15 stycznia 2021

Kto ma serwery, ten ma władzę. Koniec bajki o "niepolitycznych" cyberkorporacjach

Neutralność platform takich jak Facebook była szkodliwym pozorem. Zablokowanie Trumpa w mediach społecznościowych kończy z tą fikcją. Co nas czeka teraz?

Dominującą reakcją na zawieszenie kont na Facebooku, Instagramie i Twitterze nadal jeszcze urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa – najpierw tymczasowe, po kilkudziesięciu godzinach już na stałe – było stwierdzenie, że to zbyt mało i zbyt późno.

Jednak wbrew tej obiegowej opinii jest to krok radykalny. Zwiastuje zasadniczą zmianę faktycznej roli, jaką pełnią media społecznościowe, które jeszcze przed chwilą odżegnywały się od jakichkolwiek prób cenzury w imię niczym nieposkromionej wolności słowa.

Po pierwsze, dlatego, że cyberkorporacje same coraz odważniej wchodzą w buty arbitrów. Po drugie, dlatego, że instytucje państwowe i międzynarodowe mają coraz większą motywację, żeby platformy – również społecznościowe – uregulować.

Decyzję podejmij sam

"Broń boże, żadnej redakcji, przecież nie jesteśmy wydawcami!" - to zdanie było do niedawna mantrą mediów społecznościowych, z Facebookiem na czele.

Nie dalej jak w październiku 2019 roku Mark Zuckerberg w trakcie swojego wykładu na Uniwersytecie w Georgetown deklarował, że medium nie będzie usuwać celowo wprowadzających w błąd reklam politycznych, ponieważ nie będzie odbierać obywatelom prawa do autonomicznej decyzji na temat ich prawdziwości.

W klasycznym liberalnym amerykańskim duchu Zuckerberg przekonywał, że postawił na człowieka – konkretnie: użytkownika – i jego indywidualny wybór.

Jednak była to tylko część prawdy o działaniach Facebooka.

Po poprzednich wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych - które odbyły się w 2016 roku i po których na media społecznościowe spadło odium szerzycieli dezinformacji, rzecz jasna w imię zysków (nie tylko własnych, vide: skandal Cambridge Analytica) - Facebook ogłosił stworzenie specjalnych paneli użytkowników. Ci mieli oceniać wiarygodność treści publikowanych w tym medium społecznościowym.

Kryteria tych paneli od początku były niejasne, od doboru członków po kryteria oceny postów, niemniej miały one stanowić coś na podobieństwo redakcji, tyle, że oddolnych – to nie wyspecjalizowani moderatorzy Facebooka decydują, co jest wiarygodne, a co nie, ale jego użytkownicy. Pomysł, potencjalnie interesujący, ale nieprzemyślany, okazał się umiarkowanym sukcesem.

Kolejnym krokiem było pojawienie się przy linkach publikowanych na Facebooku krótkich informacji o źródle, w dalszym ciągu w duchu oddolnej współpracy zaczerpniętym z Wikipedii. Niedługo potem na Twitterze pojawiły się oznaczenia dotyczące tweetów podających podejrzane informacje. O ile Facebook zaczął podpierać się internetową encyklopedią i przez jakiś czas współpracował nawet z portalem fact-checkingowym Snopes, Twitter ograniczył się do oznaczania wątpliwych postów, pozostawiając użytkownikom ostateczną decyzję co do ich oceny.

Obydwie platformy wymieniane jedynym tchem przy okazji niedawnych wydarzeń na Kapitolu, miały w gruncie rzeczy podobną strategię: patrz na to, co pokazują ci nasze algorytmy i podejmij decyzję, czy nie jest to wyssane z palca.

Wolność słowa ważniejsza od bezpieczeństwa?

Dobrze jednak pamiętać, że amerykańskie prawo telekomunikacyjne, a w szczególności część 230(c)(2) tzw. ustawy o komunikacyjnej przyzwoitości (Communications Decency Act) z 1996 roku głosi, że nie można pociągnąć do odpowiedzialności dostawcy ani użytkownika usług komputerowych, w dobrej wierze ograniczającego dostęp do treści, które uważa za obsceniczne, lubieżne, nadmiernie agresywne, nękające czy w inny sposób budzące sprzeciw, niezależnie od tego, czy treści te są pod ochroną konstytucji.

Innymi słowy, wedle amerykańskiego prawa te amerykańskie platformy mają narzędzia do usuwania treści „w dobrej wierze”, jednak do tej pory nie czyniły tego zbyt gorliwie, zasłaniając się pierwszą poprawką do amerykańskiej konstytucji.

Pierwsza poprawka została uchwalona w 1789 roku jako część karty Praw - zbioru pierwszych dziesięciu poprawek do amerykańskiej konstytucji (1787). Poprawka zakazuje ograniczania wolności religii, prasy, słowa, petycji i zgromadzeń.

"Kongres nie ustanowi ustaw wprowadzających religię lub zabraniających swobodnego wykonywania praktyk religijnych; ani ustaw ograniczających wolność słowa lub prasy, lub naruszających prawo do pokojowych zgromadzeń i wnoszenia do rządu petycji o naprawę krzywd".

Głównym argumentem za niemoderowaniem treści w mediach społecznościowych jest zatem wolność słowa.

Jednocześnie nie od dziś wiadomo, że media społecznościowe stanowią doskonałe narzędzie o globalnym zasięgu do propagowania terroryzmu i przemocy, od grup neofaszystowskich po entuzjastów czystek religijnych i etnicznych – z walną pomocą WhatsAppa, należącego do Facebooka komunikatora.

Do niedawna umożliwiał on natychmiastowe przekazywanie wiadomości 256 osobom, które w swoich grupach również mogły mieć do 256 osób. W kilka sekund wiadomość mogła więc trafić do ponad 65 tysięcy osób.

W praktyce okazuje się, że paragrafy o podżeganiu do przestępstwa mają mniejszą moc niż wolność wyrażania poglądów.

Zyski z dezinformacji

Innym paradoksem, który ujawnia się z całą mocą w mediach społecznościowych, jest różnica między społecznym i prawnym statusem celowej dezinformacji. Przykładowo, polski kodeks karny mówi o oszustwie jako nielegalnym sposobie osiągnięcia korzyści majątkowej lub o podstępie wykorzystywanym do gwałtu i rozboju, ale co z korzyścią polityczną, czyli podstępie prowadzącym do wyborczej wygranej i sprawowania władzy? Demokracja ma bronić się sama mocą obywateli, a nie sankcji karnych.

Skoro regulacje umożliwiające usuwanie treści istnieją, pozostaje pytanie dlaczego media społecznościowe, na czele z Facebookiem, dotychczas tak skromnie z nich korzystały?

Według firmy badawczej Borrell Associates wydatki na amerykańską prezydencką kampanię wyborczą w mediach społecznościowych w 2020 roku wyniosły prawie 3 miliardy dolarów i były ponad dwukrotnie wyższe niż w 2016 roku. Dla porównania, wszystkie wydatki na reklamy polityczne w Stanach Zjednoczonych w telewizji, radiu i internecie w latach 2019-2020 wyniosły około 8,5 miliarda dolarów.

Patrząc jeszcze szerszej, wydatki na reklamę w amerykańskich mediach społecznościowych w zeszłym roku wyniosły ogółem blisko 98 miliardów dolarów, więc 3 „polityczne” miliardy to nikły procent dochodów tych platform. Decyzja szefa Twittera Jacka Dorseya - jeszcze z 2019 roku - o niepublikowaniu reklam politycznych na Twitterze, choć symbolicznie znacząca, prawdopodobnie więc nie uderzyła firmy znacząco po kieszeni.

Skoro nie (bardzo) chodzi o pieniądze z polityki, może zatem Mark Zuckerberg nie chce cierpieć redakcyjnych katuszy, brać odpowiedzialności za decyzje, które trudno uznać za czysto techniczne?

Pozorna neutralność

Facebook odsuwa arbitralne decyzje w imię pozornej neutralności – choć nastawionej na zysk, więc jednak nie do końca neutralnej. Stawia na techno-solucjonizm algorytmów, które jednak tworzone są przez ludzi, a ci mają poglądy. Stawia na przepracowanych, niedofinansowanych oraz psychicznie i fizycznie wycieńczonych moderatorów, którzy wbrew idei neutralności treści najbardziej drastyczne usuwają, choć kryteria tych decyzji pozostają niejasne.

Niezależnie jednak od motywacji twórcy Facebooka, Chris Wylie, whistleblower z Cambridge Analytica podkreśla, że zapewnianie wolności słowa to jedno, ale sztuczne wzmacnianie widoczności treści to zupełnie co innego, a neutralność platform takich jak Facebook to szkodliwy pozór.

I kto tu jest republiką bananową?

Wojna o (a)polityczność mediów społecznościowych trwa. Na froncie walki konserwatyści biją się o wolność wypowiedzi, progresywiści o prawo do bezpiecznej sfery publicznej, a media społecznościowe o zyski.

Regulatorzy póki co straszą karami, ale najnowszym politycznym pomysłem jest traktowanie platform społecznościowych jak przedsiębiorstw użyteczności publicznej. Skoro twierdzą, że spełniają podstawową społeczną potrzebę, niech podlegają prawom na miarę tych, jakich muszą przestrzegać dostawcy prądu czy firmy obsługujące transport zbiorowy.

Dlaczego Donalda Trumpa pozbawiono jego narzędzi do bezpośredniej komunikacji, której był ewidentnym mistrzem? Bezpośrednią przyczyną stanowiły – również zapośredniczone przez media – obrazki szturmu tłumu wyznawców teorii spiskowych na waszyngtoński Kapitol. Nagle zdjęcia typowo przypisywane odległym i dzikim „republikom bananowym” okazały się niebezpiecznie swojsko amerykańskie.

Natychmiast odezwały się też głosy sprzeciwu.

„To nie jest to, kim jesteśmy,” uspokajał prezydent-elekt Joe Biden, ale nie wszyscy są przekonani. Jednak innym powodem zdeaktywowania kont Trumpa mógł być fakt, że ten odchodzący w niesławie przywódca mimo wszystko nadal mocarstwa demokratycznego świata był już na tyle słaby, że można mu było te narzędzia bez strachu przed Twitterową vendettą odebrać.

Kto ma serwery, ten ma władzę

Na koniec, ciekawym post scriptum tej polityczno-internetowej układanki jest przypadek zamknięcia prawicowego portal Parler. Z mocnym alt-rightowym skrętem miał stanowić przeciwwagę dla „liberalnego” i „cenzurującego” Facebooka.

Kilka dni temu to alternatywne medium społecznościowe zostało zdjęte z serwerów Amazona, a także ze smartfonowych sklepów Apple i Google. Póki co nie ma chętnych na hostowanie Parlera, chociaż zapewne niebawem się znajdą, na przykład Epik, znany z utrzymywania na swoich serwerach treści od alt-rightowych po neonazistowskie.

Co z tego wynika? Kto ma serwery, ten ma władzę.

Udostępnij:

Helena Chmielewska-Szlajfer

Socjolożka, adiunkt w Akademii Leona Koźmińskiego, Visiting Fellow w London School of Economics and Political Science, doktorat obroniła w The New School for Social Research. Autorka m.in. „Reshaping Poland’s Community after Communism: Ordinary Celebrations" (Palgrave 2019). Bada codzienne praktyki demokratyczne oraz politykę w internetowych tabloidach w Polsce, Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne