0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Foto Mandel NGAN / AFPFoto Mandel NGAN / A...
  • Celem Polski i państw UE jest to, by Stany z Europy się nie wycofały. A jeżeli już muszą się wycofać, czy znacząco zredukować swoją obecność polityczną i wojskową, to celem jest, żeby nie wydarzyło się to w sposób nagły i nieuporządkowany. Żeby, jeśli jest to nieuniknione, był to proces rozpisany na lata i żeby w tym czasie Europa zdążyła zbudować swoje zdolności obronne.
  • Jaką cenę jesteśmy w stanie zapłacić w polityce europejskiej za utrzymywanie tego, co ja bym określił jako iluzję strategicznego partnerstwa ze Stanami w wymiarze długofalowym. Uważam, że byłoby ogromnym błędem zapłacenie ceny w postaci podważenia naszej lojalnej współpracy z krajami UE.
  • Nie znaleźliśmy języka do mówienia o nowym porządku – a raczej nieporządku – światowym, który się kształtuje w wyniku zmiany polityki USA. Wciąż powtarzamy oklepane frazy o trwałości NATO i strategicznym partnerstwie. Szczytem tego była wypowiedź Władysława Kosiniaka-Kamysza sprzed dwóch dni o budowie „Fortu Trump” w Bolesławcu. To było nieprawdopodobne. To jest zaklinanie rzeczywistości i wprowadzanie opinii publicznej w błąd.

Nie możemy pozwolić, by Polska znalazła się poza europejskim rdzeniem odpowiedzi na politykę USA

Dominika Sitnicka, OKO.press: Po tygodniach kryzysu słyszymy, że jest porozumienie w sprawie Grenlandii. Nie do końca wiemy, na czym ma ono polegać, ale Donald Trump już wykluczył publicznie inwazję, wycofał się z zapowiadanych ceł na osiem europejskich krajów, które na znak solidarności z Danią wysłały kilkunastu żołnierzy na wyspę.

Piotr Buras, dyrektor warszawskiego biura Europejskiej Rady Stosunków Międzynarodowych*: Na razie wiemy bardzo mało i trzeba liczyć się z tym, że napięcia wokół Grenlandii i próby jej przejęcia powrócą. Przemówienie Trumpa w Davos w środę 21 stycznia było w zasadzie bardzo jednoznaczne. Mówił o tym, że musi mieć Grenlandię, czyli bardzo mocno akcentował kwestię własności, i łączył posiadanie Grenlandii z amerykańskimi gwarancjami bezpieczeństwa w ramach NATO.

Poszedł więc bardzo daleko w konfrontacyjnej retoryce, pomimo zapewnień, iż nie użyje siły. Potem doszło do spotkania z Sekretarzem Generalnym NATO Markiem Rutte i pojawił się bardzo zaskakujący komunikat, że istnieje jakieś porozumienie.

Tyle że żadnego porozumienia nie ma. Premier Danii napisała, że jej rząd może rozmawiać o wszystkim, ale nie może rozmawiać o kwestii suwerenności Grenlandii.

Przecieki, które się pojawiły – podawane przez prasę, w tym „New York Times” i „Frankfurter Allgemeine Zeitung” z powołaniem na źródła natowskie – mówią, że rozważano rozwiązanie, które miałoby być filarem tego dealu. Otóż USA miałyby przejąć suwerenność nad swoimi bazami wojskowymi na Grenlandii. W tej chwili jest tam w zasadzie tylko jedna baza. Kiedyś było ich siedemnaście, ale Amerykanie sami je zamknęli.

Pytanie brzmi, czy mogłoby powstać więcej takich baz i czy miałyby one status eksterytorialnego terytorium pod władzą Stanów Zjednoczonych. Przy czym chodziłoby o same bazy, a nie o całą Grenlandię.

To wygląda trochę jak jakiś kompromis, ale w istocie bardziej przypomina wstępne porozumienie zawarte ponad głowami Duńczyków i Grenlandczyków, którzy niekoniecznie muszą oni zaakceptować.

Daleko do konkretnych ustaleń

Myślę więc, że jesteśmy jeszcze dosyć daleko od konkretnych ustaleń.

Warto też dodać, że jeśli chodziłoby wyłącznie o wzmocnienie amerykańskiej obecności wojskowej na Grenlandii, to wszystko jest możliwe w ramach już istniejących i obowiązujących porozumień.

Nie potrzeba żadnego nowego dealu, ponieważ Amerykanie mogą zwiększyć swoją obecność wojskową w dowolnym wymiarze już teraz.

Również jeśli chodzi o inwestycje amerykańskich firm i wydobycie surowców krytycznych, nic nie stoi na przeszkodzie. Nie ma więc realnego problemu, który ten deal miałby rozwiązać. Pozostaje jedynie kwestią wizerunkowa. A ta jest oczywiście istotna politycznie.

Trumpowi trzeba dać tzw. off-ramp, czyli możliwość godnego wyjścia z tej sytuacji. Trzeba mu powiedzieć, że to jest jakiś „big deal”, choć w rzeczywistości nim nie będzie.

Tyle że na razie nie ma nawet małego dealu, bo kluczowe kwestie pozostają niewyjaśnione.

Jeśli chodzi o wydobycie surowców, pojawiają się sprzeczne komunikaty. „The Telegraph” i „The Guardian” podają, że w rozmowie Rutte z Trumpem pojawiały się sformułowania, że Stany Zjednoczone mogłyby je wydobywać bez zgody Danii.

Trudno to skomentować, bo nie wiemy, na ile są to rozmowy między Ruttem a Trumpem, a na ile zaangażowani byli Duńczycy i Grenlandczycy. Wiadomo, że Rutte rozmawiał z ministrami obrony Danii i Grenlandii, ale ogromna różnica polega na tym, czy strona duńska zgodziła się jedynie na zwiększenie obecności wojskowej USA – co nie jest kontrowersyjne, czy na oddanie suwerenności terytorialnej nawet nad fragmentem terytorium, jakim jest baza wojskowa.

To drugie byłoby już czymś zupełnie innym. To byłoby oddanie suwerenności pod presją Stanów Zjednoczonych i zachcianek Trumpa, a nie efekt jakiejś obiektywnej konieczności czy realnego problemu bezpieczeństwa. Nie ma bowiem problemu, którego nie dałoby się rozwiązać bez zmiany właściciela bazy. Dlatego uważam, że wciąż mamy tu do czynienia z wieloma niejasnościami i kwestiami do ustalenia.

Przeczytaj także:

Opór UE się opłaca

A jaką strategię może obrać Unia Europejska czy europejscy liderzy w sprawie Grenlandii? Emmanuel Macron prezentuje radykalną postawę – wzywa do użycia mechanizmu antyprzymusowego, w Davos prowokacyjnie opowiada o zwiększeniu chińskich inwestycji w UE. A może Europejczycy powinni po prostu wciągnąć Trumpa w niekończące się negocjacje?

Myślę, że sytuacja z wczoraj (21 stycznia) pokazuje, iż postawa Europejczyków polegająca na zwiększaniu presji i oporu wobec Stanów Zjednoczonych się opłaca. Nie wiemy dokładnie, co doprowadziło do decyzji Trumpa o wycofaniu się z gróźb – najpierw militarnych, potem celnych – bo na pewno złożyło się na to wiele czynników. Była reakcja rynków, były procesy wewnętrzne w Stanach Zjednoczonych, gdzie rosnąca część społeczeństwa i elit politycznych, także republikańskich, uważa, że eskalowanie sporu o Grenlandię to zły pomysł.

Reakcja rynków była zresztą bezpośrednio związana z postawą Europy, bo pojawiło się widmo poważnego konfliktu handlowego i gospodarczego, który osłabiłby gospodarkę globalną. Unia Europejska nie położyła uszu po sobie. Pojawiły się wyraźne głosy sprzeciwu, a głos Macrona był w tym kontekście przydatny.

Pojawiły się także inne głosy – w końcu zareagował premier Tusk, co jest istotne, bo Polska przez długi czas była w tej sprawie bardzo milcząca. Tusk napisał jasno, że polityka appeasementu nie ma przyszłości i że trzeba bronić swoich pryncypiów i interesów.

To jest słuszny kurs i Unia Europejska powinna się go trzymać. Przede wszystkim powinna wspierać Danię i wsłuchiwać się w jej stanowisko, bo to Dania musi decydować, jak daleko jest gotowa się posunąć i jak chce prowadzić negocjacje. Unia powinna ją wspierać bardzo jednoznacznie. Narzędzi jest sporo, przede wszystkim o charakterze ekonomicznym.

Czyli UE powinna „wyciągnąć bazookę z piwnicy", jak nazywają mechanizm antyprzymusowy niektórzy politycy? Czy ktoś oprócz Francuzów rzeczywiście taki krok popiera?

Instrument antyprzymusowy nie musi być od razu uruchamiany w praktyce. Chodzi raczej o to, by położyć go na stole jako realną groźbę. Można w jego ramach uderzyć w big techy, ograniczyć dostęp amerykańskich usług do rynku europejskiego czy nawet unieważniać patenty. Nie trzeba tego robić – wystarczy, że Trump wie, iż Europa ma takie możliwości.

Trump wie, że rynki zareagują

Trump wie również, że te narzędzia grożą poważnymi konsekwencjami gospodarczymi dla Stanów Zjednoczonych i że rynki oraz społeczeństwo amerykańskie na to reagują. Podwyższenie ceł uderzyłoby przede wszystkim w konsumentów amerykańskich. Są raporty, m.in. niemieckiego ministerstwa gospodarki światowej, pokazujące, że ponad 90 procent kosztów ceł wprowadzonych przez Trumpa ponoszą właśnie konsumenci w USA. To jest po prostu boomerang, który uderzył z powrotem w same Stany, a niekoniecznie w tych, w których był wymierzony.

Krótko mówiąc, to, co wydarzyło się w Davos, było poważną porażką wizerunkową Trumpa. Oczywiście nie mamy żadnej gwarancji, że konflikt nie wróci jutro ze zdwojoną siłą, że Trump nie powie, iż został oszukany albo że Dania nie respektuje „superważnego” porozumienia, które rzekomo zawarł z Ruttem. Wszystko jest możliwe.

Na dziś jednak sytuacja wygląda tak, że prezydent Stanów Zjednoczonych zapowiadał wielkie rzeczy, po czym się z nich wycofał i nie ma nic konkretnego do zaproponowania.

W tym sensie polityka oporu Unii Europejskiej się opłaca i powinna być kontynuowana we współpracy z Danią.

Zaklinanie rzeczywistości

Wspomniał pan o tłicie Donalda Tuska. Ale jednak Polska nie wysłała żołnierzy na Grenlandię. Kiedy słucham polskich polityków – także, a może nawet przede wszystkim tych liberalnych – to mam wrażenie, że nikt nie chce nawet komentować słów i poczynań Trumpa. Jest wyraźna linia, by nie dać się sprowokować, ale też, by samemu nie prowokować. Tymczasem w Europie nawet te najbardziej prawicowe siły, często związane z ruchem MAGA jak Nigel Farage, Giorgia Meloni czy Jordan Bardella wypowiadają znacznie ostrzej w kwestii Grenlandii. W Polsce widać duży opór przed byciem pionierami europejskiego sprzeciwu.

Zgadzam się. Polska nie ustawia się w pierwszym szeregu państw stawiających opór polityce amerykańskiej, co jest zrozumiałe ze względu na naszą bardzo delikatną sytuację bezpieczeństwa. Jesteśmy w trudniejszym położeniu niż Duńczycy czy Niemcy. Być może tylko kraje bałtyckie są w jeszcze trudniejszej sytuacji.

Problem polega jednak na czym innym.

Po pierwsze, nie znaleźliśmy języka do mówienia o nowym porządku – a raczej nieporządku – światowym, który się kształtuje w wyniku zmiany polityki USA. Wciąż powtarzamy oklepane frazy o trwałości NATO i strategicznym partnerstwie. Szczytem tego była wypowiedź Władysława Kosiniaka-Kamysza sprzed dwóch dni o budowie „Fortu Trump” w Bolesławcu. To było nieprawdopodobne.

To jest zaklinanie rzeczywistości i wprowadzanie opinii publicznej w błąd.

Politycy powinni nauczyć się, mając świadomość wagi relacji ze Stanami, opowiadać o tym, że świat się zmienił. to zrobił właśnie w Davos Mark Carney. Tłit Tuska szedł w mojej ocenie w tym właśnie kierunku, ale oczywiście był to jeden z nielicznych głosów, a do tego skierowany do zagranicznej opinii publicznej, ponieważ napisany po angielsku.

Jest wreszcie druga, kluczowa kwestia: mając świadomość bardzo trudnego położenia, w jakim się znajdujemy,

nie możemy pozwolić, by Polska znalazła się poza europejskim rdzeniem odpowiedzi na politykę USA.

To na razie dopiero się kształtuje, nie wiadomo, jaką formę ostatecznie przybierze i czy w ogóle coś takiego powstanie. Misja wojskowa na Grenlandię nie determinuje tego, jak ta polityka będzie wyglądała i jakie miejsce zajmie w tym układzie Polska, ale była dobrym przykładem na to, jak może to wyglądać.

Sytuacja jest taka: nasi kluczowi sojuszniczy, czyli państwa skandynawskie, Niemcy, Francja, Holandia, Wielka Brytania wysyłają żołnierzy do udziału w symbolicznej misji wojskowej na Grenlandię. Polska tego nie robi.

Nie robi, tak jak i nie robią tego inne kraje wschodniej flanki, nie licząc Finlandii.

Tak, tylko że my w przeciwieństwie do krajów bałtyckich jesteśmy dużym państwem. Nasza waga polityczna jest trochę inna. Następnie te kraje, które wysłały żołnierzy, zostały objęte groźbami sankcji w postaci podwyższonych ceł. Wydano oświadczenie sprzeciwiające się tym sankcjom, pod którym Polska się nie podpisała.

Trump gra na pęknięcie UE

Estończycy też go nie podpisali, ale publicznie wsparli. Podkreślę jeszcze raz – nie chcę przeceniać wagi aktualnych wydarzeń i mówić, że coś determinują. Ale mam wrażenie, że prawdziwym zagrożeniem całej tej sytuacji nie jest osłabienie, czy koniec NATO. Największym zagrożeniem jest moim zdaniem pęknięcie Unii Europejskiej. I na to właśnie Trump gra.

Trump wyraził to przecież wprost w strategii bezpieczeństwa i wielu swoich wypowiedziach. On chcę Unię taką, jaka jest, zasadniczo zmienić, osłabić, rozbić. I taki spór o Grenlandię prowokuje podziały. Ta polska wstrzemięźliwość, która jest z polskiego punktu widzenia zrozumiała i do pewnego stopnia uzasadniona, została bardzo krytycznie oceniona przez naszych skandynawskich partnerów.

Próbujemy budować bliskie relacje ze Skandynawią. To w tej chwili nasi kluczowi partnerzy w kwestii polityki bezpieczeństwa. I zasadne jest pytanie, czy tą wstrzemięźliwą postawą nie zburzymy tego zaufania i współpracy, które zaczęliśmy w ostatnich latach budować.

Wiemy przecież, że Stany Zjednoczone będą się z Europy wycofywać, ich gwarancje bezpieczeństwa są coraz mniej wiarygodne. Nie możemy sobie pozwolić na to, by w tym czasie znaleźć się poza rdzeniem europejskich ustaleń. Nie możemy ulec iluzji, że w imię partnerstwa z USA, możemy dać się odkleić od europejskich sojuszników.

W obecnych warunkach podział Europy na wschodnią flankę i na Europę Zachodnią jest najgorszym, co mogłoby nam się przydarzyć.

Dobrym sygnałem jest to, że prezydent Nawrocki nie zdecydował się, przynajmniej na razie, wejść do Rady Pokoju. Wygląda na to, że istnieje jakieś porozumienie rządu z prezydentem w tej sprawie. To bardzo ważne, bo gdyby Karol Nawrocki zdecydował się dołączyć do Rady, to otwierałoby dyskusję na temat orientacji naszej polityki zagranicznej. W tej chwili tego dylematu nie ma, nie przekroczyliśmy żadnego Rubikonu.

Nierozwiązywalny problem

Ale czy utrzymanie takiego statusu jest na dłuższą metę możliwe? Czy to nie jest tak, że nie ma tu dobrego wyjścia i nie da się nie antagonizować Stanów Zjednoczonych i jednocześnie współpracować blisko na płaszczyźnie europejskiej?

To jest bardzo trudne. W jakimś sensie to nierozwiązywalny problem. My byśmy najbardziej chcieli mieć ciastko i zjeść ciastko. I do tej pory robiliśmy to, bo było to możliwe. Udawało się tę równowagę zachować – być dobrym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, a jednocześnie lojalnym partnerem w Unii Europejskiej. Oczywiście były tych postaw różne fazy, różne sytuacje, ale co do zasady było to możliwe.

Jesteśmy teraz w fazie takiej, że Stany Zjednoczone pod przewodnictwem Trumpa ustawiły się w pozycji adwersarza Unii Europejskiej w większości ważnych kwestii, więc kontynuowanie takiej polityki jest niezwykle trudne, prawdopodobnie niemożliwe.

Pojawia się pytanie o to, jaką cenę jesteśmy w stanie zapłacić w polityce europejskiej za utrzymywanie tego, co ja bym określił jako iluzję strategicznego partnerstwa ze Stanami w wymiarze długofalowym. Uważam, że byłoby ogromnym błędem zapłacenie ceny w postaci podważenia naszej lojalnej współpracy z krajami UE.

Naszym celem powinno być wypracowanie wspólnej odpowiedzi, polityki wobec Stanów Zjednoczonych razem z krajami regionu oraz UE. Co oczywiście nie oznacza, że którykolwiek z krajów dąży dzisiaj do tego, żeby usamodzielnić się za wszelką cenę od USA, zerwać więzi transatlantyckie, czy robić politykę przeciwko Stanom Zjednoczonym.

Nie dajmy się wmanewrować w antyeuropejską krucjatę

Kraje nordyckie tego nie chcą. Niemcy tego nie chcą. Francja tego nie chce, nawet pomimo swojej mocnej retoryki. Macron ma po prostu inną strategię. Moim zdaniem nie ma groźby, że damy się wciągnąć w jakąś antyamerykańską krucjatę. Pytanie jest o to, czy damy się wmanewrować w krucjatę antyeuropejską. W brak solidarności.

Oczywiście, najlepiej dla Polski i dla Europy byłoby, gdyby Stany pozostały takim partnerem, jakim były do tej pory. Ale wszystko wskazuje na to, że nie chcą. Trump nie chce tego rodzaju partnerstwa.

Polska, tak jak i reszta Europy podpisuje się pod tym, by jak najdłużej utrzymywać USA blisko Europy, nawet jeśli to zaangażowanie jest coraz mniejsze, mniej pewne, nawet powierzchowne. Kupujemy czas.

Celem jest to, by Stany z Europy się nie wycofały. A jeżeli już muszą się wycofać, czy znacząco zredukować swoją obecność polityczną i wojskową, to celem jest, żeby nie wydarzyło się to w sposób nagły i nieuporządkowany. Żeby, jeśli jest to nieuniknione, był to proces rozpisany na lata i żeby w tym czasie Europa zdążyła zbudować swoje zdolności obronne.

To samo dotyczy zresztą Ukrainy. I z tej potrzeby – przytrzymania Stanów Zjednoczonych w Europie przez kolejne lata – bierze się ten kluczowy konflikt. Co jesteśmy w stanie, a czego nie jesteśmy w stanie tolerować w imię tego celu? Nie możemy się zgodzić, by ceną za to była polityka appeasementu, tak fundamentalne sprawy jak suwerenność terytorialna, czy szantaż ekonomiczny.

To ogromne dylematy, ale kluczowe w mojej ocenie jest to, żeby Europa mówiła jednym głosem, miała wspólną linię. I żeby Polska była częścią tego głosu, a nie stała z boku.

*Piotr Buras jest dyrektorem warszawskiego biura ECFR oraz ekspertem ds. polityki w Europejskiej Radzie Stosunków Zagranicznych. Zajmuje się m.in. polityką zagraniczną Niemiec w UE, pozycją Polski w UE oraz polityką UE.

;
Na zdjęciu Dominika Sitnicka
Dominika Sitnicka

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.

Komentarze