Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.plJakub Orzechowski / ...

40-kilometrowy korek do odprawy granicznej na przejściu z Białorusią — taki skutek miała trwająca prawie dwa tygodnie blokada ruchu TIR-ów w podlaskich Kukurykach. Ukraińcy i Polacy wspólnie próbowali zatrzymać ruch ciężarówek wiozących towary w kierunku Białorusi i Rosji. Trasa przez Kukuryki to najkrótsza droga z zachodu Europy do tych dwóch krajów. Protestujący, skupieni w inicjatywie Euromaidan-Warszawa, argumentowali, że ciężarówki wożą również wsparcie dla rosyjskiego i białoruskiego wojska. Chodzi na przykład o żywność czy leki. Protestujący przez granicę przepuszczali jedynie TIR-y wiozące szybko psującą się żywność, i to jedynie, jeśli w końcu miała ona trafić do innych niż Rosja i Białoruś krajów.

W poniedziałek (21 marca) na granicy pojawiły się osoby podające się za właścicieli firm spedycyjnych, którzy chcieli skłonić protestujących do zejścia z drogi. Skończyło się awanturą, którą sfilmował Adam Bohdan, jeden z uczestników blokady.

"Daj mi zarobić"

"Będziecie stać" - krzyczał jeden z blokujących. "Trzeba było lepiej dobierać sobie partnerów handlowych, a nie k*rwa z Rosjanami handlować" - mówił inny. "Daj mi k*rwa zarobić" - odpowiadał jeden z przedsiębiorców. Według Bohdana to i tak jedna z bardziej kulturalnych ripost ze strony przeciwników protestu, wśród których mieli być również Rosjanie i Białorusini.

View post on Twitter

"Była grupa osób z flagami rosyjskimi. Mówimy o haniebnej, niewyobrażalnej wcześniej sytuacji – Polacy z Rosjanami atakują na polskiej ziemi protestujących Ukraińców, ponieważ chcą karmić putinowską Rosję, która 200 km dalej bombarduje dzieci" - mówi nam Bohdan. Przez niespokojną sytuację na granicy gmina Terespol nie wyraziła zgody na kontynuowanie protestu. Mimo to jeszcze w czwartek kierowcy TIR-ów na odprawę w Kukurykach musieli czekać aż 37 godzin.

"Nie ma wątpliwości, że branża stoi przed bardzo trudnym dylematem. Przecież przedsiębiorcy i ich pracownicy oglądają telewizję, śledzą internet, widzą, co się dzieje" - komentuje dla OKO.press Paweł Rydzyński, prezes Stowarzyszenia Ekonomiki Transportu. - "Jakaś część tej wymiany handlowej na pewno dotyczy firm współpracujących z reżimami Łukaszenki i Putina, z państwową gospodarką. Na pewno jest też jednak mnóstwo firm, które przez lata budowały swoją pozycję na kontaktach z partnerami w Rosji, Białorusi i innych byłych republik ZSSR nie oglądając się, czy rządzą tam Putin, Jelcyn, Łukaszenka czy Kuczma".

Całkowite zamknięcie granicy?

O możliwości całkowitej blokady ruchu towarowego w stronę naszego wschodniego sąsiada mówi się od zeszłego roku. Taki ruch miał być pierwotnie odpowiedzią na "atak hybrydowy" Białorusi. Tak polski rząd nazywał działanie reżimu Łukaszenki, który wypychał migrantów i uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki w stronę polskiej granicy. O możliwości całkowitego zamknięcia granic z Białorusią mówił wtedy premier Mateusz Morawiecki.

Dziś Polska wspólnie z państwami bałtyckimi zabiega o ogólnoeuropejski zakaz wstępu ciężarówek z Białorusi i Rosji na teren Unii Europejskiej. Apel w tej sprawie podpisali ministrowie odpowiedzialni za sprawy transportu wszystkich czterech krajów. "Tylko wspólna decyzja wszystkich państw Unii Europejskiej sprawi, że nałożone na Rosję sankcje będą skuteczne" - przekonywał polski minister infrastruktury Andrzej Adamczyk. O cofnięciu zezwoleń na przewozy we Wspólnocie mogliby zadecydować wspólnie ministrowie ds. transportu unijnych krajów.

Przez Rosję wozimy też do Chin

Na temat zamknięcia granicy dla kolejowego i samochodowego transportu towarowego lub wyrzuceniu rosyjskich przewoźników z europejskich autostrad rzeczywiście lepiej rozmawiać na forum UE. Skutki takiego posunięcia będą odczuwalne w wielu państwach Europy, a nawet poza nią. To dlatego, że Polska jest ważnym krajem tranzytowym, obsługującym kierunki dalekowschodnie. Zwracają na to uwagę eksperci Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

"Część pojazdów ciężarowych przejeżdżających przez przejścia graniczne Polski z Białorusią stanowi tranzyt na dłuższych odległościach. W 2021 roku do UE trafił towar, który przewożono ciężarówkami z Chin. Jego łączna wartość stanowiła 56 mld euro. To znacznie mniej niż drogą morską (284 mld euro) i lotniczą (110 mld), ale więcej niż kolejową (20 mld euro). W przypadku eksportu do Chin z państw unijnych wygrywa jednak kolej, którą przewieziono towary o wartości 12,5 mld euro. Wartość dóbr przewożonych transportem drogowym wynosiła 5,7 mld euro" - czytamy w ich analizie. Jak zauważają eksperci, tranzytem z UE na Daleki Wschód mogą zajmować się też firmy z Białorusi i Rosji, również te zatrudniające Polaków.

"Na terenie Rosji i Białorusi wciąż pracuje około trzech tysięcy kierowców z Polski. Wiele firm, zwłaszcza małych nie może pozwolić sobie na zniknięcie z tych rynków, bo na zamówieniach z Rosji i Białorusi opierają swoją działalność. Dlatego niezbędne jest wsparcie"

- przekonywał prezes branżowej organizacji Transport i Logistyka Polska (TLP) Maciej Wroński na antenie RMF FM.

Rosyjska ropa w polskim porcie

"Nie może być łatwego sposobu obejścia nałożonych zakazów, dlatego środki morskie muszą być wdrażane równolegle ze środkami w sektorze transportu drogowego" - przekonywał minister Adamczyk, postulując zamknięcie portów dla jednostek z Rosji. Do Polski i innych krajów UE wciąż mogą docierać na przykład morskie transporty ropy i skroplonego gazu LNG. O postulacie blokady na morzu po poniedziałkowym spotkaniu z premierem Holandii Markiem Rutte mówił też Mateusz Morawiecki.

Na razie statki z rosyjskimi surowcami bez problemu dobijają do polskich i europejskich portów. W połowie marca do Gdańska dopłynęła transportująca ropę jednostka "Delta Captain". Do jej ładunku nie przyznawał się ani Orlen, ani Lotos. "Warto pamiętać, że gdański naftoport i system przesyłowy jest w stanie obsługiwać także rafinerie zagraniczne, w tym również te spoza Grupy ORLEN" - odpowiadała na wątpliwości dziennikarzy rzeczniczka koncernu Joanna Zakrzewska.

PKN ma jednak kontrakty na rosyjską ropę — ten dla polskich stacji kończy się na początku przyszłego roku. W Czechach, gdzie również działa polska grupa, umowa obowiązuje do 2024 roku. Orlen nie ujawnia, jak sytuacja wygląda w zależnych od niej spółkach w Niemczech i na Litwie. Przedstawiciele polskiego naftowego giganta twierdzą, że nie dokupują ropy ze wschodu na bieżąco poza kontraktami, czyli "na spocie". Lotos twierdzi, że w sposób spotowy kupuje "marginalne" ilości rosyjskiego surowca. Nie ujawnia jednak, jakie jego ilości trafiają do Rafinerii Gdańskiej.

Pewnym wyzwaniem przy potencjalnym zamknięciu portów dla jednostek z Rosji może być wszechobecność "tanich bander". Rosyjska ropa przypłynęła do nas pod banderą... Liberii. Armatorzy często rejestrują swoje statki w państwach trzecich. Korzystając z "tanich bander" mogą liczyć na przykład na niższe podatki niż w swoich ojczyznach.

"Tanich bander można nie wpuszczać do portów UE, choć może skończyć się to zabawą w kotka i myszkę. Kiedyś było tak z dopalaczami — prawo zabraniało pewnych substancji, pojawiały się nowe. Teraz armatorzy też mogą zmieniać bandery, by obchodzić sankcje" - mówi Paweł Rydzyński.

Przeczytaj także:

Statki z rosyjskimi surowcami nie są już mile widziane w Wielkiej Brytanii, która zamknęła dla nich swoje porty. Mimo to brytyjskie media podawały, że jednostki "Boris Vilkitsky" i "Fedor Litke" pływające pod cypryjską banderą chciały zacumować w Isle of Grain na wschód od Londynu. Oba wiozły skroplony gaz LNG. Odebranie transportu uniemożliwili dokerzy zrzeszeni w związku zawodowym Unite.

W Zatoce Gdańskiej niemal bez przerwy obecne są tankowce pływające pod "tanimi banderami" - na przykład liberyjską czy maltańską. Ich ruch można śledzić na bieżąco za pomocą strony Marine Traffic.

Branża chce rekompensat

Polska branża logistyczna szykuje się na drogową blokadę i zawczasu prosi o pomoc. Już siódmego marca o rekompensaty apelowali członkowie TLP. Według prezesa organizacji Macieja Wrońskiego do Rosji i na Białoruś jeżdżą "nieliczne" firmy. Te, które pozostały na tamtym rynku, muszą liczyć się z ryzykiem przejeżdżania przez terytoria nieprzyjaznych państw. Według niego najlepiej zachęcać przedsiębiorstwa logistyczne do rezygnacji z tego kierunku. Sposobem na to mogłoby być zaoferowanie im zleceń przez spółki skarbu państwa. Firmy, które już zrezygnowały z kursów na wschód, powinny według prezesa TLP otrzymać rekompensaty.

Firmy uzależnione od kontaktów z Białorusią i Rosją będą miały problemy, ale wielu pracowników da sobie radę - uważa Paweł Rydzyński.

"Przeorientowanie się na inne kierunki transportu jest trudne, przede wszystkim dla firm, które wiążą swoją działalność głównie z transportem na wschód. W razie pogłębienia sankcji, blokady handlowej czy rozterek kierowców, którzy nie chcą jeździć do Rosji, zatrudnieni w transporcie mogą jednak zmieniać miejsca pracy. W całej UE brakuje ponad 300 tys. kierowców zawodowych. Są firmy obsługujące kierunki na przykład z portów trójmiejskich na południe, jak również na linii wschód – zachód, do Niemiec, Francji, Beneluksu. Bardzo duży deficyt kadrowy zgłaszają przedsiębiorstwa komunikacji miejskiej" - wylicza specjalista.

Miliardy za rosyjskie surowce

Po miesiącu wojny handel z Rosją w wielu obszarach nieobjętych sankcjami nadal trwa. Największe kwoty dotyczą rzecz jasna rosyjskich surowców. Według Europe Beyond Coal - koalicji skupiających kilkadziesiąt organizacji ekologicznych z UE - od 24 lutego unijne państwa zapłaciły za nie ponad 18 miliardów euro. To stan licznika na czwartkowe (24 marca) popołudnie. Polska według tego samego źródła w zeszłym roku zapłaciła za paliwa kopalne z Rosji 15 mld euro. Na ogólnoeuropejskie embargo dotyczące importu ropy, gazu i węgla na razie się nie zanosi. Według ekonomistów po jego wprowadzeniu Rosja doznałaby ogromnego szoku ekonomicznego. Dla europejskich gospodarek byłoby to wyzwanie, ale UE dałaby sobie radę, o czym pisaliśmy już w OKO.press.

"Dostępne szacunki sugerują, że wpływ może wynosić od 0,5 do 3,5 proc. PKB lub od 200 do 1200 euro na mieszkańca w Niemczech, kraju najbardziej zależnym od rosyjskiej energii. Są to znaczne koszty, ale są dalekie od tego, by usprawiedliwiać język strachu stosowany przez polityków" - pisze dr Łukasz Rachel, adiunkt w University College London i członek grupy eksperckiej Dobrobyt na Pokolenia.

Jak dodaje, "Zwolennicy [embarga - przyp. red.] są jedynymi, którzy stworzyli jasną i przejrzystą analizę problemu, stosując najnowocześniejsze metody. Inni, np. niektórzy politycy, lobby korporacyjne i ekonomiści banków komercyjnych nie zaprezentowali nic poza przeczuciami i komentarzami, które sprowadzają się do siania paniki.

W cieniu debaty nad surowcowym embargiem niewiele mówi się o polskim eksporcie do Rosji. Według danych Observatory of Economic Complexity w 2019 roku wynosił równowartość około 7,85 miliarda dolarów. Wśród najważniejszych produktów wysyłanych przez nas do Rosji znalazły się leki (408 mln wartości rocznego importu), komputery (230 mln) i części samochodowe (263 mln).

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2020 roku Polska sprowadziła z Rosji towary za ponad 10 miliardów euro, a sprzedała jej produkty za ok. 7,2 mld. Rosja jest czwartym co do wielkości partnerem handlowym pod względem wartości sprowadzonych do Polski towarów — chodzi tu przede wszystkim o surowce energetyczne.

Źródło: Rocznik Statystyczny Handlu Zagranicznego 2021, źródło

Polska jest z kolei na czwartym miejscu wśród najważniejszych unijnych partnerów handlowych Rosji.

Mniej ważna jest dla polskiego handlu Białoruś, jednak interesy z rządzonym przez Łukaszenkę krajem trwają. Import z tego kraju w 2020 roku wyniósł nieco ponad miliard, a eksport do niej - 1,6 mld euro.

„To my jesteśmy ważniejsi dla Białorusi, niż Białoruś dla nas. Jesteśmy w czołówce jej partnerów handlowych, z kolei Białoruś w zestawieniu naszej wymiany handlowej jest dopiero w trzeciej dziesiątce” – mówił dla OKO.press Kamil Kłysiński, ekspert Ośrodka Studiów Wschodnich.

Część z produktów przekładających się na te wyniki nadal może być przewożona w naczepach polskich TIR-ów jadących na wschód.

"Kierowcy i przedsiębiorcy tłumaczą się tym, że to ich praca. Ale przecież to samo powiedziałby rosyjski żołnierz, który bombarduje Ukrainę" - mówi nam Adam Bohdan. "Zaopatrywanie w żywność i inne towary Federacji Rosyjskiej w tym rosyjskiej armii, podtrzymuje machinę wojenną Putina. W obecnej sytuacji nie powinniśmy karmić Rosjan, bo działamy również na swoją szkodę. Doskonale wiemy, że Putin ma większy apetyt niż tylko Ukraina".

Na zdjęciu Marcel Wandas
Marcel Wandas

Reporter, autor tekstów dotyczących klimatu i gospodarki. Absolwent UMCS w Lublinie, wcześniej pracował między innymi w Radiu Eska, Radiu Kraków i Off Radiu Kraków, publikował też w Magazynie WP.pl i na Wyborcza.pl. Jeden ze współautorów podcastu "Drugi Rzut Oka". Interesuje się tematyką transformacji energetycznej, transportu publicznego, elektromobilności, w razie potrzeby również na posterunku przy tematach popkulturalnych. Mieszkaniec krakowskiej Mogiły, fan Eurowizji, miłośnik zespołów Scooter i Nine Inch Nails, najlepiej czujący się w Beskidach i przy bałtyckich wydmach.

Komentarze