szerszej gamy opakowań, nie tylko po napojach. Opiera się na prostej zasadzie: jeśli jesteś producentem i wprowadzasz jakieś opakowanie na rynek, to musisz zapłacić za to, co się z nim wydarzy w momencie, kiedy przestanie ono pełnić swoją funkcję. Chodzi o to, by przenieść odpowiedzialność finansową na producentów, a pieniądze pozyskane w ten sposób przeznaczyć na dofinansowanie zbioru i segregacji odpadów w gminach. To dość logiczne, że skoro to są ich opakowania, to powinni dorzucać się do systemu ich zagospodarowania, prawda?

Rozumiem, że kwota, jaką za każde opakowanie producent będzie musiał uiścić, będzie zależała od tego, jak bardzo to opakowanie jest realnie ekologiczne.

W uproszczeniu: im bardziej przyjazne dla środowiska opakowanie, tym niższe opłaty dla producenta. Nazywa się to ekomodulacją i jest prostą zachętą do ekologicznego projektowania opakowań, co, jak już wiemy, jest kluczowe. Trzeci ważny filar ROP opiera się na tym, że my jako kraj członkowski UE musimy mieć recykling odpadów komunalnych na poziomie 55 procent. Teraz mamy około 26 proc.

To wszystko jest ogromnie ważne, bo na poziomie Unii Europejskiej ilość wykorzystywanych tworzyw sztucznych ciągle rośnie. Według badań OECD, do 2050 roku będziemy mieć globalnie trzykrotnie większą produkcję tworzyw sztucznych, mimo tylu już istniejących przepisów i rozwiązań.

Te wszystkie zmiany są dla firm kosztowne, stąd silne lobby, które im przeciwdziała. Ktoś w Europie wychodzi przed szereg?

Francja. Teraz wchodzi tam w życie przepis zakazujący niszczenia niesprzedanych produktów niespożywczych – tekstyliów, mebli, elektroniki. Francuzi zakazali też sprzedaży warzyw i owoców w plastikowych opakowaniach. We Francji mają też prawo, które określa, że w sklepach większych niż 400 metrów kwadratowych, 20 proc. powierzchni ma być przeznaczone na tzw. refille, czyli miejsca do uzupełniania produktów do własnych opakowań – proszków, mydeł, kasz, makaronów, etc.

We francuskiej sieci McDonald's zakazana jest sprzedaż plastikowych zabawek do zestawów.

Rozumiem, że to są dodatkowe przepisy, które wprowadza Francja, a które nie wynikają z obowiązującej w UE dyrektywy o plastiku jednorazowych – Single Use Plastic Directive.

Tak. SUP to nowe przepisy, które od stycznia tego roku obowiązują również w Polsce. Dyrektywę tę wprowadzono na podstawie badań, które wykazały, że jednorazowe kubki, sztućce i patyczki do uszu należą do dziesięciu najbardziej popularnych produktów zanieczyszczających europejskie plaże. Dlatego do jednorazowych opakowań z tworzyw sztucznych będzie doliczana dodatkowa opłata – na przykład za jednorazowy kubek na kawę.

Słyszę negatywne komentarze, że znowu koszty są po stronie konsumentów. Tylko tu walczymy o coś więcej, o to by wyrobić nawyk przychodzenia z własnym kubkiem, czy opakowaniem na jedzenie.

Jak kupować bez ekościemy

Które firmy w Polsce są naprawdę dobre w ekologię?

Na poziomie dużych koncernów niestety trudno kogoś wymienić. W publikacji Koźmiński Buisness Hub można znaleźć Startupy Pozytywnego Wpływu, raport jest publikowany co roku. Jest w nim np. firma Eco Bean, która przetwarza fusy z kawy. Zaczynali od robienia brykietów do kominka, kompostowalnych doniczek do kwiatów i słomek. Chcą zbudować fabrykę, by przerabiać te fusy na wiele półproduktów.

Świetna jest firma Swapp!, która robi automaty do samodzielnego ponownego uzupełniania produktów w sklepach – kremów, proszków, etc. Aktualnie też wprowadzają naczynia wielokrotnego użytku dla restauracji.

W Krakowie działa firma Rebread, która pokazuje jak przetworzyć suche pieczywo w nowy chleb, napoje probiotyczne, alkohol czy peeling! Bardzo polecam też środki czystości produkowane przez firmę Slappa – to chemia domowa w pigułce, zdecydowanie produkt przyszłości. Dostajesz takie małe pudełeczko, w nim trzy różne tabletki rozpuszczalne w wodzie i już masz domową chemię. Firma kosmetyczna Yope daje możliwość uzupełniania produktów. Wśród firm podróżniczych polecam etyczne biuro podróży Soul Travel.

A czy ty kiedyś dałaś się nabrać na ekościemę?

Niestety tak. Kiedyś znalazłam taki proszek o dobrym składzie sprzedawany w kartonowych opakowaniach i cała dumna go zamówiłam. Rzeczywiście – opakowanie kartonowe miał, no ale w środku był dodatkowo plastikowy worek. To było dla mnie duże rozczarowanie.

Skoro tyle jest niespójnych działań, mylnych sygnałów, niejasnych certyfikatów, nieweryfikowalnych informacji, to wyszukiwanie odpowiednich produktów i lustrowanie ich składów jest nie tylko ogromnie czasochłonne, ale może być demotywujące.

Na początku rzeczywiście jest tak, że trzeba temu poświęcić czas, nie da się inaczej. Ja mam trochę tak, że jak ja już znajdę dobry produkt, czy markę, to się ich trzymam. Na przykład odkryłam taką markę polską Bajla, która produkuje mega proste w składzie proszki do prania i do zmywarek i sprzedaje je w kartonowych pudełkach. I kiedy nie mam czasu na przygotowanie wersji DIY, nie kupuję innego. Teraz zakupy zajmują mi pewnie mniej czasu niż przeciętnemu konsumentowi.

Jak znajdujesz te właściwe produkty?

Całe szczęście już nie muszę tego robić sama. Jest wiele blogów, którym ufam, np. Czytamy etykiety. Jest też aplikacja na telefon Dobre Zakupy, którą stworzyła Fundacja Kupuj Odpowiedzialnie. Ocenili w niej 660 marek – zanim coś kupimy, możemy sprawdzić, czy są OK. Polecam też podcasty: „Lepszy Klimat” Pauliny Górskiej, „Po co to eko” Marty Zwolinskiej i „Odpowiedzialna moda” Katarzyny Zajączkowskiej.

Nie trzeba samemu ślęczeć i wszystkiego wyszukiwać. A ten czas, który poświęcimy na zrozumienie, co jemy, co w siebie wsmarowujemy i co na siebie wkładamy, będzie też z korzyścią dla naszego zdrowia.

Jak w przypadku wielu działań proekologicznych, powinniśmy głosować portfelem przy zakupie produktów, wspierać działania organizacji pozarządowych walczących z greenwashingiem, pokazywać palcem zielonych manipulantów, by przestali być bezkarni. A od czego zacząć odcięcie się od ekościemy na co dzień?

Od przejrzenia na spokojnie rzeczy, które mamy w domu. Przyjrzenia się składom, poszukania zamienników tych, które nam nie odpowiadają, a dopiero potem pójścia na zakupy – w sklepie, gdzie jest milion bodźców, trudno o czas i skupienie na takie wybory.

Nie ma sensu nagle wyrzucać całego plastiku – używajmy tego, co już mamy.

I sprawdzajmy sobie kolejne obszary naszego życia. Może zorganizuję wymiankę i w ten sposób odświeżę swoją szafę, pozbywając się tego, co mi już nie leży? Może kupię sobie używany ciuch dobrej jakości, który będzie mi służył przez lata? Może w mojej okolicy działa jakiś sklep less waste lub zero waste – można sprawdzić na naszej stronie na Mapie Zero Waste, mamy ponad cztery tysiące takich punktów – w którym można kupić rzeczy do własnych pojemników albo naprawić to, co się zepsuło?

Nie da się z dnia na dzień być Zero Waste i nie ma co stawiać sobie takiego celu. Jak zwykle – warto działać krok po kroku.

*Joanna Kądziołka – prezeska Polskiego Stowarzyszenia Zero Waste. Ekspertka ds. komunikacji, edukatorka ekologiczna, pomysłodawczyni kampanii edukacyjnej „Wrzucam. Nie wyrzucam”, postulującej wprowadzenie systemu kaucyjnego w Polsce. Koordynatorka projektów społecznych, m.in. Mapy Zero Waste, promujacej biznesy działające w duchu zero waste. Konsultantka strategii GOZ opracowywanych przez instytucje publiczne. Pomysłodawczyni i koordynatorka Festiwalu Zero Waste w Krakowie. Absolwentka studiów podyplomowych „Zarządzanie Gospodarką Odpadami” na SGH.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, niepokoją, zaskakują właśnie.

;

Udostępnij:

Maria Hawranek

Reporterka i podróżniczka. Pisze dla „Dużego Formatu”, „Wysokich Obcasów”, „Tygodnika Powszechnego” i „Przekroju”. Współtwórczyni reporterskiego projektu IntoAmericas.com. Autorka książki „Szkoły, do których chce się chodzić, są bliżej niż myślisz”. Razem z Szymonem Opryszkiem wydała książki „Wyhoduj sobie wolność”, „Tańczymy już tylko w Zaduszki”. Mama Gucia, ich trzyletniego syna.

Komentarze