0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Chanakarn Laosarakham / AFPChanakarn Laosarakha...

18 czerwca 2024 senat Tajlandii przyjął ustawę legalizującą małżeństwa jednopłciowe. Przeciwko było tylko czterech ze 136 deputowanych. Przepisy muszą jeszcze zostać zatwierdzone przez króla Mahę Vajiralongkorna.

Jeśli tak się stanie – a wszystko wskazuje, że to formalność – Tajlandia będzie pierwszym państwem w Azji Południowo-Wschodniej, które uznaje związki par tej samej płci. O tym historycznym dla regionu wydarzeniu rozmawiamy z dr Barbarą Kratiuk, ekspertką od Dalekiego Wschodu z Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Anton Ambroziak, OKO.press: Czy wynik głosowania w senacie był zaskoczeniem?

Barbara Kratiuk: To nie jest duże zaskoczenie. Już na początku marca ogromna większość Izby Niższej parlamentu przegłosowała ustawę: 400 głosów „za” do 10 „przeciw”. Sam premier bardzo mocno lobbował za jej przyjęciem.

Podpis króla to formalność?

Król raczej nie spróbuje zawetować ustawy, choćby dlatego, że i tak nie cieszy się popularnością, więc nie będzie chciał się dodatkowo narażać. Powszechna jest opinia o królu jako o osobie, która nie reprezentuje i nie zachowuje się zgodnie z tradycyjnymi tajskimi wartościami jak np. szacunek dla rodziny. Jest też powiązany z kilkoma finansowymi skandalami w kraju.

A poparcie dla ustawy wyrazili nie tylko politycy, ale też duża część społeczeństwa.

Jak w Tajlandii udało się doprowadzić do legalizacji małżeństw jednopłciowych?

I tu od razu możemy powiedzieć o ważnej różnicy między prawem tajskim a europejskim: ta ustawa nie mówi o równości małżeńskiej w zachodnioeuropejskich standardach. Ta ustawa legalizuje małżeństwa par tej samej płci, zapewniając im prawo do adopcji dzieci, dziedziczenia po partnerze czy podejmowania decyzji medycznych. Ale ma ona swoje ograniczenia.

Od haniebnego wyroku do zwrotu politycznego

Cała batalia zaczęła się 10 lat temu, jeszcze przed puczem wojskowym z 2014. Po przejęciu władzy przez juntę wojskową projekt przepadł, bo władza składała się głównie z bardzo konserwatywnych osób. W 2021 roku wojskowi przekierowali sprawę do Trybunału Konstytucyjnego, który w wyjątkowo ohydny sposób orzekł, że osoby należące do społeczności LGBT+ nie są do końca ludźmi, że należy ich inaczej traktować, a więc małżeństwa jednopłciowe są absolutnie niezgodne z tajską konstytucją. Amnesty International uznało ten wyrok za uwłaczający godności ludzkiej. Wówczas wydawało się, że droga do tej ustawy została zamknięta.

To, co się zmieniło?

W Tajlandii w stosunkowo krótkim czasie doszło do głębokich przetasowań na scenie politycznej, zwłaszcza po wyborach z 2023 roku. Tajowie mogą podziękować przede wszystkim partii Move Forward. Dziś jest największą partią opozycyjną, a jednocześnie najbardziej progresywną siłą polityczną w Tajlandii. Jej liderzy w maju 2023 roku, po wygranych wyborach, podpisali dokument, który nazwali konstytucją programową. Ważnym punktem wśród ich postulatów było właśnie wprowadzenie ustawy o równości małżeńskiej, czyli zagwarantowanie pełni praw rodzinnych niezależnie od płci.

Rządząca partia Phieu Thai, chcąc osłabić oponentów, wybić im z ręki argumenty, po prostu przejęła ten dyskurs.

Premier Srettha Thavisin sam zaczął promować legalizację małżeństw jednopłciowych. Ostatecznie do parlamentu trafiło kilka projektów, które połączyły się w jeden. Taki, który był do zaakceptowania zarówno dla rządzącej koalicji, jak i opozycji.

Przeczytaj także:

Do kogo mówili politycy, wykonując ten progresywny zwrot? Jakiej emocji społecznej się chwytali?

W ostatnich wyborach ogromne poparcie partia Move Forward zdobyła wśród młodych ludzi. Kluczem do mobilizacji tej grupy były postulaty wprowadzenia równości małżeńskiej, walki z dyskryminacją osób transpłciowych czy ograniczenia władzy i wpływów monarchii. Już w 2018 i 2019 roku, przy okazji ogromnych protestów, było widać, jakiego państwa chcą młodzi Tajowie. To oni dominowali na ulicach, a politycy zrozumieli, że w końcu ta grupa wyborców stanie się kluczowa przy urnach.

Ale trzeba też docenić wieloletnią, żmudną walkę organizacji społecznych, które walczyły, żeby wszystkie osoby, niezależnie od płci, mogły zakładać rodziny. Do tej pory ich życie było bardzo trudne.

Homofobia zaszyta w religii

Tajlandia uchodzi za jedno z najprzyjaźniejszych państw dla osób LGBT+ w regionie. Przynajmniej z perspektywy turysty. A co kryje się pod spodem? Jak żyje się mieszkańcom?

Musimy pamiętać, że tajskie społeczeństwo co do zasady wciąż jest konserwatywne. Mimo postępu w równouprawnieniu codzienne życie osób LGBT+ jest raczej trudne. W najbardziej dramatycznej sytuacji są osoby transpłciowe, które zgodnie z tajskim prawem, nie mogą zmienić oznaczenia płci w dokumentach. Można dokonać medycznej tranzycji, ale oficjalnie muszą funkcjonować z płcią nadaną im przy urodzeniu. Co prowadzi do sytuacji, w której osoba transpłciowa, która jest powoływana do wojska, musi służyć w mundurze i jednostce, która nie odpowiada jej tożsamości płciowej.

Źródłem tej dyskryminacji jest religia.

Buddyzm Therawada mówi wyraźnie, że bycie trans czy bycie osobą homoseksualną, to kara karmiczna za grzechy.

Religia ukształtowała postawy społeczne wobec społeczności LGBT+, miała też ogromny wpływ na stosunek monarchii do tematu.

Wiemy już, że konserwatyzmowi opiera się młodzież. Gdzie jeszcze widać pęknięcia?

Stolica Tajlandii, Bangkok naturalnie będzie miejscem bardziej liberalnym. Północny-zachód kraju również, szczególnie obszar Chiang Mai. Kluczowa dla zrozumienia tego podziału jest perspektywa klasowa. Południe zawsze było bogatsze, a jednocześnie podtrzymywało tradycyjne wartości, religię i status quo.

Klasy niższe stanowiły za to machinę napędową postępu.

Walka z podziałami klasowymi i nierównościami ekonomicznymi w ostatnich latach złączyła się też z walką o równouprawnienie społeczności LGBT+.

Tu nikt nie macha tęczową flagą

Ten rys emancypacyjny jest inny niż w zachodniej kulturze. W naszej części świata najpierw były marsze, mniej lub bardziej gniewne, wzrost widoczności osób LGBT+, zmiany w społecznej percepcji, a dopiero potem prawo odpowiadające na potrzeby ludzi. W Tajlandii wydaje się, że prawo trochę wyprzedza społeczeństwo.

W Tajlandii mamy do czynienia z dosyć płytką akceptacją. Są wybory mistera i miss trans, ladyboy’e, kabarety prowadzone przez osoby LGBTQ+. W Bangkoku funkcjonuje dosyć prężna społeczność, ale to wszystko jest powierzchowne.

Ta akceptacja polega na tym, że wszyscy wiedzą, że takie osoby istnieją, ale to nie znaczy, że są traktowane z szacunkiem, że mogą się wyoutować przed rodziną. Głównie ze względu na czynnik religijny, bo 95 proc. Tajów to buddyści.

Czyli nie ma machania tęczowymi flagami i publicznych coming outów?

Jest tu dużo sprzeczności, które ciężko wytłumaczyć. W Tajlandii mamy np. ogromny przemysł seriali o społeczności LGBT+, głównie są to gejowskie romanse. To jest absolutny fenomen. Aktorzy, którzy odgrywają te role, nie mierzą się ze stygmatyzacją. Wręcz przeciwnie – jest to uważane za zupełnie normalną, a nawet pożądaną ścieżkę kariery. Ale to nie jest przecież widoczność znana z Europy czy Stanów Zjednoczonych.

W Tajlandii obowiązuje raczej zasada „don't ask, don't tell”.

Nawet jeśli ktoś manifestuje swoją przynależność do społeczności LGBT+, to specjalnie się o tym nie rozmawia. Chyba że ktoś jest osobowością telewizyjną. Jedna z najbardziej znanych komiczek w Tajlandii, swoją personę sceniczną ułożyła właśnie wokół transpłciowości. I nikt nie ma z tym problemu.

Komu zależy na różowych dolarach

To teraz bardziej cynicznie: co Tajlandia próbuje ugrać taką progresywną legislacją w regionie i na świecie?

Moim zdaniem chodzi o to, żeby z powrotem ściągnąć do Tajlandii tzw. różowe dolary. W Azji Południowo-wschodniej naprawdę nie ma wielu miejsc, gdzie międzynarodowa społeczność LGBT+ może czuć się względnie bezpiecznie. Obok mamy Myanmar, w którym stosunki homoseksualne są przestępstwem. Mamy Brunei, gdzie za czyny homoseksualne grozi kara śmierci. Jest Indonezja, w której karany jest seks przedmałżeński. W Singapurze dekryminalizację stosunków homoseksualnych wprowadzono dopiero w 2021 roku. Obok mamy tylko Wietnam, który od 10 lat debatuje o podobnej ustawie, ale na razie niewiele się udało. Na tym tle Tajlandia uchodzi za idyllę.

Dużo się mówi o tym, że chodzi o ściągnięcie bogatych Amerykanów do Tajlandii nie tylko na wakacje, ale na rezydencję.

Mowa np. o tworzeniu tęczowych domów spokojnej starości.

Czyli jednak chodzi o pieniądze.

Jest to z pewnością rodzaj marketingu. Bangkok ubiega się o organizację World Pride, największej tęczowej imprezy na świecie, w 2030 roku. Bez wprowadzenia tej ustawy byłoby to niemożliwe.

Ale myślę, że tajscy politycy naprawdę zrobili ukłon w stronę tej młodszej, bardziej progresywnej części społeczeństwa.

To zresztą dobra lekcja dla Polski: jeśli chcesz zmian, musisz głosować na partię, która zapisuje równość małżeńską w swoim programie.

Politycy sami z siebie raczej zdania nie zmienią. Potrzebna jest silna presja.

Ta decyzja Tajlandii nie jest czarno-biała. Musimy pamiętać, że to kraj, który zawsze był dosyć otwarty, który szybciej niż później decydował się na nieuchronne dziejowo zmiany. W Azji równość małżeńską wprowadziły jeszcze tylko Nepal czy Tajwan. To naprawdę historyczny moment i ogromny sukces lokalnych NGO'sów.

;
Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i usługach publicznych.

Komentarze