Prawica oskarżyła min. Radziwiłła, że jego konkurs na zajęcia o zdrowiu prokreacyjnym to wprowadzanie do szkół "ideologii gender". Minister broni się, że żadnej edukacji seksualnej w szkołach nie będzie. I ma rację. To dramat, bo młodzież pozostaje bez rzetelnej wiedzy. O poprawę edukacji seksualnej od lat apelują polskie i międzynarodowe organizacje

Awanturę o „gender Radziwiłła” rozpętało stowarzyszenie Rodzice Chronią Dzieci, znane z tropienia „seksualizacji najmłodszych” przez edukatorów, np. z grupy Ponton. Straszą „ideologią gender”, „promocją LGBT” oraz „permisywną edukacją seksualną”.

Tym razem winny deprawacji dzieci okazał się PiS.

Portal stop-seksualizacji.pl z oburzeniem ogłosił, że Radziwiłł przeznaczył 9 mln zł na wprowadzenie „seksedukatorów” do szkół. Za plecami rodziców, dyrektorów szkół, a nawet MEN.

Chodzi o ogłoszony w styczniu 2017  przez ministra konkurs na organizację „konferencji i spotkań edukacyjnych popularyzujących wiedzę o zdrowiu prokreacyjnym, których głównym celem jest podnoszenie wśród uczniów szkół średnich świadomości na temat niepłodności”.

Postawiony pod pręgierzem gender Radziwiłł uspokajał wpolityce.pl:


Żadnej edukacji seksualnej w szkołach za pieniądze ministerialne nie będziemy prowadzić. Takiego planu nie było i nie ma.

Konstanty Radziwiłł, -

Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Gazeta


Takie działanie byłoby sprzeczne z ideologią, którą kieruje się minister.


Ma rację, niestety. Program „poprawy zdrowia prokreacyjnego” to rzeczywiście zachowawczy pomysł propagowania skrajnie konserwatywnych poglądów na temat życia seksualnego. Ani słowa o antykoncepcji (poza kalendarzykiem), ani o in vitro, którego minister osobiście nienawidzi, i jasne cele: przyspieszyć decyzje prokreacyjne i zachęcić do zakładania rodziny. Daleko do standardów edukacji seksualnej w normalnym tego słowa znaczeniu.



Promocja prokreacji (bez seksu)

W ogłoszeniu konkursowym ani razu nie pada słowo „seks”. Resort zdrowia wychodzi na przeciw problemowi „niepłodności” i znajduje sposób, by o seksie nie mówić.

Obawy organizacji prawicowych są bezpodstawne. Nie ma mowy o dowolności w prowadzeniu zajęć. Scenariusze opracuje Ministerstwo Zdrowia, a zestaw tematów jest skrupulatnie przygotowany. Obejmuje:

  • definicję niepłodności, przyczyny, metody diagnozy, sposoby leczenia;
  • czynniki ryzyka wpływające na niepłodność (wiek, palenie tytoniu, alkohol, używki, otyłość, zła kondycja psychiczna, choroby lub nieprawidłowości układu rozrodczego);
  • planowanie rodziny (aspekty medyczne planowania rodziny, w tym obserwacja cyklu miesiączkowego, zdrowie i higiena partnerów, przebieg ciąży, aspekty społeczne i ekonomiczne);
  • choroby przenoszone droga płciową (m.in. HIV, WZW C, chlamydia), sposobów ich przenoszenia, objawów, metod diagnostycznych oraz metod leczenia
  • profilaktyka (podkreślenie istotności regularnych badań profilaktycznych m.in. w zakresie onkologii),
  • aspekt społeczny i psychologiczny (dojrzewanie, macierzyństwo, relacje społeczno-kulturowe w rodzinie i społeczeństwie).

Resort zdrowia jasno deklaruje, że – wbrew międzynarodowym zaleceniom – nie zamierza zapewnić dzieciom i młodzieży w Polsce kompleksowej wiedzy o seksualności, antykoncepcji, świadomego rodzicielstwa i zdrowia.

Niczego nowoczesnego nie wróży też zmiana podstawy programowej.  Przygotowanie standardu „Wychowania do życia w rodzinie”  MEN powierzył ekscentrycznej prof. Urszuli Dudziak – teolożce, instruktorce naturalnego planowania rodziny, publicystce „Naszego Dziennika” i recenzentce podręczników WDŻ.

Ekspertka Zalewskiej uważa m.in., że stosowanie antykoncepcji to wyraz niedojrzałości.

Zobowiązania międzynarodowe

Orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka jednoznacznie wskazuje, że programy nauczania o życiu seksualnym powinny przekazywać treści w sposób obiektywny, tj. nienacechowany światopoglądowo, krytyczny i uwzględniający pluralizm. Programy, które nie uwzględniają wielości poglądów są niezgodne z prawem.

Już w 2014 roku komitet ONZ ds. Likwidacji Dyskryminacji Kobiet (CEDAW) apelował do Polski o wywiązanie się z międzynarodowych zobowiązań. Zalecał: „wprowadzenie obowiązkowej, wszechstronnej i dostosowanej do wieku edukacji o zdrowiu reprodukcyjnym i seksualnym jako stałego punktu programu nauczania w szkołach. Edukacja powinna objąć takie kwestie jak odpowiedzialne zachowania seksualne, zapobieganie ciążom w młodym wieku i chorobom przenoszonym drogą płciową. Zajęcia powinny prowadzić odpowiednio przeszkoleni nauczyciele i nauczycielki”.

Głos zabierały też: Komitet Praw Człowieka, Komisarz Praw Człowieka Rady Europy oraz Komitet Praw Gospodarczych, Społecznych i Kulturalnych. Instytucje apelowały o wprowadzenie nauczania o seksualności:

  • obowiązkowego i wszechstronnego;
  • naukowego i opartego na dowodach;
  • dostosowanego do wieku;
  • w równym stopniu dostępnego dla kobiet i mężczyzn;
  • prowadzonego w ramach zajęć szkolnych oraz przez zewnętrznych edukatorów;
  • wzbogaconego o program zdrowia reprodukcyjnego.

Niskie standardy edukacji seksualnej

badań prof. Zbigniewa Izdebskiego nad seksualnością Polaków w 2017 roku wynika, że brak społecznego przyzwolenia na edukację seksualną to mit. 76 proc. badanych jest za prowadzeniem takich zajęć w szkołach. Mimo to takiej nowoczesnej edukacji nie ma, nie było jej zresztą także za poprzednich rządów. Szkoły i resort zdrowia w pewnym stopniu wyręczają organizacje pozarządowe.

Rzecznik Praw Obywatelskich w liście do Ministra Zdrowia o EllaOne (wprowadzenia antykoncepcji awaryjnej na receptę) zwracał uwagę, że zgodnie z ustawą o planowaniu rodziny prowadzenie zajęć z wiedzy o życiu seksualnym jest obligatoryjne. Jednak  jak pokazał rządowy raport z jej realizacji w 2012 r. zajęcia są kiepskie, a udział w nich spada wraz z wiekiem uczniów.

Frekwencja w szkołach podstawowych na zajęciach „o tych rzeczach” wynosi ponad 70 proc., w gimnazjach niespełna 50 proc., a w liceach 36 proc.

Badanie Federacji na Rzecz Planowania Rodziny pokazuje, jak trudny jest dostęp młodzieży do rzetelnej i obiektywnej wiedzy. W wywiadach uczniowie opowiadali, że nauczyciele/ki mówią o seksie z zażenowaniem – „rumienią się”. Brakuje informacji o antykoncepcji czy chorobach przenoszonych drogą płciową.

Zajęcia są nieobiektywne i niestandaryzowane, nauczyciele odwołują się do „osobistych doświadczeń seksualnych” oraz do swoich poglądów. Stygmatyzowane są: seks nie służący prokreacji, homoseksualność oraz aktywność seksualna dziewcząt.

Zajęcia WDŻ (Wychowanie do Życia w Rodzinie) są na ostatnim miejscu na liście źródeł wiedzy młodzieży na temat inicjacji seksualnej, dojrzewania i antykoncepcji. Młodzi ludzie szukają informacji w internecie, a głównym źródłem wiedzy o seksie staje się pornografia.

PiS raczej nie wspiera gender

Portal wpolityce.pl broni  partię rządzącą przed stowarzyszeniem Rodzice Chronią Dzieci. Przypomina, jak Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej poinformowane przez Stowarzyszenie Rodzin Wielodzietnych o próbie „ideologizowania dzieci” w szkołach podczas warsztatów antyprzemocowych, natychmiastowo rozwiązało umowę z krakowską Fundacją Autonomia (bez żadnej podstawy prawnej).

Gdy w czerwcu 2016 r. ogłoszono konkluzje rady UE ws. równouprawnienia osób LGBTI, media takie jak Fronda zarzuciły Wojciechowi Kaczmarczykowi, wówczas pełnomocnikowi ds. równego traktowania, że „płynie w głównym nurcie” i  wspiera środowiska homoseksualne. Kaczmarczyk „wyszedł z twarzą”, tłumacząc:

„Rząd polski potwierdził respektowanie na terenie Rzeczypospolitej swojego prawa i nie wkraczanie z działaniami przez Komisję Europejską na teren kraju bez zgody polskich władz.”

Na żądanie Polski do dokumentu wprowadzono zapis o „respektowaniu praw narodowych poszczególnych krajów członkowskich, ich kompetencji w zakresie praw człowieka i w zakresie dotyczącym rodziny”.


Abonament na wolność słowa!

lub

Przez przelew tradycyjny lub PayPal

Popularne:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym