0:00
Prawa autorskie: Tomasz Stanczak / Agencja GazetaTomasz Stanczak / Ag...
13 sierpnia 2022

Kobiety, biedni i niewykształceni bez prawa głosu? Sprawdzamy, jak trwałe są takie opinie

Ile razy słyszeliśmy, że nie wszyscy powinni mieć prawo do głosowania? Na przykład gorzej wyedukowani, którzy nie pojmują wszystkich zawiłości ekonomii i manipulacji polityków. Jednak kiedyś takie „zdroworozsądkowe” argumenty wysuwano także przeciw prawu do głosowania dla kobiet i mniej zamożnych obywateli…

Wydrukuj

Zgodnie z artykułem 62 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej „Prawo udziału w referendum oraz prawo wybierania nie przysługuje osobom, które prawomocnym orzeczeniem sądowym są ubezwłasnowolnione lub pozbawione praw publicznych albo wyborczych”. W ostatnich latach coraz głośniej słychać jednak narzekania, że to nie wystarczy.

Niektórzy rodacy chcieliby wprowadzić swoisty cenzus intelektualny: nie powinni mieć prawa wyborczego ci, którzy nie mają pojęcia o kompetencjach i uprawnieniach wybieranych osób – co można byłoby sprawdzić stosownym egzaminem.

Z drugiej strony pojawiają się pomysły na wprowadzenie tzw. głosowania rodzinnego. „Dzieci to nasza przyszłość, dlatego powinny być ujęte w systemie wyborczym” – przekonywał w 2018 roku ówczesny wicepremier Jarosław Gowin.

Zaś minister przedsiębiorczości i technologii Jadwiga Emilewicz wtórowała mu, że chodzi o „przyznanie prawa dodatkowego głosu rodzicom w imieniu ich dzieci”. Jak miałoby to wyglądać konkretnie, politycy nie wyjaśnili – być może z powodu fali krytyki, jaka przetoczyła się wówczas przez media.

A może 1/5 głosu dla 14-latków

Pół żartem Polacy podrzucali rządzącym kolejne pomysły. Skoro kadencja prezydenta w Polsce trwa 5 lat, a głosować mogą dopiero 18-latkowie, to czy nie byłoby sprawiedliwiej, gdyby o swojej przyszłości decydowali także 14-latkowie, dysponując 1/5 głosu itp.?

A co z wzięciem pod uwagę średniej długości życia? Dlaczego całym głosem ma dysponować osoba, która najpewniej nie dożyje końca kadencji?

Wydają się to absurdalne postulaty. Lecz czy przez wieki nie było absurdem pozbawienie praw wyborczych kobiet albo biednych? Przecież były ku temu „racjonalne” argumenty.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Będziemy rozbrajać mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I pisać o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Nie dopuścić do głosu macic

Za ojczyznę demokracji uważa się starożytne Ateny, poczynając od VI w. p.n.e. Głosować tam mogli jednak tylko dorośli mężczyźni, będący obywatelami tego państwa-miasta i mający za sobą odpowiednie przeszkolenie wojskowo-obywatelskie.

Wyłączone były nie tylko kobiety, czy rzecz jasna niewolnicy, ale także tzw. metojkowie – nieposiadający pełni praw cudzoziemcy od lat mieszkający pod Akropolem i nawet służący w ateńskim wojsku.

Oni jednak mogli za zasługi zostać przyjęci w grono obywateli przez Zgromadzenie Ludowe i zyskać prawo głosu. Kobiety takiej możliwości nie miały. Ich domeną był dom. Celem: małżeństwo i wydanie potomstwa. Prawnym opiekunem: ojciec, mąż, a nawet (w przypadku wdów) syn lub zięć. Nie dziedziczyły majątku, a posag miał im tylko zabezpieczyć życie na godnym poziomie.

Grecy trochę bali się kobiet wojowniczek – o czym świadczą mity o Amazonkach – jednak kobietom nie dali prawa głosu nie tylko dlatego, że nie służyły w armii. Po prostu dominowało przeświadczenie, że nie są wystarczająco sprawne intelektualne, by zajmować się tak poważnymi sprawami, jak rządy. Winne były… macice.

Nawet za sprawą światłego zdawałoby się „ojca medycyny” Hipokratesa z Kos (V–IV w. p.n.e.) krążyły po Grecji niestworzone historie o macicach. O ich szkodliwym wpływie na kobiece zdrowie i charakter.

Wierzono, że pozbawione obcowania płciowego z mężczyznami i nie będąc w ciąży, czego rzekomo „domagała się” macica, kobiety nie tylko nie potrafiły zająć się niczym sensownym, lecz i nie panowały nad sobą. Uprzedzeniom najpełniej dał wyraz w IV w. p.n.e. Arystoteles, nazywając kobietę „zdeformowanym mężczyzną”. Ułomnym, niepełnym, uszkodzonym i poślednim, bo niewydającym nasienia.

"Nie popuszczać cugli tym istotom"

Rzadko podnoszono w Atenach temat edukacji kobiet. Uczyły się w domu rzeczy potrzebnych do prowadzenia gospodarstwa, a nie przydatnych w sprawach publicznych i państwowych.

Aspazja – towarzyszka życia ateńskiego przywódcy Peryklesa, niepozostająca bez wpływu na jego decyzje – mogła sobie pozwolić na więcej po prostu dlatego, że była cudzoziemką. Podobnie wykształcone hetery, z którymi lubili spotykać się i dyskutować bogaci Ateńczycy.

W czasach hellenistycznych i rzymskich sytuacja kobiet nieco się poprawiła, aczkolwiek dalej dominowały męskie uprzedzenia. Dlatego słynny Katon Starszy ostrzegał w 195 roku p.n.e., by „nie popuszczać cugli tym niepohamowanym istotom”, jakimi są kobiety. „Tęsknią za swobodą, ba, za rozwiązłością we wszystkim. Na co jeszcze by się jeszcze nie poważyły, gdyby zdołały to osiągnąć?” – pytał rzymski polityk.

Ostrzegał mężczyzn: „Z chwilą, gdy staną się równe wam, będą waszymi władczyniami”.

Irokezki miały więcej praw od Amerykanek

Pomimo zmian, jakie przyniosło chrześcijaństwo, myśli greckich i rzymskich mędrców pozostawały żywe. Dlatego św. Tomasz z Akwinu, jeden z „doktorów Kościoła”, odwoływał się do tezy Arystotelesa o kobiecie jako niewydarzonym mężczyźnie.

Zresztą, w średniowieczu ze świecą było szukać demokracji (nawet takiej podobnej do ateńskiej). Kobiety mogły rządzić na tronach, ale wciąż uważano je za gorszą płeć. W Polsce Jadwiga Andegaweńska czy Anna Jagiellonka mogły być ogłoszone królami, jednak w parlamencie Rzeczypospolitej szlacheckiej kobiety nie zasiadały i przy elekcji władców głosu nie miały.

Nawet w czasach Oświecenia francuski filozof Jan Jakub Rousseau pisał, że kobieta „poza domem jest wciąż wystawiona na śmieszną i słuszną krytykę”.

Pozostaje więc tylko dodatkiem do mężczyzny, sprawującego rządy. Co ciekawe, inaczej wyglądało to u pogardzanych przez kolonizatorów z Europy amerykańskich Irokezów. Choć urzędy wodzowskie tradycyjnie przypadały tam mężczyznom, kobiety wybierały, kontrolowały i oceniały przywódców.

O takich uprawnieniach mogły tylko pomarzyć panie, które zaangażowały się w wojnę o niepodległość Stanów Zjednoczonych (1775–1783), np. Abigail Smith Adams. Domagały się konstytucyjnego uznania ich praw obywatelskich. To zależało od stanu i m.in. w New Jersey kobietom udało się: zyskały prawo do uczestniczenia w wyborach.

Niestety w następnych latach okazało się, że „obywatelami” są tylko mężczyźni, co podkreślono w kolejnych zapiskach ustawowych. Podobnie po macoszemu potraktowano uczestniczki rewolucji we Francji. Feministka Olympe de Gouges, która w 1791 roku ogłosiła „Deklarację praw kobiety i obywatelki”, dwa lata później skończyła na gilotynie za krytyczne uwagi pod adresem Robespierre’a.

Kapelusze zbyt wielkie, by kobiety zasiadły w parlamencie

Dyskusja o prawach kobiet trwała przez cały wiek XIX. To wtedy pojawił się termin sufrażystki – od terminów po łacinie (suffragium) i angielsku (suffrage) na określenie uprawnienia do głosowania.

W Wielkiej Brytanii jeszcze w XX wieku politycy imali się nawet absurdalnych argumentów przeciw zasiadaniu kobiet w parlamencie. W 2018 roku, w stulecie przyznania praw wyborczych Brytyjkom, zebrała je dla przypomnienia stacja BBC.

Przede wszystkim mężczyźni twierdzili, że ich rodaczki są zbyt emocjonalne, wrażliwe i podatne na nowinki, a bez ich uwagi, rozproszonej przez sprawy polityki, rozlecą się domy i rodziny.

Niejaki Charles Henry, parlamentarzysta z Wellington, argumentował bałamutnie, że uczestnictwo kobiet w wyborach niepotrzebnie zwolni mężczyzn z odpowiedzialności, jaką czują wobec pań.

Z kolei John Henderson z Aberdeenshire zwracał uwagę, że Wielka Brytania to imperium przemysłowe i handlowe, a kobiety nie mają pojęcia o tych branżach i ich prawodawstwie.

Rowland Hunt z Ludlow argumentował zaś złośliwie, że w parlamencie kobiety będą zasłaniać wszystko swoimi ogromnymi kapeluszami.

Polki uzyskały prawa wyborcze w listopadzie 1918 roku, tuż po odzyskaniu przez kraj niepodległości. Później niż mieszkanki Finlandii, Danii, Norwegii i Islandii, ale przed Hiszpankami (1931), Francuzkami (1944) czy Szwajcarkami (1971).

„Wyborcą do Sejmu jest każdy obywatel państwa bez różnicy płci, który do dnia ogłoszenia wyborów ukończył 21 lat” – postanowiono wtedy w Polsce w dekrecie o ordynacji wyborczej. Jednak we wspomnianej Wielkiej Brytanii w 1918 roku przyznano prawa wyborcze mężczyznom powyżej 21. roku życia oraz kobietom… powyżej 30. I to pod warunkiem, że mają i opłacają mieszkanie. Dopiero potem złagodzono te obostrzenia.

Biedni niemądrzy i skłonni do przekupstwa

Powiązanie prawa do głosu z własnością i majątkiem nie wzięło się znikąd. W starożytnych Atenach prawodawca Solon (635–560 r. p.n.e.) wprowadził system, który uzależniał dostęp do niektórych urzędów od majętności Ateńczyka i płaconych przez niego podatków.

Cenzusy majątkowe były normą w prawie wyborczym Anglii, a potem Wielkiej Brytanii. Podobnie stało się w USA. Anglosasom przyświecały argumenty, które tak wyłożył w 1776 roku późniejszy prezydent USA John Adams (mąż wspomnianej wcześniej Abigail Smith Adams):

„Niewiele z osób, które nie posiadają majątku, ma jakikolwiek własny osąd. Mówią i głosują tak, jak podpowiada im majętny człowiek, który nakłonił ich umysły do swoich interesów”.

Alarmował, że „Każdy mężczyzna, który nie ma ani grosza, będzie domagał się równego głosu z każdym innym we wszystkich aktach państwowych. Ma to na celu zniszczenie wszystkich różnic oraz zrównanie wszystkich rang do jednego wspólnego poziomu”.

Tylko 100 tysięcy głosowało

A zatem cenzus majątkowy miał zapewnić wpływy bogatym, wykształconym elitom. „We Francji Karta konstytucyjna Ludwika XVIII z 1814 r. wprowadzała tak wysoki cenzus majątkowy, iż czynne prawo wyborcze miało tylko 100 tys. wyborców, zaś prawo bierne zaledwie 12 tys. osób.

Najbogatszym wyborcom przyznano ponadto prawo dwukrotnego głosowania (wybory pluralne)” – przypominają o powszechnym stosowaniu cenzusów w przeszłości Marek Chmaj i ‎Wiesław Skrzydło w „Systemie wyborczym w Rzeczypospolitej Polskiej”.

Także w uzależnionym od Rosji Królestwie Polskim, ustanowionym w 1815 roku, obowiązywał cenzus majątkowy. W jego efekcie czynne prawo wyborcze miało – podobnie jak we Francji – około 100 tys. osób. Tyle że nad Sekwaną mieszkało wtedy 30 mln ludzi, a nad Wisłą prawie dziesięciokrotnie mniej. Cóż jednak z tego, skoro tak naprawdę zaborcy nie dawali Polakom decydować o najważniejszych sprawach.

Na przełomie XIX i XX wieku parcie na stosowanie cenzusu majątkowego słabło, wraz z umacnianiem się prądów lewicowych. Nie wszędzie: w Japonii w roku 1890 czynne prawo wyborcze mieli tylko mężczyźni po ukończeniu 25. roku życia i odpowiednio majętni. W efekcie w wyborach mógł brać udział ledwie 1 proc. ludności Japonii.

„Zdrowa opinia publiczna” wie swoje

Zmiany zachodziły powoli. Nawet w Polsce jeszcze sto lat temu nie wszyscy się na nie zgadzali.

„Prąd ku coraz bardziej radykalnej demokratyzacji dąży do zniesienia wszelkiego cenzusu wyborczego, jako przywileju klas posiadających. Dążenie to zostało w ostatnich czasach urzeczywistnione prawie powszechnie, o ile chodzi o prawo wyborcze do państwowych ciał ustawodawczych.

Nie można twierdzić, ażeby taka radykalna reforma prawa wyborczego odbiła się korzystnie na wewnętrznej wartości i na poziomie intelektualnym i moralnym wybieranych przedstawicieli narodu. Zniesieniu wszelkich cenzusów przy wyborach do ciał samorządnych i innych kolegiów, załatwiających przeważnie sprawy ekonomiczne i fachowe, sprzeciwia się dotąd zdrowa opinia publiczna” – pisał w 1922 roku endecki polityk i prawnik Joachim Stefan Bartoszewicz w „Podręcznym słowniku politycznym”.

Dziś o tym, że „Każdy człowiek ma prawo do uczestniczenia w rządzeniu swym krajem” – nie tylko odpowiednio majętni mężczyźni – przypomina „Powszechna deklaracja praw człowieka” z 1948 roku oraz szereg późniejszych dokumentów przyjętych przez ONZ.

A jednak w dyskusjach rodaków wraca czasami pomysł, by przy ordynacji wyborczej brać pod uwagę cenzus majątkowy. Może to się zresztą łączyć z postulatem wprowadzenia „cenzusu intelektualnego” – bo co, jeśli postulowany egzamin uprawniający do głosowania będzie kosztowny lub wymagający przejścia odpłatnych kursów? Wydaje się to absurdalne i wbrew rozwiązaniom przyjętym w cywilizowanym świecie, ale historia uczy przecież, że nie takie pomysły przegłosowywano.

Udostępnij:

Adam Węgłowski

Dziennikarz i autor książek. Był redaktorem naczelnym magazynu „Focus Historia”, zajmował się m.in. historycznymi śledztwami. Publikował artykuły m.in. w „Przekroju”, „Ciekawostkach historycznych” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor kryminałów retro, powieści z dreszczykiem i książek popularyzujących historię.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne