0:00
Prawa autorskie: Slawomir Kaminski / Agencja GazetaSlawomir Kaminski / ...
29 października 2020

W obozie władzy runął mit Wielkiego Stratega: stracił zdolność diagnozy, zachowuje się jak Marsjanin

„Bóg się od nas odwrócił, najpierw opuścił wodza. Piszą do mnie wyborcy, pytają »co wy odpierdalacie?«, a ja mówię im, że to nie my, tylko jeden człowiek” – słyszymy od posła obozu władzy. OKO.press rekonstruuje ciąg zdarzeń, które doprowadziły do zakazu aborcji

Wydrukuj

Decyzja Jarosława Kaczyńskiego, by Trybunał Julii Przyłębskiej w chwili gwałtownego rozwoju epidemii koronawirusa podejmował decyzję w sprawie aborcji, nie miała... żadnego związku z epidemią – tak wynika z rozmów OKO.press z politykami Zjednoczonej Prawicy. Jakie były więc motywacje prezesa Prawa i Sprawiedliwości? Opowiemy to po kolei.

Decyzja TK w sprawie aborcji to konsekwencja szarży Kaczyńskiego z „Piątką dla zwierząt". O pandemii w PiS nikt wtedy nie myśli, rząd uspokaja, że kontroluje sytuację. 16 września, w dniu wrzucenia w legislacyjny wir ustawy o ochronie zwierząt, zakażeń jest ledwie 600, jedynie 10 osób umiera. Trwają też dyskusje wokół tzw. ustawy o bezkarności, która ma uchronić premiera Morawieckiego i ministra zdrowia przed odpowiedzialnością za wyznaczenie wyborów korespondencyjnych i zakupy COVID-owe. Ot, życie polityczne w państwie PiS toczy się swoim zwykłym rytmem.

Negocjacje koalicyjne są w martwym punkcie. Szef Solidarnej Polski i minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro przypuszcza kolejne mniej lub bardziej zawoalowane ataki na szefa rządu, a Kaczyński twardo broni premiera szykowanego na następcę wodza i zaczyna przygotowania do listopadowego kongresu partii – to na nim ma dojść do poważnych zmian w strukturach partyjnych, by zdusić spodziewany opór przed awansem Morawieckiego.

Właśnie wtedy Kaczyński proponuje ustawę, która m.in. zakłada delegalizację farm zwierząt futerkowych. Tych samych, których szefowie są od kilku lat jednymi z najhojniejszych sponsorów dzieł o. Tadeusza Rydzyka, od lat stojącego murem za Zbigniewem Ziobrą, kolejnym sponsorem dzieł ojca dyrektora. „Piątka dla zwierząt" ma być pułapką na Ziobrę. A okazuje się pułapką, z której uciekać musi Kaczyński.

Z dyscypliny głosowania zarządzonej przez władze Prawa i Sprawiedliwości wyłamują się nie tylko koalicjanci, ale również całkiem pokaźna grupa posłów PiS.

Co ważne w tej opowieści, wśród buntowników są politycy kojarzeni z ruchem pro-life: Bartłomiej Wróblewski, Piotr Uściński czy Anna Maria Siarkowska, w przeszłości współpracująca z Ruchem Narodowym i pozostająca w bardzo dobrych relacjach z Konfederacją.

„Po zgłoszeniu ustawy o prawach zwierząt, na Nowogrodzką zaczęły płynąć głosy oburzenia, że zajmujemy się prawami zwierzątek, a zostawiliśmy fundamentalną sprawę, jaką jest zabijanie nienarodzonych”

– mówi nam członek klubu PiS, który zbuntował się przeciwko prezesowi.

W tym samym czasie rugowany z rządu Ziobro zamiast pokornieć, pokazuje różki i zdaje się kompletnie niewzruszony uruchomieniem typowego straszaka prezesa – groźbą wcześniejszych wyborów.

Przerażający wniosek mniejszości numer 42

Mamy więc 16 września. W Sejmie rozpoczyna się drugie czytanie „Piątki dla zwierząt". Buntownicy wewnątrz klubu PiS nie wychylają się specjalnie, choć wiadomo, że raczej zagłosują przeciw. Prezesa to nie martwi, bo ustawę poprze Koalicja Obywatelska i Lewica. Nie martwi go też oburzenie w PSL – przeciwnie, cieszy, bo rozbija jedność opozycji, która ma większość w Senacie. Jedno go jednak martwi: narracja Konfederacji.

Wśród wielu poprawek, które zgłaszają posłowie Robert Winnicki i Grzegorz Braun, jedną prezes przejmuje się najmocniej. Chodzi o wniosek mniejszości nr 42. To jedyna zmiana, która nie ma nic wspólnego z materią projektu zgłoszonego przez PiS.

Poprawka polega na wykreśleniu z ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży drugiej przesłanki pozwalającej na legalną aborcję. Dokładnie tej, którą później zdelegalizuje Trybunał Przyłębskiej – dopuszczającej przerywanie ciąży ze względu na podejrzenie ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu. Tej samej, która wiele miesięcy wcześniej stała się przedmiotem skargi konstytucyjnej ponad setki posłów PiS i Konfederacji, i spokojnie leżała sobie w zamrażarce Julii Przyłębskiej.

Konfederacja czeka na to głosowanie. Pewnie po to, by w ewentualnej kampanii wyborczej móc pokazywać, którzy posłowie PiS zagłosowali za utrzymaniem tego zapisu w prawie.

„42. wniosku mniejszości oraz 23. poprawki nie poddam pod głosowanie, ponieważ wykraczają one poza materię przedłożenia” – rzuca tymczasem marszałek Elżbieta Witek. Grzegorz Braun z Konfederacji jest oburzony. „Kłamstwo i dezinformacja. Pani marszałek nie ma prawa cenzurować wniosków…” – gorączkuje się pod mównicą sejmową. Bez skutku.

„Sama Witkowa nie wpadłaby na to, żeby nie głosować tego wniosku. Decyzja musiała zapaść na szczytach PiS, bo w komisji głosowanie było” – mówi nam jeden z posłów PiS.

I dodaje: „To całe myślenie Kaczyńskiego. Siedział wtedy na sali i widział histeryczne wystąpienie Brauna kładącego się Rejtanem za głosowaniem tej poprawki. Zapaliło mu to w głowie sygnał ostrzegawczy”.

Czy Kaczyński może podejrzewać, że Konfederacja do każdej ustawy głosowanej w Sejmie będzie od tej pory zgłaszać tę poprawkę? Może. Od tygodni jej posłowie słyną ze zgłaszania nawet absurdalnych zapisów.

„Kaczyński wiedział, że niejasna postawa PiS wobec aborcji może go kosztować wyborców, którzy przejdą na stronę Ziobry i Konfederacji. Ale jeśli podniesie ten temat w Sejmie i każe głosować, to w PiS nie wszyscy będą za zaostrzeniem ustawy” – tłumaczy jeden z posłów PiS.

Kilkanaście godzin po tych wydarzeniach w Sejmie, Julia Przyłębska podejmuje decyzję o wyznaczeniu na 22 października rozprawy w sprawie wniosku grupy posłów PiS na temat aborcji.

„Powiedzenie, że Przyłębska podjęła decyzję, to oksymoron. Ona robi to, co każe jej prezes” – przypomina poseł Solidarnej Polski.

Wielki Strateg zapomina o wyroku

Od 17 września do 22 października mija mnóstwo czasu. Wiele się też wydarza. Prezes dogaduje się z Ziobrą i Gowinem. Sam wchodzi do rządu. I gdy planuje kolejne ruchy wewnątrzpartyjne, niespodziewanie zarówno dla niego, jak i całego obozu władzy, w Polskę uderza druga fala pandemii. Szybko okazuje się, że rząd jest na nią kompletnie niegotowy. Analizy mówią o tym, że bez radykalnych obostrzeń – a może nawet mimo ich wprowadzenia – listopad i grudzień mogą sprawić, że Polska będzie drugą Lombardią.

Tego Kaczyński najbardziej bał się wiosną. Tego się boi teraz, tym bardziej że jest wyraźnie osłabiony wewnętrznie. O zbliżającym się wyroku w Trybunale... zapomina. W PiS panuje natomiast przekonanie, że Przyłębska z Krystyną Pawłowicz i innymi sędziami ograniczy wyrok do płodów ze stwierdzonym zespołem Downa i w sentencji wyroku nakaże parlamentowi przeformułowanie zapisu ustawowego tak, by jednak zezwalał na aborcję z powodu wad letalnych, czyli tych, które nie dają szans na przeżycie dziecka.

„Wielki strateg" nie przewidział, że pisząca uzasadnienie wyroku Pawłowicz wykorzysta swoją szeroką wiedzę prawniczą i wyraźnie wskaże, że takie różnicowanie w prawie jest niekonstytucyjne. Nie przewidział erupcji gniewu wśród Polek i Polaków. Nie zamówił nawet badań, które pokazują, że ledwie kilkanaście procent społeczeństwa popiera zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej. PiS kompletnie nie było przygotowane na to, co wydarzyło się w czwartek 22 października.

„Będziecie winni śmierci ludzi”

Najpierw Kaczyński liczy na to, że protesty szybko wygasną. Gdy tak się nie dzieje, postanawia na rozpalonym przez Trybunał ogniu upiec własną pieczeń. To dlatego oskarża opozycję i protestujących o rozprzestrzenianie się koronawirusa. Wcześniej przez wiele dni rząd próbował obarczyć lekarzy winą za uderzenie drugiej fali. Tego, mówiąc językiem Jacka Kurskiego, ciemny lud jednak nie kupił. Więc Kaczyński ruchem konika szachowego przeskakuje na kolejne wolne pole.

Porównanie do konika szachowego nie jest przypadkowe. W szachach to najbardziej nieprzewidywalna figura. Nagle może się znaleźć za plecami gońca czy wieży i mniej obeznani z szachami obserwatorzy mogą mieć wrażenie geniuszu tego zagrania. Gdy jednak spojrzy się na zapis całej partii, skaczący po szachownicy skoczek (bo tak formalnie nazywa się ta figura) wzbudzi zgoła odmienne odczucia - chaosu, a nie strategii. I takich odczuć jest dziś w PiS mnóstwo. Anonimowo co prawda, ale dość powszechnie można usłyszeć opinię, że „Kaczyński zwariował”.

„Stracił zdolność diagnozy. Zachowuje się jakby był z Marsa! Kompletnie nie rozumie emocji społeczeństwa”

– mówi jeden z posłów Solidarnej Polski.

A inny dodaje: „Bóg się od nas odwrócił, najpierw opuścił wodza. Piszą do mnie wyborcy, pytają »co wy odpierdalacie?«, a ja mówię im, że to nie my, tylko jeden człowiek”.

Nasz rozmówca puentuje: „Teraz próbują ratować Kaczyńskiego, wysyłają sygnały, że niby jest wściekły. To udawanie Greka! Obecnie jest śmieszny, a będzie żałosny”.

Udostępnij:

Radosław Gruca

Pisał m.in. dla "Gazety Wyborczej", "Dziennika" i "Faktu"; współpracuje z kanałem Reset Obywatelski. Autor książki "Hipokryzja. Pedofilia wśród księży i układ, który ją kryje". Od sierpnia 2020 w OKO.press.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne