Kreml zaczął straszyć najazdem na kraje bałtyckie i atakami na europejskie fabryki produkujące drony dla Ukrainy. Może być to ruch propagandowy, odwrócenie uwagi od pogarszającej się sytuacji Rosji. Ale może też miotający się reżim rzeczywiście szuka nowej wojny, by ukryć konsekwencje starej?
O tej porze roku w Rosji powinniśmy już być atakowani opowieściami o przygotowaniach do wielkiej defilady z okazji kolejnej rocznicy wielkiego zwycięstwa („wielikoj pobiedy”) 9 maja 1945.
Nie ma o tym jednak mowy.
Chodzą słuchy, że defilady na Placu Czerwonym w Moskwie może w ogóle nie być. A na pewno nie będzie pokazu lotniczego. Ukraińskie drony za bardzo zagrażają Moskwie, by na coś takiego się porwać.
Wygląda też na to, że obchody „pobiedy” sprzed 82 lat przestały się Rosjanom dobrze kojarzyć. Władze ostrzegły bowiem, że za profanację symbolu zwycięstwa – złoto-czarnej tzw. wstążki św. Jerzego, którą o tej porze roku „aktywiści” wmuszają przechodniom – grozi do trzech lat więzienia.
Tymczasem innej pobiedy Putin nie ma.
16 kwietnia rosyjska telewizja w materiale poświęconym „upadkowi szczątków dronów” w czarnomorskim porcie Tuapse (zginęły dwie osoby) podzieliła się z widzami komentarzem, że ukraińskie ataki na rosyjskie instalacje służące do eksportu ropy przez Morze Czarne trwają „dzień w dzień”. Z tego powodu 19 kwietnia władze odwołały letnie obozy dla młodzieży w Saratowie nad Wołgą.
Informacji stawiających włosy na głowie przybywa w tempie, w którym odbiorca nie zdąża się do tego przyzwyczaić. Spadają wskaźniki makroekonomiczne, wala się dachy, powodzie niszczą państwo, a pomoc poszkodowanym nie przychodzi.
Chciałam zrobić z tego mały wybór, ale okazał się, mimo starań, obszerny – zostawiam go więc w części rozwijanej, dla Czytelniczek i Czytelników, którzy mają więcej czasu:
Pokreślmy: są to tylko informacje oficjalne. Naprawdę musi być gorzej, skoro władza blokuje wymianę informacji między ludźmi. Internet mobilny jest wszędzie spowalniany, a jeśli ktoś chce obostrzenia obejść przy pomocy VPN, to wtedy nie może korzystać z usług „legalnych” – w tym banków czy stron rządowych.
Moskwa ujawnia, że spadło zaufanie do Putina. To są dane oficjalne, więc też trzeba je traktować ostrożnie. Naprawdę musi być gorzej. Wykres pokazuje jednak, jak do kwietnia 2026 Putin wyczerpał cały społeczny zapał, jaki wywołała napaść na sąsiedni kraj i nadzieja na wzbogacenie się jego kosztem.
Blogerzy, a nawet „korespondenci wojenni” i propagandyści pozwalają sobie teraz w komentarzach na wątpliwości, czy wojnę w Ukrainie uda się wygrać. Moskwa próbuje to kanalizować. Do oficjalnego obiegu weszła m.in. wiadomość, że rezydująca w Monaco rosyjska blogerka Bonia zwróciła się do Putina z apelem, by coś zrobił, bo ludzie się go boją, on sam zaś jest wprowadzany w błąd przez podwładnych co do prawdziwej sytuacji Rosji (klasyczny „dobry car i źli bojarzy”). Kiedy wieść o apelu już się rozeszła, rzecznik Putina ogłosił (17 kwietnia), że to nieprawda, że Putin czegoś nie wie: „Putin jest głową państwa, a jego uprawnienia obejmują najszerszy zakres zagadnień będących na porządku dziennym” (klasyczny „wielki przywódca, który widzi dalej niż zwykli ludzie”).
Po klęsce Orbána na Węgrzech pojawiły się w oficjalnym przekazie analizy objaśniające, dlaczego do tego doszło. Zostawiam dla zainteresowanych jedną z nich, bo wystarczy tu zastąpić Orbána Putinem i uzyskamy obraz Rosji. A propaganda to jednak puściła, co też pokazuje stan umysłów w Rosji.
W Rosji nadzieja, że to się wszystko nie zawali, oparta jest na zakładzie z losem, że wcześniej zawali się wspierająca Ukrainę Europa. Bo nie będzie miała ropy z Bliskiego Wschodu. Wtedy zaś osłabiony katastrofa w Iranie Trump zaakceptuje „porozumienie w Anchorage”, czyli oda tyle wschodniej Ukrainy Rosji, ile ta sobie życzy. I podporządkuje rząd w Kijowie Moskwie.
Czas jednak biegnie, obietnica katastrofy Europy się nie ziściła, do tego wybory przegrał Orbán.
Trzeba też zaznaczyć, że o ile sytuacja na froncie w Ukrainie się nie zmienia, za to zmienia się narracja o nim. Opowieści o zdobywaniu kolejnych ruin zostały zastąpione reportażami o „wyruszaniu na front”. Czyli na obszar śmierci kontrolowany przez drony.
18 kwietnia propaganda doniosła o innowacyjnej formie niesienia duchowej pomocy znajdującym się w tej strefie. Otóż
śmigłowiec Mi-8, w asyście śmigłowca szturmowego Ka-52, z popem na pokładzie i świętym obrazem,
przelatuje nad tym obszarem, a pop się modli „za zwycięstwo”. Naszywa się to „powietrzną modlitwą”.
Ponieważ od dawna nie ma mowy o tym, że „prodwigajemsia wpieriod” (idziemy do przodu), informacja z 19 kwietnia o wybudowaniu stałej przyfrontowej podziemnej cerkwi, w której bezpiecznie można modlić się za pobiedę, nie zdumiewa. „Teraz, o każdej porze dnia, przed lub po zakończeniu misji bojowych, żołnierze mogą przyjść tutaj, aby się pomodlić, przyjąć komunię, zapalić świeczkę za swoich towarzyszy lub znaleźć chwilę spokoju” – poinformował w oficjalnym komunikacie rosyjski MON.
W kontekście tych właśnie wydarzeń Moskwa zaczęła grozić Europie atakami. Są to inne groźby od tych, które padały jeszcze jesienią – że Putin użyje swoich superbroni do zniszczenia świata. Tamte groźby były kierowane do USA.
Teraz celami ataków mają być mniejsze europejskie państwa i zakłady przemysłowe w całej Europie. Zgodnie z mapką pokazaną w telewizji:
16 kwietnia rosyjski MON ogłosił, że zna europejskie porozumienie w sprawie wsparcia dla dronowej obrony Ukrainy i opublikował listę fabryk, gdzie zdaniem Rosji taka produkcja dla Ukrainy trwa w Europie. Jastrząb Dmitrij Miedwiediew od razu dodał, że lista ta to uzasadnione cele dla Rosji. A telewizja dodała, że atak jest możliwy, gdyż NATO już praktycznie nie istnieje i Rosji nie grozi atak odwetowy.
Kolejnego dnia propaganda Kremla poinformowała widzów dziennika TV „Wiesti”, że „Europą wstrząsnęło” to, co ogłosiła Rosja. Prawda jest jednak taka, że tylko czeski MSZ zażądał od Rosji wyjaśnień. Europejczycy w tym czasie ogłaszali kolejne porozumienia w sprawie wsparcia w produkcji dronów dla Ukrainy.
Na co agencja RIA Nowosti ujawniła (18 kwietnia), że polski eksport dronów na Ukrainę wzrósł prawie sześciokrotnie w latach 2023-2025.
Z komunikatem rosyjskiego MON problem jest taki, że jak na grożenie światu wojną, jest on na niskim szczeblu. Groźby Miedwiediewa też nie są traktowane poważnie, bo Miedwiediew piąty rok nic innego nie robi, tylko grozi światu zagładą. Za to rzecznik Putina powiedział, że nie ma w tej sprawie nic więcej do dodania. Bo wiadomo, że „bezpośrednie zaangażowanie tych krajów w konflikt, w wojnę wokół Ukrainy, rośnie”.
Także 19 kwietnia w sztandarowym, wskazującym główne kierunki propagandy niedzielnym programie „Wiesti niedieli” materiał o dronach z Europy był dopiero pod koniec pierwszej godziny programu (wcześniej trzy kwadranse poświęcono katastrofie Trumpa w Iranie). Niemniej prowadzący Dmitrij Kisielow powtórzył: Europa traci swój neutralny status w konflikcie Ukrainy i Rosji. I za chwilę „żadna Ukraina jej nie pomoże” (to ostatnie zdanie pokazuje, jak zmienił się status Ukrainy w rosyjskim przekazie: Ukraina jest teraz samodzielnym aktorem, a nie pachołkiem Zachodu).
Można by z tego wnosić, że groźby te produkowane są przez przestraszony reżim na użytek wewnętrzny – by wzmocnić narrację o tym, że „niewinna Rosja” musi się bronić przed „całym Zachodem”. Ukraińskie ataki – dronowe i rakietowe – są teraz dla Rosji naprawdę dotkliwe. Propaganda stara się objaśnić poddanych Putina, że szkód nie wyrządza Ukraina. Bo przecież jest słaba i tak naprawdę nie istnieje. To Europa ostrzeliwuje Rosję, więc Rosja zaraz Europie oda.
Nie jest to jednak jedyna groźba. Bo poza tym Moskwa zaatakowała (słownie) Estonię i Łotwę. A to dlatego, że Rosja nie jest w stanie ochronić swoich bałtyckich portów naftowych. Obwód leningradzki co rusz ogłasza alarmy dronowe i rakietowe. Porty w Ust-Łudze i Primorsku płonęły kilka razy. I to w momencie, gdy ceny na ropę rosły, więc Rosja mogłaby podreperować swój budżet.
Część atakujących dronów obrona radioelektroniczna spychała jednak na teren Estonii i Łotwy oraz Finlandii. Moskwa domagała się od tych krajów ostrego potępienia Ukrainy, a nawet użycia art. 5 NATO, skoro kraje NATO zostały „zaatakowane przez ukraińskie drony”. Bo te drony w kremlowskiej narracji są zdecydowanie ukraińskie.
Tymczasem nie ma o tym mowy, bo przecież drony nie spadłyby w krajach NATO, gdyby Rosja nie napadła Ukrainy.
Teraz więc pojawiły się kolejne groźby: skoro Estonia, Łotwa i Finlandia nie reagują, a część dronów atakujących Rosję wlatuje w ich przestrzeń, to Rosja ma prawo te kraje zaatakować.
Jest tego coraz więcej i więcej.
„Udostępnienie przez państwa bałtyckie i Finlandię przestrzeni dla ukraińskich dronów szturmowych atakujących rosyjskie porty bałtyckie oznacza bezpośredni udział państw NATO w atakach na terytorium i infrastrukturę Rosji” – stwierdził Nikołaj Patruszew, „doradca prezydenta Rosji i przewodniczący Kolegium Marynarki Wojennej” (13 kwietnia).
„W ostatnim czasie coraz częściej dochodzi do ataków ukraińskich dronów na Rosję z terytorium Finlandii i państw bałtyckich. W rezultacie cierpią cywile, a infrastruktura cywilna zostaje poważnie uszkodzona” – podkreślił były szef MON a obecnie sekretarz Rady Bezpieczeństwa Rosji Szojgu (16 kwietnia). I dodał, że Rosja ma prawo do napaści: „Zgodnie z prawem międzynarodowym wchodzi w życie artykuł 51 Karty Narodów Zjednoczonych, który stanowi o niezbywalnym prawie państw do samoobrony w przypadku zbrojnego ataku”.
14 kwietnia Duma państwowa przyjęła w pierwszym czytaniu ustawę uprawniającą Putina do użycia wojska za granicą do obrony aresztowanych tam Rosjan („jeżeli decyzje i działania organów zagranicznych i międzynarodowych są sprzeczne z interesami i podstawami rosyjskiego porządku publicznego”).
„Sytuację można określić jako bardzo napiętą. Obserwujemy wzmożoną militaryzację gospodarki w krajach bałtyckich i Polsce, wzmożone prace militarne oraz rozwój potencjału mobilizacyjnego terytoriów krajów bałtyckich i Polski. Niestety, niedawno zarówno Polska, jak i kraje bałtyckie wycofały się z Konwencji o zakazie stosowania min lądowych, a na wschodnich granicach tych państw powstają nowe fortyfikacje. Muszę przypomnieć, że właśnie tak wyglądały wydarzenia w przededniu II wojny światowej” – stwierdził 15 kwietnia Siergiej Naryszkin, dyrektor Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji.
„To dobrze, że nikt na Zachodzie nie rozumie, gdzie leżą »czerwone linie« Rosji”
– ogłosił szef MSZ Rosji Ławrow 18 kwietnia.
„My (Rosjanie – red.) potrafimy znosić cierpienie. Mówimy: »Bóg cierpiał i nakazał nam to samo«. Ale kiedyś cierpliwość się kończy. I uważam to nawet za coś dobrego. Bo nikt nie wie, gdzie przebiega ta [nasza] czerwona linia”.
Można podejrzewać, że to tylko propaganda. Jednak o propagandzie Kremla wiemy już dużo i wiemy, kiedy kłamie. Robi to wtedy, gdy zapewnia, że Rosja nigdy nikogo nie napadła i nie napadnie.
Kiedy jednak Moskwa opowiada, że napaść ma w planie, trzeba traktować to poważnie.
Putin, pytany przed nadwornych „dziennikarzy”, czy czegoś w sprawie Ukrainy nie żałuje, powiedział już kilkakrotnie, że żałuje. Że nie zaatakował Ukrainy wcześniej. Teraz tonąca Rosja ewidentnie zaczyna kalkulować, że NATO – dzięki Trumpowi — przestało istnieć, a Europa sama jeszcze jakiś czas nie jest zdolna do obrony.
Ławrow z 18 kwietnia: „Europejska architektura bezpieczeństwa załamała się. Opierała się na koncepcjach euroatlantyckich, a Stany Zjednoczone i Kanada były jej częścią”. Ale „sytuacja może się teraz zmienić, zwłaszcza biorąc pod uwagę nowe nastawienie USA do NATO . Możliwe, że UE zacznie polegać na własnych zasobach, zwłaszcza jeśli Amerykanie zmuszą Europejczyków do wydawania 5 procent PKB na obronność”.
Od początku pełnoskalowej napaści Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku śledzimy, co mówi na ten temat rosyjska propaganda. Jakich chwytów używa, jakich argumentów? Co wyczytać można między wierszami?
UWAGA, niektóre z linków wklejanych do tekstu mogą być dostępne tylko przy włączonym VPN.
Cały nasz cykl GOWORIT MOSKWA znajdziecie pod tym linkiem.
Z wykształcenia historyczka. Od 1989 do 2011 r. reporterka sejmowa, a potem redaktorka w „Gazecie Wyborczej”, do grudnia 2015 r. - w administracji rządowej (w zespołach, które przygotowały nową ustawę o zbiórkach publicznych i zmieniły – na krótko – zasady konsultacji publicznych). Do lipca 2021 r. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Laureatka Pióra Nadziei 2022, nagrody Amnesty International, i Lodołamacza 2024 (za teksty o prawach osób z niepełnosprawnościami)
Z wykształcenia historyczka. Od 1989 do 2011 r. reporterka sejmowa, a potem redaktorka w „Gazecie Wyborczej”, do grudnia 2015 r. - w administracji rządowej (w zespołach, które przygotowały nową ustawę o zbiórkach publicznych i zmieniły – na krótko – zasady konsultacji publicznych). Do lipca 2021 r. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Laureatka Pióra Nadziei 2022, nagrody Amnesty International, i Lodołamacza 2024 (za teksty o prawach osób z niepełnosprawnościami)
Komentarze