0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Foto Fabrice COFFRINI / AFPFoto Fabrice COFFRIN...

Po przemówieniu prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego w Davos – jak to się ładnie mówi, by podnieść zainteresowanie tematem – zawrzało. Zełenski bez owijania w bawełnę (ale i bez arogancji) zrugał Unię Europejską za brak działań w sprawie zakończenia wojny.

Mówił: "Wciąż nie ma rzeczywistych postępów w sprawie utworzenia specjalnego trybunału ds. rosyjskiej agresji na Ukrainę. Mamy porozumienie, to prawda. Odbyło się wiele spotkań, ale Europa nadal nie osiągnęła nawet punktu, w którym trybunał miałby siedzibę, personel i faktycznie funkcjonował. Czego brakuje? Czasu lub woli politycznej.

W Europie zbyt często coś innego jest zawsze pilniejsze niż sprawiedliwość.

(...) Dziękuję, Keir [Starmer, premier Wielkiej Brytanii], dziękuję Emmanuel [Macron, prezydent Francji] i wszystkim przywódcom naszej koalicji. Robimy wszystko, aby nasza koalicja chętnych stała się koalicją działania. I znowu, wszyscy są bardzo pozytywnie nastawieni, ale zawsze potrzebne jest wsparcie prezydenta Trumpa. I znowu, żadne gwarancje bezpieczeństwa nie działają bez Stanów Zjednoczonych. Ale co z samym zawieszeniem broni? Kto może pomóc w jego realizacji?

Europa uwielbia dyskutować o przyszłości, ale unika podejmowania działań dzisiaj.

Działań, które określają, jaką przyszłość będziemy mieli. W tym tkwi problem".

Przeczytaj także:

Na te słowa ostro zareagował m.in. Victor Orbán (ale – gwoli sprawiedliwości – został przez Zełenskiego osobiście zaatakowany) a także reżim w Teheranie, nazywając prezydenta Ukrainy „zagubionym klaunem”.

„Widzę to tak” to cykl, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.

Urażona duma „otwartych serc”

Także w Polsce, bez zaskoczenia, słowa prezydenta Ukrainy skrytykowała prawica, jak zwykle głęboko urażona krytyką. Ale nie tylko prawica. W „Kropce nad i” TVN 24 posłanka Lewicy Anna Maria Żukowska mówiła jednym głosem z Tobiaszem Bocheńskim, wiceprezesem PiS: „Nie wszyscy mają dobre dni, nie wszyscy mają najlepsze przemówienia. Zamiast być sumieniem Europy i zajmować się Grenlandią, pan prezydent powinien zajmować się sprawami Ukrainy”.

Bocheński nawiązał z kolei do retoryki Donalda Trumpa z Gabintu Owalnego z lutego 2025, że Zełenski nie jest w pozycji, żeby „nas pouczać, jak prowadzić politykę”. Żukowska: „Jeżeli pomagamy Ukrainie, ograniczamy środki, które moglibyśmy wydawać na swoje własne potrzeby, to jest logiczne”.

Zełenski, chociaż krytykował całą Europę, a nie tylko Polskę, trafił w polski czuły punkt. Mimo nastrojów antyukraińskich w części naszego społeczeństwa, dominuje w Polsce poczucie dumy z ogromu pomocy, której udzieliliśmy – i zdaniem wielu rodaków nadal udzielamy – Ukraińcom.

Nie kwestionuję skali tej pomocy. 23 stycznia 2026 r. minister Wojciech Balczun przekazał, że wartość polskiej pomocy dla Ukrainy przekroczyła 21 mld euro. Nie kwestionuję także wsparcia ze strony Europy. W grudniu 2025 r. UE zatwierdziła kolejne 90 mld euro pomocy. Co prawda, nie udało się uzyskać zgody państw na wykorzystanie do tego celu zamrożonych rosyjskich aktywów. Europa sukcesywnie (pewnie za wolno, ale jednak) wycofuje się z eksportu ropy i gazu z Rosji. Te ciągle płyną do Europy, ale mają przestać do 2027 r. Rosja co prawda omija nałożone już zakazy, używając tzw. floty cieni, o której także wspomniał Zełenski: „Dlaczego prezydent Trump może powstrzymać tankowce floty cieni i przejąć ropę, a Europa nie?”. Niedawno Francja ujawniła, że udało jej się przechwycić jeden taki tankowiec.

Tak, Europa, Unia Europejska, się stara. Mimo to Zełenski ma rację. I ma prawo mówić to, co mówił w Davos. Dlaczego?

Po pierwsze, Europa naprawdę jest reaktywna (na razie)

Europa zbiera się powoli, to fakt. Przez długi czas nasi zachodni partnerzy nie uznawali wojny w Ukrainie za naprawdę poważny problem. Nie widzieli też w niej bezpośredniego zagrożenia dla siebie samych i dla porządku światowego.

Patrzyli także na tę wojnę w sposób tradycyjny – skoro czołgi Putina nie dojadą na zachód, to po co się martwić? Oczywiście, w stronę Rosji leciały przysłowiowe już pociski oburzenia, ale nie dawały wymiernych rezultatów. Europa, i za to ją kochaliśmy, nie była przyzwyczajona do nagłych, impulsywnych działań. Działała dyplomatycznie, powoli, zgodnie z zastanymi zwyczajami, ale i – co ważne – partykularnymi interesami poszczególnych krajów.

To przekonanie, że wszystko da się załatwić przez dyplomację, która w przypadku Putina nie ma zastosowania – to jeden problem Europy (i nie tylko). Drugim była wiara w NATO. Nie, wiara w NATO nie była problemem, była oczywistością i słuszną postawą. Stała się problemem, odkąd USA- najsilniejszy sojusznik, to NATO kwestionuje (chociażby kłamliwie twierdząc, że żołnierze sojuszu byli podczas wojen bezużyteczni). Łamie dotychczasowy porządek, zasady, ale też po prostu prawo (np. atakując Wenezuelę i chcąc siłą zagarnąć Grenlandię).

To sposób myślenia należący do starego świata. Dość brutalnie ujął to premier Kanady w swoim przemówieniu w Davos, które stało się głośne, było chwalone i żywo komentowane (ale jakoś nikt nie miał Markowi Carneyowi za złe, że walił prawdę między oczy. Co innego Zełenski...). Carney nie mówił, co prawda o NATO, czy Ukrainie, ale o sprawczości i jedności państw średniej wielkości.

Słyszę podobieństwa w tych dwóch przemówieniach.

Te przekonania, które spowalniały Europę, oczywiście wciąż mają się dobrze. Sprawiały, że Europa długo nie miała własnego pomysłu na to, jak zakończyć wojnę w Ukrainie. Była wobec Putina bezradna. Dopiero chaotyczne i bezczelne działa Donalda Trumpa ją poruszyły – bo okazało się, że wojnę w Europie może zakończyć kraj zgoła nie europejski oraz dyktator-agresor. Powstała Koalicja Chętnych.

Nadal jednak to reakcja, a nie akcja. Czas jednak najwyższy na działania wyprzedzające, a nie tylko na reakcję. Czas na, jak mówił premier Kanady, budowanie własnego potencjału, budowanie własnego europejskiego mocarstwa, skoro w erze rywalizacji mocarstw się znaleźliśmy (co z tego, że wcale tego nie chcieliśmy). Europa musi się wzmocnić i działać nie oglądając się na partnerów amerykańskich – bo tam ich nie ma, lub są niepewni.

Jesteśmy w momencie, gdy część przywódców europejskich zaczyna sobie to uświadamiać. Pokazuje to np. ujawniona w grudniu 2025 r. przez „Der Spiegel” treść poufnej rozmowy przywódców UE i Ukrainy. Wyrażali oni krytyczny stosunek i nieufność wobec administracji Trumpa. I bardzo dobrze.

Ale zmiany idą powoli i na to właśnie Zełenski zwrócił uwagę (chociaż akurat w jego przemówieniu Trump wypadł bardzo dobrze).

Po drugie, tego wymaga polska i europejska racja stanu

Podczas dyskusji redakcyjnej o przemówieniu Zełenskiego usłyszałam argument, że jedność Europy w kwestii Ukrainy będzie niemożliwa do osiągnięcia, bo np. Hiszpanie nie mają żywego interesu w energicznym powstrzymywaniu Rosji. Nie boją się przecież rosyjskich czołgów w Madrycie. Boimy się my i kraje bałtyckie. Bo jesteśmy obok, wiadomo. Ale to fałszywe przekonanie. Slogan Zełenskiego, że Ukraina walczy za całą Europę, to nie populizm. To prawda. Jeżeli Hiszpanie (czy inne kraje zachodnie) jej nie widzą, to pozostają w bolesnym w skutkach błędzie.

Putin nie wjedzie czołgiem nawet do Niemiec, to jasne. Ale jego działania odczuwa cała Europa. I jego działania już zmieniły świat, nie tylko Europę, ale i USA. Zwycięstwo skrajnie prawicowych frakcji, które niszczą podstawy UE i sprawiają, że bardziej centrowe opcje boją się narazić populistom i prowadzą zachowawczą politykę – to skutek m.in. jego działania. Propaganda i dezinformacja Rosji jest wszędzie. Jest w naszych (i hiszpańskich, i holenderskich, i greckich) mediach społecznościowych. Wpływa na nasze myślenie, tworzy teorie spiskowe, odwodzi nas od szczepień, polaryzuje, antagonizuje. I wygrywa wybory. Kształtuje świat, wpływa na działania wszechmocnych big techów.

Wojna Putina zburzyła także porządek gospodarczy.

Pomaganie Ukrainie to nie tylko kwestia humanitarna (chociaż także) i dobra wola, to także kwestia jedności UE, o której mówił Zełenski: „Zbyt często Europejczycy zwracają się przeciwko sobie – przywódcy, partie, ruchy i społeczności – zamiast zjednoczyć się, aby powstrzymać Rosję, która sieje zniszczenie wśród wszystkich”.

Zgadza się. W kwestii obrony Ukrainy Europa nie ma rozbieżnych interesów. Powinna być całkowicie zjednoczona, bo ma ten sam interes – powstrzymanie Rosji.

To rzeczywista racja stanu Europy.

I Polski

Polska powinna zawalczyć o swoje miejsce w tej rozgrywce. Być przy każdym europejskim stole negocjacyjnym. A żeby być przy tym stole, musimy pokazać jedność z Europą, której nie pokazaliśmy w przypadku Grenlandii (nie wysłaliśmy tam nawet tych kilku symbolicznych żołnierzy, jak osiem innych państw europejskich, z winy, jak donoszą media, szefa MON).

Bo, jak mówił Mark Carney, nie możemy konformistycznie wystawiać w naszej państwowej witrynie szyldu wychwalającego Trumpa, żeby tylko się nie obraził. W ten sposób przyczyniamy się do trwania w kłamstwie. Jesteśmy zachowawczy także wobec sił antyukraińskich w Polsce – rząd stara się ich nie drażnić, zdając sobie sprawę, jak są silne. Czasem więc Donald Tusk przypomni, jak wielkie ciężary ponosimy z racji pomocy Ukrainie, a Władysław Kosiniak-Kamysz upomni się w Wołyń. Powtórzę za Carneyem: zdejmijmy szyld z polskiej witryny i stwórzmy własną narrację: skrajnie proukraińską.

Po trzecie, uciszanie Zełenskiego jest kolonialne

W retoryce polskich polityków istnieje zresztą sprzeczność. Skoro nasze „pomaganie” Ukrainie jest w interesie Polski, to Ukraina nie musi klękać w podziękowaniu. Skoro to nasz interes, to jesteśmy partnerami przeciwko Rosji. A partnerzy nie traktują się nawzajem z wyższością. Z którą właśnie potraktowano Zełenskiego, krytykując jego przemówienie.

Tak właśnie zabrzmiała wypowiedź posłanki Lewicy, która mówi, żeby Zełenski zajął się lepiej Ukrainą, a nie krytykowaniem Europy. Dlaczego ma jej nie krytykować? Carney może, Zełenski nie? Uciszanie przywódcy, który prowadzi wojnę i domaga się od innych działań, pokazuje, za kogo w gruncie rzeczy mamy prezydenta Ukrainy – petenta z kraju trzeciego.

Nie widzę powodu, by prezydentowi walczącej Ukrainy odbierać prawo do upominania Europy i bycia jej sumieniem. Donald Trump pretenduje do tej roli bez przerwy, wygłaszając na prawo i lewo obraźliwe i bezsensowne przemówienia, w których równa Europę z glebą. To już wolę słuchać prezydenta Zełenskiego. Politycy też powinni.

Szczególnie że, jak ujął to Grzegorz Schetyna (chwaląc Zełenskiego za to przemówienie), Davos jest bardzo stosownym miejscem, żeby upominać Europę.

;
Na zdjęciu Magdalena Chrzczonowicz
Magdalena Chrzczonowicz

Naczelna OKO.press, redaktorka, dziennikarka. W OKO.press od początku, pisze o prawach człowieka (osoby LGBTQIA, osoby uchodźcze), prawach kobiet, Kościele katolickim i polityce. Wcześniej pracowała w organizacjach poarządowych (Humanity in Action Polska, Centrum Edukacji Obywatelskiej, Amnesty International) przy projektach społecznych i badawczych, prowadziła warsztaty dla młodzieży i edukatorów/edukatorek, realizowała badania terenowe. Publikowała w Res Publice Nowej. Skończyła Instytut Stosowanych Nauk Społecznych na UW ze specjalizacją Antropologia Społeczna.

Komentarze