Widząc jak roztrzaskuje się wizerunek PiS, jako partii pokory, pracy, umiaru i słuchania obywateli, Kaczyński sięga po post-prawdę w niespotykanej formie: sam sobie zadaje kłam, zaprzeczając, że zachęcał Beatę Szydło do obrony nagród dla rządu i do pokazanie pazurków

Jeszcze kilka dni temu, 26 marca 2018, na pytanie Michała Karnowskiego (wPolityce), czy można bronić nagród dla ministrów, prezes PiS odpowiadał:

„Trzeba. Trzeba bronić, bo nie można popadać w szaleństwo”.

Dziś okazało się, że Kaczyński musi sam popaść w szaleństwo, bo nagród dłużej bronić się nie da.

Wyścig z topniejącą sympatią wyborców

Przypomnijmy: ustępująca premier Beata Szydło przyznała swoim ministrom (także tym, dla których później zabrało miejsca w rządzie Mateusza Morawieckiego) i samej sobie nagrody w wysokości od 65 do 82 tys., wypłacane jako miesięczne dodatki do pensji w wysokości od 5,4 do 6,8 tys.

W sumie na nagrody dla członków rządu polskie państwo wydało 5 mln zł. Jak pisaliśmy, dzięki nagrodom pensja Beaty Szydło była o ok. 1/3 wyższa niż pensje jej poprzedników – Donalda Tuska i Ewy Kopacz.

Ministrowie wzięli nagrody, ale gdy rzecz została ujawniona PiS zapłacił za nie największym od przejęcia władzy spadkiem w sondażach. Na ratunek pikującej partii ruszył prezes. Na konferencji prasowej 5 kwietnia 2018 oświadczył, że ministrowie mają oddać nagrody, a dokładniej: przekazać pieniądze na rzecz Caritas.

To nie wszystko. Kaczyński spróbował ucieczki do przodu. Oddanie premii to jedno. Drugie: zapowiedź obniżenia pensji posłów i samorządowców. Prezes ogłosił, że PiS:

  • obniży pensje posłów i senatorów o 20 proc., czyli o 2,5 tys. zł, jak wyliczył Sonar;
  • obniży też zarobki wójtów, burmistrzów, prezydentów miast, marszałków, starostów, a także dla ich zastępców;
  • zniesie „wszelkie dodatkowe poza pensją świadczenia, jeśli chodzi o kierownictwa spółek skarbu państwa i spółek komunalnych”;
  • wszystko to będzie egzekwować całą stanowczością;
  • a kto w partii sprzeciwi się i nie będzie chciał poprzeć tych zmian, straci miejsce na liście wyborczej PiS.

Ustawy mają zostać zgłoszone w ekspresowym tempie. Po raz pierwszy PiS nagle i pod presją czasu będzie pracował nie nad zmianą ustroju państwa, tylko nad ratowaniem własnego wizerunku.

Nie mówiłem o pazurkach. Kto tu kłamie?

Podczas konferencji Kaczyński powiedział również:


O żadnych pazurkach nie mówiłem. Natomiast tak, wiedziałem że premier [Szydło] będzie w tej sprawie mówiła, ale jeżeli chodzi o to, co będzie konkretnie mówiła, to tutaj już to była jej decyzja. Chciałem powiedzieć, że miała prawo do tego, żeby się bronić

Jarosław Kaczyński, konferencja prasowa, Sejm - 05/04/2018

Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta


Fałsz. W wywiadzie z M.Karnowskim: "powiedziałem jej: pokaż proszę pazurki"


I dodał: „Społeczeństwo tego nie zaakceptowało i myśmy to przyjęli do wiadomości”.

Chodzi o wypowiedź, którą opinia publiczna zna w wersji: „Kaczyński kazał Beacie Szydło pokazać pazurki”. A dokładnie o słowa, które padły w wywiadzie dla Michała Karnowskiego na portalu wPolityce.pl. Kaczyński mówi tam:

„Bardzo się cieszę, że [Beata Szydło] wystąpiła w Sejmie i gratuluję jej tego. Z powodu ataku alergii nie mogłem tam być, ale chętnie bym tego wysłuchał, bo pamiętam jak to się działo, kiedy była premierem. Wtedy od czasu do czasu ta spokojna, wyważona i dobra osoba tak troszkę pokazywała pazurki. I też przed tym wystąpieniem powiedziałem jej: pokaż proszę pazurki„.

Nie wydaje się prawdopodobne, by Michał Karnowski znany z wiernopoddańczego stosunku do prezesa, wymyślił sobie ta wyraziste określenie, by ubarwić wywiad czy nie daj Boże zaszkodzić Kaczyńskiemu.

Post-post-post-prawda Kaczyńskiego

W ten sposób Jarosław Kaczyński wprowadza postprawdę – jako metodę polityczną – na wyższy (czy raczej niższy) poziom. Głosi coś, co jest w oczywisty sposób sprzeczne już nie z faktami czy interpretacjami innych ludzi, ale z jego własnymi wypowiedziami.

Przewagą wypowiedzi Kaczyńskiego z 5 kwietnia nad wcześniejszymi wypowiedziami o „pazurkach” i „uzasadnionych nagrodach” nie jest już osoba nadawcy, bo w obu przypadkach jest to ten sam prezes PiS.

Jedyna przewagą jest czas wypowiedzi: późniejsza ma stać się prawdą dlatego, że jest ostatnia. Co oczywiście oznacza, że kolejna może zdezawuować obecną.

Nawet zakładając wyjątkowa lojalność elektoratu PiS Kaczyński stawia swoich zwolenników w trudnym położeniu: gołym okiem widać, że nie mówi prawdy.

Jarosław Kaczyński liczy zapewne na to, że jego wyborcy mogą „kupić” taką postprawdę, a nawet przyjąć ją z ulgą, bo jest bliższa wizerunkowi PiS, jaki zapewne mieli głosując w 2015 roku, który dobrze wyraziła w expose z listopada 2015 premier Beata Szydło. Zaczynało się kluczową deklaracją:

„Staję dzisiaj przed wami jako jedna z was”.

I dalej Szydło rozwijała ideę partii skromnej, nieelitarnej, pracowitej, nie dbającej o apanaże, ideowej:

„25 października 2015 roku Polacy opowiedzieli się za zmianą dotychczasowej polityki i formy sprawowania władzy. Ta ogromna potrzeba jest wynikiem ostatnich lat, kiedy to nastąpiło kompletne rozminięcie się oczekiwań obywateli z działaniem rządzących.

Polska polityka musi być inna. Pokora, praca, umiar, roztropność w działaniu i odpowiedzialność. A przede wszystkim słuchanie obywateli. To są zasady, którymi będziemy się kierować. Koniec z arogancją władzy i koniec z pychą”.

Kaczyński liczy na to, że pragnienie elektoratu, by wybrana partia była właśnie taka, pozwoli przymknąć oczy na skrajnie bezczelną intelektualnie postprawdę o pazurkach. Kupią tę totalną bzdurę (ang. bullshit – słowo zastępuje ostatnio termin post-truth, a dosadnie i potocznie można jest przetłumaczyć jako „gówno prawda”; posłuchaj rozmowy z prof. Harrym Frankfurtem o jego książce „On bullshit”).

Opozycja i media niezależne mają za zadanie pokazać, że ten obraz jest z gruntu fałszywy. I że lider PiS, który firmuje nepotyzm i nagradzanie „swoich” o ogromnej skali, nie jest jednym z „nas” – w domyśle uczciwych obywateli, którzy szanują swoje państwo i przestrzegają zasad życia publicznego.

Morawiecki nie dał rady, próbuje Kaczyński

Po wpadce z nagrodami rządu pierwszy reputację PiS jako partii skromnej, pełnej pokory i umiaru, miał ratować premier Morawiecki. Na początku marca zapowiedział, że zmniejszy liczbę wiceministrów, a w administracji rządowej nie będą już przyznawane nagrody. Te obietnice nie zadziałały.

Sondaż Kantar Millwar Brown z 25-26 kwietnia pokazał spadek notowań PiS aż o 12 pkt. proc. – z 40 pod koniec lutego do 28 proc. w marcu. Z analizy OKO.press wynika, że PiS stracił przewagę nad ewentualną liberalną koalicją.

Rozpaczliwą próbę walki o partię podjęły „Wiadomości”, publikując alternatywny sondaż – ale nic to nie dało. Zresztą również w badaniu Pollster dla TVP na panelu internetowym poparcie dla PiS znacząco spadło.

Nie jest tajemnicą, że partie zamawiają swoje własne sondaże. Wszystko wskazuje na to, że te zamawiane przez PiS pokazywały równie złą a może jeszcze gorszą sytuację partii

Prezes nie chciał ryzykować dalszego spadku i utwierdzać wizerunku PiS jako partii chciwej i niekonsekwentnej. Krytykują poprzedników za „ośmiorniczki”, a sami biorą wielotysięczne nagrody.

To nie ja, to społeczeństwo zdecydowało. A może jednak ja

Wiele wskazuje na to, że kilka miesięcy temu na Nowogrodzkiej podjęto decyzję o wyciszaniu konfliktów a Jarosław Kaczyński na serio przestraszył się, że konflikt z Unią Europejską może się źle skończyć dla polskiego budżetu. Po pierwszych dwóch latach burzy i naporu Kaczyński wymienił premiera – Morawiecki miał budować Polskę równie wielką, co Beata Szydło, ale nie tak skonfliktowaną ze wszystkimi naokoło.

Tyle że plan nie wypalił. Morawiecki okazał się niedoświadczonym, nieudolnym lub po prostu zbyt konserwatywnym i skrajnie zideologizowanym politykiem o „narodowym przegięciu”. Po nowelizacji ustawy o IPN, wypowiedziami na forum międzynarodowym premier  zamiast ugasić, nasilił kryzys w stosunkach z USA i Izraelem.

Z kolei opozycja – w osobie posła Krzysztofa Brejzy – wykazała się rzadką inicjatywą i pomysłowością. To parlamentarzysta Platformy wystąpił do ministerstw o informacje o nagrodach. Obecnie Platforma organizuje „karawanę wstydu” – kampanię billboardową przypominająca o nagrodach rządowych.

Rozgrywka dla opozycji jest o tyle łatwa, że premier Tuska dał swoim ministrom tylko kilka niedużych nagród, a premier Kopacz – nie dawała wcale.

„Jeśli społeczeństwo tego chce, to będziemy ponosić finansowe straty, ale dla dobra ojczyzny” – mówił Kaczyński, dowołując się do woli suwerena.

Przekazanie pieniędzy Caritasowi to próba odzyskania wizerunku partii moralnej – Caritasowi ufa ponad 80. proc. obywateli, choć już pojawiają się głosy, że prowadzony przez Kościół Caritas to przecież sami swoi.

Z kolej obniżka pensji samorządowców to próba narzucenia nowego tematu w debacie publicznej. A ponieważ samorządy są głównie w rękach opozycji, ta zmiana dotknie PiS w małym stopniu, choć może zniechęcić niektórych kandydatów.

Przy okazji Jarosław Kaczyński znów zaznaczył swoją nadrzędną pozycję: po raz kolejny upokorzył Beatę Szydło (wcześniej: do ostatniej chwili nie wiedziała, że straci stanowisko), po raz pierwszy – Mateusza Morawieckiego.

Decyzję podjął Komitet Polityczny partii (należą do nich 33 osoby, wśród nich kilkoro ministrów i premier Morawiecki), a nie rząd.

Kaczyński podpierał się długą pamięcią wyborców, którzy podobno zapamiętali jego słowa i dlatego oburzyli się na milionowe nagrody: „swego czasu, przed wyborami, powiedziałem, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy. I społeczeństwo najwyraźniej to zapamiętało, stąd ta reakcja na nagrody, stąd takie oczekiwanie daleko idącej skromności w życiu publicznym”.

Kaczyński z jednej strony sam ma uosabiać skromność: nie ma konta, nie lata na drogie wakacje, nie epatuje kosztownymi zegarkami.

Jednocześnie szef PiS  – jak ujawniła 3 kwietnia „Gazeta Wyborcza” – wydaje na własną ochronę 135 tys. miesięcznie, dwukrotnie więcej niż roczna nagroda, którą przyznała sobie Szydło.

Nie wiadomo, czy kiedy Kaczyński zapowiada, że „będzie dużo skromniej niż dotychczas”, ma też na myśli siebie i swoje wydatki.

 

 

 

Redaktorka, publicystka. Współzałożycielka i wieloletnia wicenaczelna Krytyki Politycznej. Pracowała w „Gazecie Wyborczej”. Socjolożka, studiowała też filozofię i stosunki międzynarodowe. Dumna z mazowiecko-podlaskich korzeni. W OKO.press pisze o mediach, polityce polskiej i zagranicznej oraz prawach kobiet.

Piotr Pacewicz
Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym