0:00
Prawa autorskie: / Agencja Gazeta/ Agencja Gazeta
19 listopada 2021

Polowania na aktywistki. Komisarz Rady Europy wstrząśnięta cierpieniem migrantów - mówi wice RPO

"Mówię panu policjantowi, że w drugim samochodzie MSZ jest komisarz praw człowieka Rady Europy. Na jakiej podstawie nas zatrzymuje? Mówi, że bez podstawy" - o wizycie Dunji Mijatović opowiada Hanna Machińska zastępczyni RPO. Pani komisarz zobaczyła cierpienie. Żąda zaprzestania push-backów. Natychmiast

Wydrukuj

Piotr Pacewicz, OKO.press: We wtorek i środę (16-17 listopada) - jako wicerzeczniczka praw obywatelskich byłaś na granicy z komisarz ds. praw człowieka Rady Europy Dunją Mijatović. Przyjechała jak sama mówiła z "wizytą humanitarną, której celem jest obserwacja ochrony godności człowieka i ochrony humanitarnej ludzi, którzy znajdują się na terytorium Polski". Zobaczyła, co dzieje się na granicy?

Hanna Machińska*: No, niedokładnie na granicy. Pani komisarz nie mogła wjechać do strefy objętej stanem wyjątkowym.

Hanna Machińska w Michalowie
Hanna Machińska w Michalowie. Fot. Agnieszka Sadowska/ Agencja Wyborcza.pl

Jak to? Czy to nie afront, że komisarz wielkiej europejskiej organizacji zakazano wjazdu? Przecież rozporządzenie dopuszcza co najmniej 16 okoliczności, które pozwalają na wjazd, np. żeby załatwić sprawę urzędową albo pójść do kościoła. Została potraktowana jak nie przymierzając dziennikarze.

My jako przedstawiciele Biura Rzecznika Praw Obywatelskich mamy prawo wjazdu, odbywamy cotygodniowe wizytacje placówek Straży Granicznej. Bierzemy też udział w interwencjach humanitarnych prowadzonych przez aktywistów i aktywistki, to oni nas wzywają.

Komisarz Mijatović razem z nami pomagała we wtorek czwórce Etiopczyków i dwojgu Afgańczyków. To się odbywało jak zwykle w dramatycznej scenerii, w ciemności, w lesie. Cała szóstka była wielokrotnie poddawana push-back'om, wyziębiona, przestraszona....

Dzieci też?

Nie, tym razem dzieci nie było, ale dorośli byli w stanie bardzo złym. Zwłaszcza jedna z kobiet, Afganka - omdlewająca, wyczerpana. Straż Graniczna, którą też wezwały aktywistki, przyjechała szybko, stwierdziliśmy, że konieczne jest wezwanie pogotowie. Lekarze zabrali jedną osobę do szpitala.

Afgankę?

Nie, pojechała jedna z Etiopek,

Afganka nie zgodziła się jechać. Bała się, że ją zabiorą, a mąż zostanie znowu wypchnięty na Białoruś i już się nie odnajdą.

Musisz zrozumieć, że ci ludzie są w panice, stoją dosłownie w obliczu śmierci i właściwie nie mają jak uniknąć zagrożenia, są przepędzani z jednej strony granicy na drugą.

Mam w oczach tę Afgankę, cała się trzęsła z zimna i strachu, ale trzymała się męża. Lekarze ją zbadali, stwierdzili znaczny stopień wyczerpania, powiedzieli, że musi odpocząć w cieple, coś zjeść, dostać napoje. I jeżeli w placówce Straży Granicznej jej stan się pogorszy, natychmiast przyjadą.

Przez około 40 minut staraliśmy się ich ogrzać w naszych samochodach, żeby doszli do siebie. Tłumaczyliśmy, w jakiej są sytuacji. Zawsze staramy się pilnować, żeby osoby zatrzymane w naszej obecności miały możliwość wystąpienia o ochronę międzynarodową - jeśli taka jest ich wola i żeby wyznaczyły pełnomocników.

Ta szóstka migrantów już na szczęście miała pełnomocników. A nawet więcej, wszystkie sześć osób miało tzw. interim measures wydane przez Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, czyli środek tymczasowy zabezpieczający przed wyrzuceniem z Polski na czas około miesiąca.

Czyli zdołali wcześniej złożyć wniosek o ochronę międzynarodową?

Tak. Dotarła do nich m.in. właśnie ta aktywistka, która nas zawiadomiła. Ona też zwróciła się do Strasburga. Trybunał działa szybko. Jest tylko problem techniczny, że do Trybunału trzeba wysyłać wnioski faksem, a u nas prawie nie ma już faksów. To by należało zmienić.

Czy pani komisarz także rozmawiała z szóstką migrantów?

Rozmawiała z każdą osobą, nawiązała z nimi dobry kontakt. Była wstrząśnięta tym, co zobaczyła.

Środek zabezpieczający Trybunału w Strasburgu to jest jakaś gwarancja bezpieczeństwa, ale mimo wszystko następnego dnia [w środę] dwóch naszych kolegów pojechało do placówki Straży Granicznej, żeby stwierdzić, czy zatrzymani nadal są w ośrodku. My z panią komisarz pojechałyśmy do szpitala w Hajnówce, żeby odwiedzić migrantów, w tym tę Etiopkę.

Ile migrantów i migrantek zastałyście w szpitalu?

23 osoby, w tym grupa z COVID-19. Rozmawiałyśmy z dziewięciorgiem, w tym z niepiśmienną matką, która nie wiedziała, gdzie jest jej pięcioro dzieci.

Czasami trudno się porozumieć, nie tylko ze względów językowych, bo tu można użyć automatycznego translatora, albo znaleźć tłumacza, który tłumaczy przez telefon. Rzecz w tym, że ci ludzie są w ciężkim stanie, zestresowani, nie do końca rozumieją sytuację, w jakiej się znaleźli.

Najważniejsze dla nich jest jedno: żeby nie wydawać ich na Białoruś.

Osoby, z którymi rozmawiamy na granicy, opowiadają, że funkcjonariusze białoruscy używają siły, biją, stosują terror. Jeden z naszych rozmówców powiedział, że był kilka razy rażony paralizatorem. Dlatego perspektywa kolejnego push-backu jest dla nich taką traumą. Dlatego chowają się przed Strażą Graniczną. Chcą się przedrzeć gdzieś dalej, byle mieć choć trochę poczucia bezpieczeństwa.

Bo na granicy - mówiąc popularnie - wystąpienie o azyl nie jest możliwe zwłaszcza, a nawet jak się uda - jak w przypadku tej szóstki - to nie chroni przed wypychaniem.

Właśnie. Ale muszę się jeszcze cofnąć do dziwnego zdarzenia po drodze na interwencję. Jechaliśmy w kierunku Czeremchy dwoma samochodami: my z naszymi kolegami w aucie RPO, pani komisarz w samochodzie ministerstwa spraw zagranicznych.

Nagle zatrzymuje nas Straż Graniczna i nie chce przepuścić, mimo że to normalna droga, poza strefą chronioną stanem wyjątkowym, nie ma absolutnie żadnych podstaw. Musiałam interweniować i to wysoko, u pana generała Andrzeja Jakubaszka, komendanta podlaskiej Straży Granicznej. Zareagował i strażniczka stwierdziła, że możemy dalej jechać.

Ale wtedy podchodzi policjant i oświadcza, że nigdzie nie pojedziemy, bo to on zawiaduje tym odcinkiem i nas nie przepuści.

Pytam, na jakiej podstawie. Mówi, że bez podstawy.

Każe się nam wylegitymować, okazujemy legitymacje. Tłumaczę, że my mamy nawet pozwolenie na wjazd do strefy, ale nie będziemy wjeżdżać, jedziemy sobie po ogólnodostępnej szosie. Ale w jakim celu? Po co? Nie udzielamy tych informacji, bo nie jesteśmy zobowiązani do ich udzielania.

Była to sytuacja nieprzyjemna, kompletnie niezrozumiała. Mówię panu policjantowi, że w drugim samochodzie jest komisarz praw człowieka Rady Europy, która jedzie samochodem MSZ. Policjant mówi, że nie szkodzi, on ma takie instrukcje, jakie ma.

To było niesamowite. Pan policjant jeszcze raz próbuje mnie zmusić, żebym powiedziała, dokąd jedziemy. Ponoszą go nerwy i robi się niegrzeczny. Każe nam recytować nasze nazwiska, mimo że ma w ręku nasze legitymacje.

Poczułam się na moment zaszczuta. Oczywiście przesadzam, wiadomo, że jestem z racji stanowiska w komfortowej sytuacji. Ale wyobraziłam sobie, co mogą czuć ludzie, którzy tam mieszkają, którzy są poddawani codziennie takiej właśnie presji.

Co może czuć aktywistka, która chce ratować migrantów i jest przez służby zatrzymywana, tropiona. Tak, to jest tropienie, jak..., nie chcę dokonywać porównań, ale to po prostu niewyobrażalne, te wszystkie utrudnienia, szykany, mandaty wobec wobec osób pomagających.

Społeczność lokalna też jest w dramatycznej sytuacji. Ładnie się mówi, zielone światła dla migrantów. Ale takie zielone światła powieszone na domu, to sygnał dla straży granicznej - tych bierzemy na celownik.

Wreszcie po 30 minutach policjant zadzwonił widocznie do jakichś swoich szefów i nas przepuścił.

Jak na to wszystko reagowała pani komisarz?

Była zdumiona, po prostu zdumiona.

Potem generał Jakubaszek, trzeba powiedzieć, bardzo nas przepraszał za ten incydent. Nasza współpraca z Podlaskim Oddziałem Straży Granicznej układa się dobrze, dotyczy to również wielu komendantów placówek straży granicznej. Wracając do incydentu, okazało się, że nie wiadomo, kto rządzi drogą.

Warto dodać, że funkcjonariusze w czasie wielu interwencji, których byliśmy świadkami, zachowywali się w stosunku do emigrantów w porządku. Dotyczyło to również tej szóstki migrantów we wtorek. Inaczej potraktowali aktywistów.

Dziewczynę zaczęli wypytywać, skąd ona się tam wzięła. Jak znalazła tych cudzoziemców? Wszystko już w nerwowej atmosferze.

Dziewczyna była z młodym chłopakiem, też aktywistą. Tłumaczą strażnikom, że przecież to my was zawiadomiliśmy. Włączam się: "Panowie, powinniśmy raczej podziękować, że ci młodzi ludzie ich uratowali, a nie przesłuchiwać".

I drugi moment, niezwykle znaczący. Już się żegnamy, więc proponujemy, że aktywistów gdzieś podwieziemy. Ale ona mówi, że ma tu samochód. I ruszają w głąb lasu. A za nimi... podąża strażnik. Pytam, w jakim celu.

No, nieważne, chce zobaczyć, dokąd idą.

Mówię, że nie odjedziemy dopóki funkcjonariusz nie wróci i nie dostaniemy informacji, że para aktywistów bezpiecznie dotarła do swego auta.

Dunja Mijatović o aktywistach: „Ci bezinteresowni i odważni ludzie stoją na pierwszej linii, ratując życie swoim bliźnim. Są oni jasną stronę tej dramatycznej sytuacji i powinni być wspierani zarówno przez Polskę, jak i wszystkie kraje europejskie". Mówiła też, że "ratują twarz Europy".

Postanowiłam udzielić lekcji historii młodym funkcjonariuszom i opowiedziałam, jak milicja się zachowywała w stanie wojennym 40 lat temu. Waszą rolą - mówię - jest zaopiekować się migrantami i podziękować aktywistom, którzy działają zgodnie z przepisami prawa, a nie poddawać ich kontroli i szykanom.

Pytam, dlaczego panowie zachowujecie się tak arogancko, również wobec nas. O co wam chodzi? Na szczęście na tym sprawa się zakończyła.

Mieliśmy też spotkanie w pewnej placówce Straży Granicznej, gdzie było dużo dzieci. A tam kolejna tragedia uchodźcza - samotny ojciec z pięciorgiem dzieci, żona w bardzo złym stanie w szpitalu. Dzwoniłam potem do komendanta placówki i prosiłam, żeby zawiózł tego ojca do szpitala, żeby mógł się z nią pożegnać. I żeby zadecydował, czy dzieci powinny zobaczyć mamę w takim stanie.

Takich tragedii jest wiele. W biurze rzecznika prowadzimy sprawę młodej migrantki, wielokrotnie pushbackowanej, też jest w ciężkim stanie.

To jest głęboki kryzys humanitarny, na który instytucje państwa nie są przygotowane. Bez pomocy organizacji społecznych, tej rzeszy aktywistek i aktywistów, prawniczek i prawników, medyków jak Lekarze na Granicy, sytuacja byłaby jeszcze gorsza, zupełnie tragiczna. A także bez pomocy ludności mieszkającej w strefie.

Bez społecznej pomocy ofiar byłoby znacznie więcej. My zresztą nie wiemy, ile jest ofiar. Oficjalnie - kilkanaście, ale ile ciał jeszcze nie zostało znalezionych?

Powtórzę: to straszne, że aktywistki, bo pomagają w większości dziewczyny, są szykanowane. Aktywiści opowiadali, że czują się obiektem polowania. Niektórzy mówią, że urządza się na nich łapanki.

Mamy informacje o karaniu mandatami aktywistów, jeśli wejdą w strefę stanu wyjątkowego ratując - i mają na to dowody, w tym świadków - życie migrantom, bo gdyby nie natychmiastowa pomoc, to ci ludzi by zmarli. Jakby władze nie słyszały o stanie wyższej konieczności, tylko patrzą na przekroczenie linii obszaru objętego stanem wyjątkowym!

Art. 162 kodeksu karnego zobowiązuje każde z nas do „udzielenia pomocy człowiekowi znajdującemu się w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu”. Pod sankcją 3 lat więzienia.

A oni są karani mandatami! Jest też pierwszy przypadek, że sąd nie uchylił mandatu karnego. Musimy nazwać to po imieniu: instytucje państwa traktują aktywistów jak intruzów, którzy wchodzą w miejsca, gdzie nie powinni być.

A jednocześnie państwo nie prowadzi działań humanitarnych, nie ratuje migrantów i migrantek, wręcz przeciwnie, naraża ich na dalsze cierpienia.

Pomocą dla aktywistów, straży granicznej byłaby obecność PCK, czy lekarzy działających społecznie, bo Medycy na Granicy skończyli swoją misję. Ile czasu trwała nasza walka, by PCK mogło wejść do strefy? Już się wydawało, że sprawa się odblokowała, że PCK może z nami wjeżdżać, ale dzisiaj usłyszałam, że jednak nie.

To jest przypadek nieznany na świecie, że Czerwony Krzyż nie może swobodnie wjeżdżać do miejsc katastrofy humanitarnej i udzielać pomocy.

Mijatović mówi, że "dziennikarze powinni otrzymać natychmiastowy i niezakłócony dostęp do wszystkich obszarów przygranicznych".

Niestety, na skutek odcięcia mediów opinia publiczna nie może się dowiedzieć, co tam się dzieje. To z czego mamy korzystać? Z białoruskich filmów propagandowych? To nieprawdopodobne, w jaki sposób postrzegane są nasze media, dokładnie tak jak aktywiści. Jak intruzi.

Przy granicy całe życie społeczne jest zakłócone. Mieszkańcy musieli zredukować działalność biznesową. Hotele zamknięte, restauracje zamknięte. Przewodnicy po Puszczy nie mogą pracować.

Jeszcze taki przykład: urodziny dziecka mieszkającego w strefie i okazuje się, że nie może przyjść nikt spoza strefy. Matka pyta, jak ma wytłumaczyć pięcioletniej córce, że nie zaprosi na urodziny koleżanek i kolegów. Komuś może się wydawać, że to bez znaczenia, za rok będą następne urodziny.

Ale to się dzieje dzisiaj, całe życie mieszkańców jest poddane kontroli. Idą dziewczyny po ulicy, a funkcjonariusz pyta, co mają w plecaku. Funkcjonariusz, którego o to zapytałam, użył argumentu: trzeba sprawdzić młodych z plecakami. Po co im te plecaki?

Mieliśmy z panią komisarz spotkania z wieloma aktywistami. Opowiadali nam swoje historie. Często ze łzami w oczach. Oni, one są na skraju wyczerpania nerwowego. Paradoks jest taki, że muszą ukrywać to, co robią szlachetnego, bo inaczej spotkają ich represje.

Wspomniałaś o waszej rozmowie z gen. Jakubaszkiem.

Nie chcę odnosić się do wypowiedzi pani komisarz, zresztą opublikowała dziś (19 listopada - red.) stanowisko, które wiele mówi.

Komisarz krytykuje "dehumanizującą oficjalną narrację skierowaną przeciwko migrantom i tym, którzy im pomagają". I żąda: „Praktyka push-backów musi się zakończyć natychmiast”. Tymczasem obowiązująca od 25 października ustawa daje podwładnym gen. Jakubaszka, komendantom placówek Straży Granicznej prawo wypychania migrantów na Białoruś, a Urząd do Spraw Cudzoziemców może pozostawić bez rozpoznania wniosek o udzielenie ochrony międzynarodowej.

Ja mówiłam o naruszeniach praw człowieka i że pomoc humanitarna jest źle zorganizowana, że aktywiści doznają szykan. Podkreślałam, że stosowanie push-backów stanowi naruszeni prawa międzynarodowego.

Pan generał widzi to inaczej, zwracając uwagę właśnie na te nowe regulacje prawne, które pozwalają funkcjonariuszom straży granicznej na zawracanie migrantów do linii granicy.

Niestety, migranci są zdezorientowani co do istniejącej procedury. Nie mają możliwości złożenia skutecznego zażalenia, zwłaszcza że postanowienie podlega szybkiemu wykonaniu.

Widzieliśmy postanowienia, które są wydawane przez komendanta placówki o natychmiastowym opuszczeniu terytorium. I zakazie wjazdu przez trzy lata na cały obszar Schengen. To oznacza po prostu push-back, choć pan generał nie używa tej nazwy, mówi o "opuszczeniu terytorium".

Zapytaliśmy, co może wstrzymać taką decyzję. Odpowiedział, że względy humanitarne, kiedy są np. rodziny z dziećmi. I złe warunki meteorologiczne. Mówiłam, że znane nam przypadki tego nie potwierdzają.

Zasada tzw. non-refoulement (niezawracania) jest potwierdzona w Traktacie o funkcjonowaniu Unii Europejskiej (art. 78 ust. 1), a także w art. 18 i 19 Karty praw podstawowych UE. "Zabrania się zawracania uchodźców narażonych na ryzyko prześladowania. Zasada ta obejmuje również osoby ubiegające się o azyl do chwili wydania ostatecznej decyzji".

Właśnie. Stosowana praktyka łączy się z zagrożeniem, że osoby zawracane na terytorium Białorusi mogą być tam narażone na tortury. Mamy na ten temat wiele przekazów i dlatego uważamy, że tak postępując świadomie skazujemy te osoby na wielkie niebezpieczeństwo utraty zdrowia, a czasami i życia.

W oświadczeniu pani komisarz stwierdza też, że "odesłanie tych ludzi na granicę doprowadzi do jeszcze większego cierpienia i większej liczby zgonów. Każda noc i każda godzina spędzona na pograniczu oznacza realne zagrożenie dla ich życia".

Wśród migrantów są oczywiście osoby, które nie będą podlegały ochronie międzynarodowej. Jeżeli nie ma podstaw, to należy je w cywilizowany sposób odesłać do kraju pochodzenia, pod warunkiem, że nie są to państwa niebezpieczne, że nie ma tam wojny, że nie grozi im niebezpieczeństwo.

Zastanawiam się, dlaczego nie możemy rozwiązać problemu tych kilku tysięcy osób zgodnie z normalną procedurą. Nasi niemieccy partnerzy mówią, że sprawa migracji nie jest tam problemem politycznym, społecznym, działają według procedur.

Komisarz Mijatović uważa, że "sytuacja humanitarna jest alarmująca, konieczne jest podjęcie natychmiastowych działań, by ratować życie ludzi zablokowanych przy granicy. By chronić ich godność i prawa człowieka".

Nie ulega wątpliwości, że doświadczenie pani Komisarz jest bardzo zdecydowane i ważne. Ona była na granicy w Grecji, we Włoszech, sama jest z Sarajewa. Szerokie spojrzenie europejskie pozwala jej lepiej ocenić sytuację w Polsce.

Byliśmy też z panią komisarz na sesji rady miejskiej w Michałowie i spotkaliśmy się z burmistrzem, przewodniczącą rady miejskiej. Bardzo dobre spotkanie, wspaniali ludzie. Opowiadali o roli swojego samorządu, który robi co może, by pomóc migrantom. Ale jak burmistrz zaprosił 16 samorządów do współpracy, to tylko dwa się zgłosiły. Reszta się boi. Tam unosi się strach przed państwem.

Na koniec opowiem bardziej pozytywną historię. Jeden z komendant placówki straży granicznej ma u siebie wielu migrantów, dla których przygotował dużą, ładną salę konferencyjną, rozłożył materace, żeby mieli przestronnie, żeby mieli światło, po ludzku.

Komendant otworzył magazyn, pokazał nam, ile tam ma ubrań i produktów. Pomogliśmy mu rozdać najpilniej potrzebne rzeczy dla osób przebywających w placówce, znalazł się nawet smoczek dla niemowlęcia.

Trzeba było zobaczyć radość tych ludzi. To była odrobina normalności. Zresztą tego komendanta migranci bardzo wychwalają. Widzieliśmy jak przeżywał informację o dramatycznym stanie zdrowia jednej z migrantek. Jaką troskę wykazywał o dzieci. Tacy ludzie w mundurach też są na granicy.

*Hanna Machińska, prawniczka i nauczycielka akademicka w Uniwersytecie Warszawskim, doktor nauk prawnych. W latach 1991–2017 dyrektorka Biura Rady Europy w Warszawie, od 2017 zastępczyni rzecznika praw obywatelskich.

Udostępnij:

Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne