Jarosław Kaczyński tłumaczy, że trzeba poczekać "co najmniej rok" na odtworzenie cyfrowego modelu TU-154 przez ekspertów USA na podstawie bliźniaczego samolotu (zamiast skorzystać z planów konstrukcyjnych). Dr Maciej Lasek domyśla się, że potem eksperci będą mnożyli hipotezy o miejscu i liczbie wybuchów, aby wyjaśnić rozrzut odłamków. Tylko po co?

Wywiad prezesa Kaczyńskiego dla „Gazety Polskiej” ukazał się w całości w środę 4 kwietnia 2018. Dzień wcześniej fragment o katastrofie smoleńskiej, której kult wytrwale buduje imperium medialne Tomasza Sakiewicza, opublikowała „Gazeta Polska Codziennie”.

Jarosław Kaczyński tłumaczy, dlaczego w ósmą rocznicę katastrofy smoleńskiej – 10 kwietnia 2018 roku – nie będzie pełnego raportu przygotowanego przez podkomisję smoleńską Antoniego Macierewicza. Oto kluczowy cytat:

„Tu niezwykle ważne, a może nawet przełomowe, mogą okazać się wyniki prac amerykańskich ekspertów, którzy kilka tygodni temu pracowali w Mińsku Mazowieckim na bliźniaczym TU-154.

To niezwykle precyzyjne, zaawansowane technicznie analizy, wymagające czasu. Według zapowiedzi badania te zajmą około roku, może nawet nieco dłużej”.

Co tu można zeskanować

Dr Maciej Lasek, przewodniczący Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych w latach 2012-2016, tłumaczy OKO.press, że amerykańska firma w Mińsku Mazowieckim skanowała samolot TU-154 [bliźniak tego, który rozbił się w Smoleńsku – red.]. „Robili coś, co nazywamy wirtualną kopią konstrukcji samolotu”.

„Naukowcy przywieźli ze sobą pół tony profesjonalnego sprzętu, m.in. specjalne skanery, dzięki którym zostanie stworzony trójwymiarowy, wirtualny model samolotu. Praca naukowców pozwoli na pełną rekonstrukcję procesu rozpadu samolotu, w tym przemieszczenia się jego poszczególnych części” –  pisała niezalezna.pl.

Skanowanie ma odwzorować wszystkie części samolotu. Ścianki, pokrycia i inne elementy, wraz z ich długością, szerokością i grubością. Do każdej z nich – już na etapie tworzenia całościowej reprezentacji samolotu, czyli jego cyfrowego modelu – przyporządkuje się określone liczbowo inne cechy, np. wytrzymałość pokrycia, która wynika z rodzaju zastosowanego stopu.

„Jestem sceptyczny co do możliwości całkowitego odwzorowania samolotu. By to zrobić, należałoby włożyć głowicę skanującą w każdy zakamarek, również w przestrzenie zamknięte.

Najlepiej należałoby samolot po prostu roznitować i rozłożyć na najdrobniejsze części” – tłumaczy Lasek OKO.press –

Sensowniej i taniej byłoby budować taki cyfrowy model w oparciu o jego plany konstrukcyjne, o które przecież można było wystąpić do rosyjskiego producenta Tupolewów”.

Według eksperta podkomisja nie miała jednak odwagi tego zrobić z przyczyn politycznych i/lub prestiżowych.

Nie do końca jasny jest podział kompetencji między amerykańskimi naukowcami a podkomisją smoleńską. Najprawdopodobniej Amerykanie stworzą cyfrowy model samolotu. Ale za przygotowanie i przeprowadzenie symulacji katastrofy będzie już odpowiedzialny zespół Macierewicza.

„Taka symulacja dostarczy nam nie tyle obrazu rzeczywistych zdarzeń, co hipotez odnośnie tego, jak mogły one wyglądać” – wyjaśnia dr Lasek.

Tymczasem na podstawie danych pochodzących z rejestratorów i komputera pokładowego Tupolewa wiemy praktycznie wszystko o przebiegu tego wypadku.

Lasek przypuszcza, że eksperci po ukończeniu skanowania będą „próbowali wyznaczyć miejsca (i liczbę wybuchów), żeby zgadzało się to z rozrzutem fragmentów maszyny rozbitej w Smoleńsku”.

To o tyle absurdalne, że przebieg wypadku odtworzony przez komisję Millera dobrze wyjaśnia:

  • stosunkowo niewielką liczbę rozrzuconych fragmentów samolotu, wyposażenia i ciał ofiar wypadku, znacznie mniejszą niż w przypadku, gdy dochodzi do wybuchu, o czym pisaliśmy tutaj:
  • a także ich rozrzut: przed feralną brzozą, o którą zahaczył Tupolew znaleziono tylko jeden fragment poszycia  kadłuba, który oderwał się w wyniku zahaczenia samolotu o wcześniejsze drzewa.

Coś z tym zamachem trzeba zrobić

PiS ma polityczny i wizerunkowy problem z katastrofą smoleńską. Z jednej strony mobilizuje ona wciąż ważną dla tej partii grupę wyborców, z drugiej – są oni na przemian karmieni obietnicami, że prawda za moment zostanie ujawniona oraz rozczarowywani odsuwaniem w przyszłość daty ostatecznego wyjaśnienia.

Prace podkomisji smoleńskiej kierowanej przez Antoniego Macierewicza kończyły się do tej pory fiaskiem. Komisja – jak pisaliśmy  w OKO.press w październiku 2017 – nie była w stanie nawet uzgodnić wersji, czy w samolocie doszło do eksplozji, czy nie: Macierewicz twierdził, że doszło, a komisja – że nie.

Ale „prace” trwały dalej. W lutym 2018 roku Macierewicz musiał się jednak wycofywać  z obietnic i stwierdził, że co prawda na rocznicę 10 kwietnia będzie raport, ale „nie będzie on końcowy i ostateczny”.

W dodatku w lutym 2018  „Wyborcza” ujawniła (gotową od maja 2017) opinię biegłych, którzy w raporcie dla prokuratury Zbigniewa Ziobry na paru tysiącach stron opisali, jak doszło do katastrofy. Obalali tezy o zamachu — i zapewne dlatego ich opinia została utajniona. Potwierdzali za to ustalenia rządowej Komisji Millera z 2011 roku.

Media związane z PiS – w szczególności koncern Sakiewicza – zareagowały na ten wyciek z wściekłością, a opinię biegłych nazwały „fake newsem”.

Podczas miesięcznicy smoleńskiej 10 marca 2018 roku Kaczyński kolejny raz  obiecywał jednak:

„Jesteśmy już blisko prawdy. Wiemy na pewno, że to, co zostało ustalone przez komisję Anodiny i komisję Millera, to nie jest prawdą. Cel naszych marszów zostanie wypełniony”.

I zapowiadał, że już „w przyszłym miesiącu” (czyli w kwietniu) „będziemy wiedzieli”, co się wydarzyło w Smoleńsku. Potrzeba do tego tylko eksperymentów na „jednej z uczelni w Stanach Zjednoczonych”. Teraz odkłada sprawę o co najmniej rok.

Pytanie, czy prezes Kaczyński zdoła utrzymać zwolenników „sekty smoleńskiej” w stanie ciągłego oczekiwania? Po trwającej rok analizie „amerykańskich ekspertów” trzeba będzie jeszcze napisać raport, co pozwala przez kolejne kilka miesięcy nie przyznawać się do porażki.

Oddala to również inny kluczowy i niewygodny dla PiS moment – ten, w którym trzeba będzie już jednoznacznie i oficjalnie (a nie przez pełne niedomówień insynuacje) wskazać osoby winne katastrofy.

Być może jednak to skuteczna strategia. We wrześniu 2016 roku w zamach smoleński według sondażu  IPSOS dla OKO.press wierzyło 27 proc. Polaków, w czerwcu 2017 nieco mniej  23 proc. Wydawało się, że teoria spiskowa słabnie, ale według sondażu Kantar Millward Brown dla TVN w marcu 2018 aż 28 proc. Polaków nadal sądzi, że prezydent Lech Kaczyński wraz z pasażerami i załogą rządowego TU-154 zginęli z rąk zamachowców.

Historyk i socjolog, profesor na Uniwersytecie SWPS, publicysta. Autor dwóch książek reporterskich o Afryce i kilku książek o historii. "Szkalował" Polskę m.in. w „the Guardian”, „Le Monde”, „El Pais”, „Suddeutsche Zeitung”. Ostatnio wydał książkę o polskiej samoocenie – „No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków” (WAB 2017). W OKO.press pisze o polityce i historii.


Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!