Z zupełnie świeckich przyczyn wodzie naprawdę należy się szacunek. Polsce nie tyle grozi, co jest już w niej obecna susza hydrogeologiczna, co oznacza realne zagrożenie niedoborami wody, której zasobu nie da się uzupełnić. Powrotu do kultu wody potrzebujemy dziś jak nigdy przedtem
Zeszłoroczne wakacje na Sardynii były wyjątkowe – ta wyspa na Morzu Śródziemnym, podobnie jak cały region, już dziś wyjątkowo mocno odczuwa skutki zmian klimatycznych. Temperatury biją kolejne rekordy, a oliwki, migdałowce i tradycyjnie uprawiane winnice nie mają szans na plony: większość zawiązni usycha, zanim na dobre wykształcą się z nich owoce. A większość Sardynii, poza malowniczym i turystycznym Costa Smeralda, żyje z roli… Pod palącym słońcem i na chrzęszczących pod nogami spalonych resztkach trawy udało nam się odwiedzić niezwykłe, spotykane tylko na Sardynii sanktuaria z epoki brązu poświęcone kultowi wody. Wokół źródeł i studni budowano kamienno-drewniane osiedla, tzw. kultury nuragicznej.
Niektóre z nich były gigantycznymi ośrodkami kultu: na otoczonych kamiennymi murami kilkuhektarowych terenach pozostały ślady zabudowy świadczące o rozbudowanej obsłudze pielgrzymów, jak wokół studni w Santa Cristina i Santa Vittoria. W innym miejscu, dość ponurym kompleksie nuragicznym w Barumini, widać, jak wcześniejsze gościnne zabudowania wokół studni wydrążonej w płaskowyżu w kolejnych stuleciach zabudowywano, tworząc megalityczną fortecę (być może najstarszy w Europie zamek).
W kompleksie Santa Cristina zbudowana w XI w. p.n.e. bazaltowa studnia od trzech tysięcy lat jest pełna wody, która zachowuje bez względu na porę roku stałą temperaturę 18 stopni. Podczas skwierczącego upału zejście do ujęcia po dwudziestu pięciu znakomicie zachowanych stopniach jest zaprawdę doznaniem metafizycznym. Właśnie wtedy nawróciłyśmy się na kult wody. Nie tylko my – obok terenu archeologicznego funkcjonuje sklepik, w którym można od niedawna kupić niezwykle popularne srebrne medaliki w kształcie tamtejszej studni.
Woda jest życiodajna i śmiercionośna. Słowiańskie wiosenne rytuały odnoszą się do obu tych aspektów. Najpierw topimy Marzannę, składając ją w rytualnej odkupicielskiej ofierze, a ledwie tydzień lub dwa potem oblewamy się wodą w rytuale płodności na Śmigus Dyngus. Możemy sobie myśleć, że to jedynie dziecięce zabawy, ale jakby się zastanowić, to zabawianie najmłodszych rekonstrukcją rytualnego zabójstwa wcale nie jest zabawne…
Śmigus-dyngus, czyli polewanie się wodą na szczęście, to część obchodów wiosennych świąt nierozerwalnie związanych z wodą – rozmarzającymi rzekami, topniejącym śniegiem, wydłużającym się dniem i rosnącą powoli temperaturą. Nic dziwnego, że Lany Poniedziałek sąsiaduje w kalendarzu z jednym z dwóch najważniejszych świąt chrześcijańskich. Wielkanoc to celebracja życia i jego odrodzenia (stąd zmartwychwstaniu Chrystusa towarzyszą znaki rodzącego się życia i płodności natury – jajka, zajączki, młode rośliny, jak rzeżucha i owies), naturalne jest więc umieszczenie jej w „mocnym punkcie” pogańskiego kalendarza liturgicznego. Święta wiosny, odrodzenia wegetacji, nie dałoby się wymazać, dało się je jednak niemal „bezszwowo” sprząc z symboliką zmartwychwstania. A jeśli mowa o odrodzeniu, nie może się ono obejść bez wody.
Polewanie wodą to nie tylko usunięcie tego, co stare, zużyte, zimowe, lecz także – pobudzenie sił witalnych. Nie bez powodu więc smagano się wówczas nawzajem wierzbowymi witkami (wystarczy spojrzeć za okno lub zajrzeć do najbliższego parku, żeby zauważyć, że wierzby zielenią się wiosną jako jedne z pierwszych drzew), a wodą polewano się szczególnie chętnie przy studniach. Co ciekawe, śmigus (zwyczaj smagania witkami i polewania wodą) i dyngus (zbieranie datków, związane z kolędowaniem i być może mające coś wspólnego z obdarowywaniem się prezentami, pisankami, z jednej strony jako zaopatrzeniem na drogę, z drugiej – jako wykup przed podwójnym oblewaniem, były pierwotnie dwoma różnymi zwyczajami, które w pewnym momencie połączyły się w jeden.
Słowiańska mitologia nie jest nam dostępna – w większości opieramy się na spekulacjach, projekcjach i rekonstrukcjach. Pewnym wyjątkiem jest bogini Mokosz, która pojawia się w latopisach – staroruskich kronikach. Najstarszy dostępny nam zapis pochodzi z Latopisu Ławrientiewskiego (Laurentego) z 1377 roku, który jednak zawiera m.in. odpis „Powieści minionych lat“, kroniki z początku XII wieku relacjonującej wydarzenia z 980 r.:
„I począł Włodzimierz panować w Kijowie sam jeden. I wystawił posągi poza dziedzińcem dworskim Peruna drewnianego, a głowa jego srebrna, a wąs złoty; i Chorsa, i Dażboga, i Striboga, i Simargła, i Mokosz. I ofiarowywali im, zowiąc ich bogami, i przywozili syny swoje i córki, i ofiarowywali biesom, i splamili ziemię ofiarami swymi, i splamiła się ziemia ruska, i to wzgórze“.
Mokosz to jedyna bogini w tym panteonie. Językoznawcy zwracają uwagę, że jej kult pod tym imieniem może datować się na mniej więcej III wiek naszej ery, gdyż to wtedy w językach słowiańskich zaczęła funkcjonować zgłoska „š“ czyli „sz“. Starosłowiański rdzeń „mok“ oznacza coś, no cóż, mokrego, wilgotnego, bywa, że błotnistego. Jak się więc okazuje, jeszcze niedawno czciliśmy boginię Mokrość.
Przed Mokoszą-Mokrością według niektórych badaczy była wszechobecna i wszechpotężna „Matka-Ziemia Wilgotna“ (Maty Syra Zemla), słowiański odpowiednik Gai, od której wszystko się zaczyna i na/w której wszystko się kończy.
Marzanna, którą jeszcze w moim pokoleniu dzieci topiły lub podpalały w okolicach astronomicznego początku wiosny, nie ma tak szlachetnego pochodzenia jak Mokosz. Nie występuje w żadnych tak poważnych źródłach, jak latopisy czy kroniki. Inne wersje jej imienia to Morena, Morana lub Morzana – rdzeń „mor“ z kolei odnosi się do śmierci, moru (choroby) i głębokiego snu (stąd także Zmora).
Mimo podejrzanego rodowodu Marzanna-Zima była możną panią, należał jej się szacunek – mogła zmrozić wodę, źródło życia, i nigdy nie było całkowicie pewne, że zechce ustąpić miejsca wiośnie. Możemy tylko spekulować, czy zdumiewająco żywotne rytuały z użyciem kukły są śladem krwawych ofiar z ludzi, składanych na przebłaganie surowej bogini, wschodnią odpowiedzią na cykl ofiarowania syna-męża wielkiej bogini z zachodniej Europy – czy po prostu odreagowywaniem długiej, ciemnej zimy, kiedy wilgoć właziła pod każde okrycie i łupała w kościach.
Dawniej w greckokatolickim kościele bywało, że zimą kleryk podawał księdzu w ampułkach wrzątek (do dolania do kielicha z winem), bo inaczej woda by zamarzła przed Podniesieniem. Mamy tu do czynienia z najstarszą symboliką wody jako źródła życia – dolanie wody do wina przez kapłana jest nawiązaniem do krwi i wody, które wypłynęły z przebitego włócznią boku Jezusa, a które oznaczały jego podwójną – boską i ludzką – naturę. To jedne z bardzo licznych tropów przypominających o tym, jak bogate tradycje (sięgające neolitu, czyli okresu trwającego w Europie Południowej i basenie Morza Śródziemnego do około 3000 lat p.n.e.) przetrwały do dziś i w religijności, i ludowych zwyczajach i obrzędach.
Woda jako święte źródło życia byłą czczona od najdawniejszych czasów. Nawet nie odbywając dalekich podróży, jak ta na Sardynię, łatwo jest znaleźć dowody kultu wody w swoim otoczeniu. Przedchrześcijańskie święte gaje i źródła długo zachowywały swoje sakralne znaczenie i niełatwo było nowej religii z nimi walczyć. Przejęcie tych szczególnych miejsc i postawienie w ich pobliżu kościołów, z jednoczesnym zaadaptowaniem przynajmniej części bogatej symboliki, zadziałało znacznie lepiej i dlatego do dziś możemy odwiedzać świątynie położone w miejscach, których tradycyjne znaczenie jest dużo od nich starsze.
Spójrzmy choćby na piękny, położony na wysokiej skarpie nad Pilicą, romański kościół św. Idziego z XI w. Ufundował go książę Władysław Herman, po tym, jak urodził mu się syn, Bolesław zwany Krzywoustym. Dziś Inowłódz to senne miasteczko, jednak oprócz jednego z najstarszych kościołów w środkowej Polsce o jego dawnej świetności i znaczeniu przypomina także zamek założony przez Kazimierza Wielkiego. Inowłódz nad rzeką Pilicą był jednym z grodów na historycznej granicy państwa polskiego z Mazowszem. O tym, że to właśnie tu wdzięczny książę i jego żona Judyta Przemyślidka ufundowali kościół, zdecydowało jednak coś innego niż polityczna rola Inowłodza, a mianowicie – święte źródło.
Święte źródła to miejsca, z których wypływa woda, której przypisywano wielką moc, szczególnie uzdrawiania i wzmacniania płodności. Wedle przekazów, przy tym właśnie źródle (woda wypływa do dziś ze szczeliny o charakterystycznym kształcie) książęca para modliła się o potomka. Tak oto chrześcijański władca z żoną wznoszą modły do patriarchalnego Boga Ojca – przy źródle wody wypływającej jakby wprost z łona Matki Ziemi…
Prośby zostały wysłuchane, a rzeźbę dumnego ojca z przytulonym do boku synem (kto by tam pamiętał o matkach) można dziś podziwiać, podchodząc schodami pod świątynię.
Inne przykłady świątyń wybudowanych na miejscu wcześniejszych miejsc kultu, przy do dziś otaczanych czcią źródłach czy też studniach, to choćby święta Góra Grabarka na Podlasiu. Cerkiew wzniesiono tam w początkach XVIII w. po przetoczeniu się przez okolicę epidemii dżumy, do dziś pielgrzymi po zaniesieniu na górę swego krzyża schodzą w dół, do starszej od kościoła cudownej studni, i obmywają się wodą z niej. Woda z tej studni wedle legendy ocaliła tych, którzy w 1710 roku napili się z niej wody i schronili na wzgórzu.
Także osoby podróżujące na południe, w stronę Tatr, zatrzymać się mogą w szczególnym miejscu – w Chabówce, na Piątkowej Gorze, naprzeciwko kościoła św. Krzyża, znajduje się „Źródło Pociesznej Wody” – pociesznej, czyli niosącej pociechę. Drewniany kościółek powstał w XVIII w. na miejscu wcześniejszej świątyni, ona zaś z całą pewnością stała na miejscu, mającym kultowe znaczenie od wielu stuleci i dłużej. Najbardziej znane sanktuarium w Polsce to częstochowska Jasna Góra z najsłynniejszą polską ikoną. Mniej jednak osób wie o tym, że zaledwie kilkaset metrów od kościoła na Jasnej Górze także znajduje się święte (tj. z dawna otaczane czcią i odwiedzane z nadzieją na uzdrowienie) źródło – tuż obok kościoła św. Barbary.
Św. Barbara jest patronką niezwykłą. Jak pisze Anna Kohli w „Trzech kolorach bogini”, kult Trzech – dawniej trójpostaciowej bogini (Dziewicy, Matki i Staruchy), później rzymskich Matron, greckich Mojr – bogiń losu przędących i odmierzających nić życia nad każdą kołyską, a w czasach chrześcijańskich reprezentowanych przez popularne w średniowieczu „trzy święte dziewice” – Barbarę, Katarzynę i Małgorzatę – był bardzo silny i długo się utrzymywał, szczególnie w krajach niemieckojęzycznych. Tam, gdzie spotkamy którąś z tych trzech patronek przy starym kościółku, przy którym w dodatku znajduje się a to kamień z tajemniczymi śladami lub wyżłobieniami, a to źródełko – możemy mieć niemal pewność, że stoimy na bardzo starym, starszym od chrześcijaństwa miejscu kultu.
Podobną funkcję pełnią dwaj szczególni męscy patroni, św. Jerzy i św. Mikołaj. Jerzy walczący ze smokiem, pogromca pogańskiego „zła” i Mikołaj – święty powiązany z Trzema (wedle legendy podarował trzy złote kule na posag trzem ubogim pannom. Jest to typowe dla walczącej o swoje miejsce religii zawłaszczenie i odwrócenie znaczeń, w którym obdarzająca trójpostaciowa bogini sama staje się wymagającą opieki obdarowaną).
Także obecność tych świętych wskazuje na wielkie niegdyś znaczenie kultowe miejsc, na których dziś stoją ich kościoły. Często były to dawne święte gaje, źródła oraz pagórki i góry.
Św. Mikołaj słynął ze szczególnie aktywnego zwalczania świąt przesilenia zimowego (musiał dać wiele prezentów, by wreszcie zostać z nimi nierozerwalnie skojarzonym!), Jerzy zaś – ze zwalczania kultów pogańskich i obrony wiary chrześcijańskiej.
Wezwanie św. Jerzego nosi kościół w Gnieźnie, wzniesiony na miejscu kultowego kamiennego kopca, który do X w. był ważnym miejscem kultu przedchrześcijańskiego.
By historia mogła zatoczyć koło, a dawne bóstwa, szczególnie boginie, osadzić się mogły w nowym porządku, odnajdując w nim swoje własne miejsce, wspomnijmy o tym, że każda ze wspomnianych świętych dziewic ma arcyciekawy atrybut – Katarzyna koło (życia?), Barbara – wieżę, Małgorzata zaś – smoka. Być może, tuląc go do piersi, broni go przed św. Jerzym? Broniąc jednocześnie swojej historii i pamięci.
Życie wyszło z wody – dosłownie. Z praoceanu, jeśli myślimy o życiu na ziemi, i z wód płodowych, jeśli myślimy o swoim własnym istnieniu. Nic dziwnego, że rzeki są także granicami świata. Cztery rzeki otaczające rajski ogród oddzielały świat, w którym może żyć, od niepewnych i niebezpiecznych terenów poza nim. Rzeki były też granicami innego rodzaju – między krainą żywych a dziedziną zmarłych, jak Styks i Leta w mitologii greckiej.
Ślady pamięci o czasach, gdy rzeki nie tyle miały swoje bogini czy boginki, lecz po prostu były uosobieniem samej mocy życia, zachowały się w nazwach europejskich rzek. Na olbrzymiej połaci naszego kontynentu, dokąd tylko sięgały wpływy i osadnictwo Celtów, znajdziemy w nich imię bogini, od której wywodzili swoją nazwę: Tuatha De Danann (wym. taha de dana), Lud Bogini Danu. Dānu to praindoeuropejski rdzeń oznaczający rzekę, wilgoć, przepływ. Nie jest boginią mającą szczegółową historię. Pochodzi z czasów, gdy nie tyle była postacią, ile uosobieniem wody i jej życiodajnej mocy. Dlatego najlepiej zachowała się w dwóch kontekstach: jako przodkini klanu / ludu oraz właśnie w nazwach. Znajdziemy ją w Dunaju (Danube), Donie (dānu skrócone w wymowie do don – nazwa oznaczająca po prostu „rzekę”), a także Dniestrze (dānu + prawdopodobnie irańskie słowo przejęte przez grekę i łacinę do formy Danastris, być może oznaczające „bliższa rzeka” lub „szybka rzeka”) i Dnieprze (dānu + apara, irańskie „oddalony, dalszy” – dalsza rzeka lub też dānu + scytyjskie apr – głęboką – tj. pozbawiona brodów – rzeka).
Możliwe, że Danu to kuzynka starogreckiej Amfitryty, Tytanki z przedolimpijskiego panteonu, której imię oznaczało „Otaczająca świat“. Czasem utożsamia się ją z rzymską boginką solnej wody Salacją i uznaje za opiekunkę morskich stworzeń (zwierzęciem jej poświęconym był delfin), ale czasem dla odróżnienia od ojca Okeanosa i męża, olimpijczyka Posejdona, uznaje się ją za patronkę słodkich wód. U Hezjoda bóg i bogiń rzecznych było „trzy tysiące“ (tj. niezliczona ilość), których pochodzenie najczęściej było przedolimpijskie, to znaczy, niepokojąco przed-patriarchalne.
Swoje patronki-opiekunki miały źródła – były to nimfy, w odróżnieniu od zamieszkujących drzewa driad. Nimfy, podobnie jak słowiańskie rusałki, to dziś głównie postaci literackie. Z kolei potężne bóstwa wielkich rzek i ciał wodnych przetrwały w postaci budzących lęki legend o potworach: Rodan, choć nie tylko, miał swoją Meluzynę, pół kobietę – pół węża wodnego, która według podań miała feblik do lokalnych władców, z którymi miewała całkiem udane dzieci (zobaczmy powtarzający się wzorzec nieśmiertelnej bogini biorącej sobie śmiertelnego męża). Niezamężna natomiast pozostała matka wszystkich wodnych potworów, Nessie ze szkockiego Loch Ness.
Woda, której personifikacji uchybiło się czci, robi się niebezpieczna: mogą to być spiętrzenia, powodzie, osunięcia linii brzegowej, ale też utonięcia czy zakażenia skutkujące zarazą, czyli morem. Ale wszystko wskazuje na to, że woda, o której zapominamy, której kult i szacunek zanikł w zbiorowej pamięci, ustępując miejsca osuszaniu bagien, likwidowaniu wilgotnych warstw starych liści czy „porządkującej“ niesforne cieki wodne melioracji, też może się na nas ciężko obrazić.
Z zupełnie świeckich przyczyn wodzie naprawdę należy się szacunek. Polsce nie tyle grozi, co jest już w niej obecna susza hydrogeologiczna, co oznacza realne zagrożenie niedoborami wody, której zasobu nie da się uzupełnić. Ktokolwiek widział wyschnięte stawy, znikające bagna, a nawet to, co zostaje latem z Wisły na wysokości Warszawy, wie, o czym mówimy. Wspomnijmy, że Mazowsze to… Kraina Mazi (pierwotnie mieszkańcy Mazowsza to Mazochy – ludzie mieszkający w mazi, czyli wśród bagien). Coraz trudniej w to uwierzyć, patrząc na wysychające torfowiska i zanikające glinianki.
Powrotu do kultu wody potrzebujemy dziś jak nigdy przedtem – jeśli nie racjonalne argumenty, to może cześć dla potężnych wilgotnych bogiń i lęk przed rzecznym potworem, któremu odebrano ulubione głębiny, sprawi, że nareszcie zaczniemy traktować ten żywioł z należnym mu szacunkiem.
Filozofka polityki, tłumaczka, działaczka feministyczna i publicystka. W latach 2012-2015 redaktorka naczelna portalu Lewica24.pl. Była doradczynią Klubu Parlamentarnego SLD ds. demokracji i przeciwdziałania dyskryminacji oraz członkinią Rady Polityczno-Programowej tej partii. Członkini obywatelskiego Komitetu Ustawodawczego Ratujmy Kobiety i Ratujmy Kobiety 2017, współorganizatorka Czarnych Protestów i Strajku Kobiet w Warszawie. Organizowała również akcję Stop Inwigilacji 2016, a także obywatelskie protesty pod Sejmem w grudniu 2016 i styczniu 2017 roku. Stale współpracuje z Gazetą Wyborczą i portalem Tygodnika Polityka, gdzie ma swój blog poświęcony demokracji pt. Grand Central.
Filozofka polityki, tłumaczka, działaczka feministyczna i publicystka. W latach 2012-2015 redaktorka naczelna portalu Lewica24.pl. Była doradczynią Klubu Parlamentarnego SLD ds. demokracji i przeciwdziałania dyskryminacji oraz członkinią Rady Polityczno-Programowej tej partii. Członkini obywatelskiego Komitetu Ustawodawczego Ratujmy Kobiety i Ratujmy Kobiety 2017, współorganizatorka Czarnych Protestów i Strajku Kobiet w Warszawie. Organizowała również akcję Stop Inwigilacji 2016, a także obywatelskie protesty pod Sejmem w grudniu 2016 i styczniu 2017 roku. Stale współpracuje z Gazetą Wyborczą i portalem Tygodnika Polityka, gdzie ma swój blog poświęcony demokracji pt. Grand Central.
Z wykształcenia językoznawczyni, studiowała polonistykę, psychologię i gender studies na UW i SWPS. Z zawodu konsultantka i trenerka umiejętności społecznych, coach kariery. Mieszka w lesie pod Warszawą
Z wykształcenia językoznawczyni, studiowała polonistykę, psychologię i gender studies na UW i SWPS. Z zawodu konsultantka i trenerka umiejętności społecznych, coach kariery. Mieszka w lesie pod Warszawą
Komentarze