Jezioro Pilchowickie musi być opróżnione z wody, żeby Tauron mógł naprawić tutejszą zaporę. Ostatni etap osuszania zbiegł się z falą upałów. — Obraz szkód jest przerażający, a zapach trudny do opisania — mówią wędkarze, którzy próbowali wyłowić ostatnie żywe ryby.
— Proces opróżniania zbiornika Pilchowickiego praktycznie dobiegł końca. W tej chwili wody już prawie nie ma, zostały tylko niecki wypełnione ogromną ilością martwych ryb. Spora część tych ryb trafiła do systemu rzecznego w poniedziałek (29.06), kiedy doszło do ruszenia osadów dennych. Na naszych oczach te zwierzęta umierały, próbując łapać tlen. Widok był makabryczny — tak sytuację nad Jeziorem Pilchowickim opisuje Igor Glinda, wędkarz, właściciel agroturystyki w dolinie rzeki Bóbr.
Spółka Tauron od kilku miesięcy przygotowuje teren do remontu zapory w Pilchowicach na Dolnym Śląsku. Żeby przystąpić do prac, trzeba było opróżnić całe jezioro utworzone na rzece Bóbr – po raz pierwszy od 1977 roku. Wodę wypompowywano stopniowo od lutego 2026, odsłaniając powoli to, co od lat zalegało na dnie 240-hektarowego zbiornika – stare samochody, amunicję, broń.
Tauron zapowiadał, że końcowy etap osuszania jeziora zaplanowany jest na sam koniec czerwca. Akurat w te dni Polska doświadczyła kulminacji fali upałów, sięgających nawet 38–39°C (w sąsiednim Lubuskiem padł historyczny rekord – 40,5°C).
Woda ma wrócić do jeziora w 2028 roku. Kiedy wypływały z niego resztki wody, na dnie mieszkańcy zauważyli tysiące martwych ryb. Wędkarze spontanicznie zebrali się nad jeziorem, żeby pomóc w odłowach i przenoszeniu ryb do innych zbiorników. „Ratowanie ryb polegało na wyławianiu podbierakami ostatnich żywych osobników, które »oczkowały«, chwytając tlen z powierzchni szaro-brązowej mazi płynącej rzeką. Ryby trafiały do zbiornika typu Mauser z czystą wodą lub były bezpośrednio umieszczane w specjalistycznych zbiornikach transportowych na samochodzie Zarządu Okręgu, który został podstawiony na miejsce akcji” — relacjonuje w mediach społecznościowych Koło PZW Grodzkie Jelenia Góra.
„Obraz szkód jest przerażający, a zapach trudny do opisania. Przeżyły tylko małe ryby, którym udało się przedostać przez kraty sztolni obiegowej: leszcze, płotki, jazie, okonie, węgorze. Przyjechaliśmy zdeterminowani, by zrobić cokolwiek dla zmniejszenia strat, choć wszyscy wiemy, że to o wiele za późno” — piszą wędkarze.
Glinda mówi wprost o śmierci całego ekosystemu. — Nie chodzi tylko o ryby, ale też o bezkręgowce, płazy, gady, ptactwo wodne, które zniknęło momentalnie z tego odcinka rzeki.
Znajdujemy się w obszarze Natura 2000, w Parku Krajobrazowym Doliny Bobru, gdzie żyje wiele zwierząt, które korzystają z tej rzeki, piją tę wodę.
Rzeka przepływa przez tereny rolne. Wszystkie okoliczne wsie mają połączenia wód gruntowych z Bobrem. Nie wiemy, jakie będą konsekwencje — komentuje Glinda.
Zapytaliśmy Tauron Ekoenergię, spółkę odpowiedzialną za elektrownie wodne, o to, jakie środki podjęto, żeby zminimalizować ryzyko śmierci ryb w jeziorze. Chcieliśmy się dowiedzieć, czy o kolejnych etapach opróżniania zbiornika były poinformowane służby, w tym Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska (RDOŚ) i Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska (WIOŚ) oraz czy spływ osadów dennych zagraża rzece Bóbr i dalej Odrze (do której Bóbr wpływa w okolicy Krosna Odrzańskiego).
Od wtorku, 30 czerwca, nie dostaliśmy odpowiedzi. Telefon również milczy.
Wcześniej jednak Tauron wydał kilka oświadczeń.
„Proces jest wielowątkowy, a co najważniejsze, jest realizowany zgodnie z wytycznymi i nadzorowany przez zespół doświadczonych przyrodników oraz wszelkie powołane do tego instytucje od PZW przez RDOŚ po Urząd Marszałkowski. Celem głównym podejmowanych działań było od początku minimalizowanie strat w ekosystemie. Podkreślamy jeszcze raz: obserwowany obecnie stan zbiornika i rzeki jest czasowy” — przekazała firma redakcji TVN24.
Jacek Bieńkowski, dyrektor ds. Inwestycji w Tauron Ekoenergia powiedział lokalnemu portalowi Jelonka.com: „Jesteśmy w zapowiadanym przez nas trudnym momencie, kiedy na powierzchni zbiornika i w dole rzeki są widoczne śnięte ryby. Niestety, ze względu na zakres i złożoność procesu nie było możliwości uniknięcia tej sytuacji, a na skalę zjawiska wpłynęły dodatkowo upał i ilość zgromadzonych namułów. Nadal prowadzone są odłowy, a śnięte ryby zabierane są do utylizacji.”
Wody Polskie na pytania dotyczące Jeziora Pilchowickiego odsyłają do opublikowanego dziś (1 lipca) komunikatu. Podają w nim, że prace w zbiorniku są prowadzone zgodnie z pozwoleniem wodnoprawnym wydanym przez Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej we Wrocławiu.
„Pozwolenie wodnoprawne wydane dla realizacji prac modernizacyjnych określa szereg warunków, których celem jest zapewnienie bezpieczeństwa prowadzenia robót oraz ograniczenie ich wpływu na środowisko naturalne. Obejmują one m.in. obowiązek utrzymania przepływu nienaruszalnego, zapewnienia nadzoru ichtiologicznego podczas prac powodujących czasowe odwodnienie, prowadzenia robót w sposób niepowodujący zanieczyszczenia wód oraz monitorowania warunków hydrologicznych zgodnie z zatwierdzoną instrukcją gospodarowania wodą” — czytamy.
Dalej Wody Polskie deklarują, że monitorują sytuację, a pracownicy „prowadzą regularne kontrole terenowe zarówno na zbiorniku, jak i na rzece Bóbr powyżej oraz poniżej zapory”.
„Podczas prowadzonych wizji terenowych stwierdzono, że śnięte ryby gromadzą się głównie przed zaporą i w rejonie jazu poniżej zapory. Na odcinku rzeki poniżej obiektu odnotowano pojedyncze sztuki śniętych ryb, które są sukcesywnie usuwane przez podmiot realizujący prace na zlecenie wykonawcy” — czytamy dalej.
To nie uspokaja mieszkańców. — Dziś już nie widać tylu ryb. To, co miało spłynąć, w dużej mierze spłynęło” — mówi Glinda, z którym rozmawiamy 1 lipca przed południem.
— Odławiane są martwe ryby, natomiast skala jest tak ogromna, że liczba osób, które do odłowów zaangażował Tauron, jest niewystarczająca. Dziś odbywa się sztab kryzysowy zwołany przez Dolnośląski Urząd Wojewódzki. My, mieszkańcy, liczymy na to, że w końcu pojawią się tutaj służby z odpowiednim sprzętem, żeby zacząć zbierać te ryby i zapobiec zagrożeniu epidemiologicznemu. Boimy się tego, co przyniosą kolejne dni. Woda w Bobrze bardziej przypomina substancję roponośną niż wodę rzeki górskiej — dodaje.
O sztab kryzysowy pytamy Tomasza Jankowskiego, rzecznika prasowego Dolnośląskiego Urzędu Wojewódzkiego. W rozmowie z OKO.press przekazuje, że:
— Według informacji RDOŚ nie ucierpiały gatunki chronione. Apelujemy do mieszkańców, żeby śledzili oficjalne komunikaty i stosowali się do zaleceń — dodaje Tomasz Jankowski.
Od Glindy słyszymy jednak, że do 1 lipca brakowało oficjalnych komunikatów, w szczególności od spółki Tauron.
— Musiały minąć trzy dni, podczas których pojawiały się apele mieszkańców i instytucji takich jak Polski Związek Wędkarski, żeby zebrał się sztab kryzysowy. To wszystko działa z wielkim opóźnieniem i nie ukrywam, że my, mieszkańcy, jesteśmy w ogromnym stresie — mówi Glinda.
Turystyka, którą stoi ten region, cierpi trzeci rok z rzędu. W 2024 roku przyszła powódź, przez rok do części obiektów (w tym agroturystyki Igora Glindy) nie było dojazdu, bo drogi zniszczyła wielka woda.
Zapora w Pilchowicach z trudem zatrzymała falę powodziową w 2024. „Na szczęście udało się uniknąć katastrofy, a zniszczeniu uległo nabrzeże poniżej elektrowni wodnej. Przepustowość wszystkich upustów zapory to łącznie około 180 m3/s. W czasie ostatniej powodzi dopływ do zbiornika był ponad trzykrotnie większy i stąd woda zaczęła się przelewać, najpierw kaskadą awaryjną, a później przez koronę zapory. Dziś już wiadomo, że zapora będzie wymagała prac konserwacyjnych, a to z kolei wiąże się z koniecznością spuszczenia wody ze zbiornika” — podawało Radio Wrocław tuż po powodzi.
— My tu wszyscy wiemy od lat, że zapora potrzebowała gruntownej naprawy. Ten remont był potrzebny i zdawaliśmy sobie sprawę z możliwych konsekwencji. One były nieuniknione, wiedzieliśmy, że wiele zwierząt poniesie śmierć w związku z remontem. Natomiast mówimy o skali. To wszystko można było przeprowadzić tak, żeby była zupełnie inna — ocenia Glinda.
— Przecież można było przewidzieć, że w okresie letnim temperatury będą najwyższe.
Dlaczego nie zostało to przeprowadzone tak, aby końcowy etap spuszczania wody odbył się na przykład wczesną wiosną, kiedy mamy jeszcze duże pokłady śniegu w górach?
Albo jesienią, kiedy temperatura wody jest niższa? Takie warunki byłyby znacznie korzystniejsze. Robiono dla tej inwestycji profesjonalne analizy, przecież to są fachowcy, wiedzieli, co może się stać. Ale dopóki tabelki w Excelu i wyniki finansowe dalej będą decydowały o przebiegu tego typu projektów, będzie się to kończyło w ten sposób – śmiercią ekosystemów — mówi mieszkaniec.
Jak dodaje, spuszczenie wody ze zbiornika w 1977 roku, zabiło życie w Bobrze na wiele lat. Ekosystem odbudował się dopiero po wielkiej powodzi w 1997 r. "Mamy znowu czekać, aż natura obdarzy nas powodzią? To zaczyna być paradoksalne — komentuje Glinda.
— Jako młody chłopak widziałem, jak ta rzeka umierała. Teraz obserwuję to kolejny raz i pęka mi serce — dodaje.
Dziennikarka, reporterka, redaktorka, współkierowniczka działu społeczno-gospodarczego (razem z Jakubem Szymczakiem). Zarządza również pracą zespołu klimatycznego. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim prawami zwierząt, ochroną rzek, lasów i innych cennych ekosystemów, a także sprawami dotyczącymi łowiectwa, energetyki i klimatu. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego za reportaż o Odrze i nagrody Fundacji Polcul im. Jerzego Bonieckiego za "bezkompromisowość i konsekwencję w nagłaśnianiu zaniedbań władz w obszarze ochrony środowiska naturalnego". Urodziła się nad Odrą, mieszka w Krakowie.
Dziennikarka, reporterka, redaktorka, współkierowniczka działu społeczno-gospodarczego (razem z Jakubem Szymczakiem). Zarządza również pracą zespołu klimatycznego. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim prawami zwierząt, ochroną rzek, lasów i innych cennych ekosystemów, a także sprawami dotyczącymi łowiectwa, energetyki i klimatu. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego za reportaż o Odrze i nagrody Fundacji Polcul im. Jerzego Bonieckiego za "bezkompromisowość i konsekwencję w nagłaśnianiu zaniedbań władz w obszarze ochrony środowiska naturalnego". Urodziła się nad Odrą, mieszka w Krakowie.
Komentarze