0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: US President Donald Trump steps off Air Force One at Joint Base Andrews in Maryland in the early hours of January 20, 2026 after spending the weekend at his Mar-a-Lago residence and attending a college football game in Florida. Later in the day, President Trump will be heading to the Swiss ski resort of Davos to attend the World Economic Forum (WEF). (Photo by ANDREW CABALLERO-REYNOLDS / AFP)US President Donald ...

Trump bez specjalnych zahamowań eskaluje grenlandzki kryzys. Pytanie, czy prezydent USA jest świadom konsekwencji tych działań, wydaje się tak samo zasadne, jak dotyczące tego, jak dalece te konsekwencje zostały przemyślane.

Można bowiem patrzeć na grenlandzką kampanię Trumpa jako na rodzaj obsesji amerykańskiego prezydenta. Zaślepiony pragnieniem przejęcia strategicznie ważnej wyspy i niechęcią do Europy, urządza Danii i jej sojusznikom egotyczne rodeo. I nawet nie zważa na fakt, że Stany Zjednoczone od II wojny światowej są obecne militarnie na Grenlandii.

W takim ujęciu widzielibyśmy w grenlandzkiej awanturze mniej lub bardziej irracjonalny szał ogarniętego manią wielkości polityka.

Przeczytaj także:

Można też jednak widzieć w grenlandzkim kryzysie świadomie kreowany przez Trumpa i jego ludzi narzędzie ochłodzenia relacji USA z Europą. W tle jest jeszcze szansa na znaczące osłabienie Europy – zarówno na poziomie politycznym, jak i na płaszczyźnie współpracy obronnej między krajami kontynentu.

Teoria dwóch Trumpów

To pierwsze oblicze Trumpa widzimy nieustannie.

  • Jego najnowsze przejawy to na przykład SMS do premiera Norwegii. Trump próbuje w nim uzasadniać agresywne zapędy wobec Grenlandii tym, że nie otrzymał pokojowej Nagrody Nobla.
  • Albo odebranie (z fanfarami) samej noblowskiej statuetki z rąk rzeczywistej laureatki – Marii Coriny Machado. Z myślą o politycznej przyszłości Wenezueli postanowiła ona w ten sposób złożyć prezydentowi USA wiernopoddańczy hołd.
  • Albo groźby nałożenia 200 procentowego cła na francuskiego szampana – za to, że prezydent Francji Emmanuel Macron odmówił wejścia w skład firmowanej przez Trumpa Rady Pokoju (mającej w założeniu zarządzać Strefą Gazy i jednocześnie stanowić rodzaj konkurencji dla ONZ). Ten Trump jest groteskowo-horrorową postacią z komiksu, która trzęsie globalną polityką.

Drugie oblicze Trumpa (i jego otoczenia) też jest jednak łatwe do dostrzeżenia.

  • Widzieliśmy je podczas konferencji prasowej prezydenta USA i jego najbliższych współpracowników po ataku na Wenezuelę. Towarzyszący Trumpowi sekretarz stanu Marco Rubio i sekretarz wojny Pete Hegseth w uniesieniu wykrzykiwali frazy o „pokoju przez siłę” i prezydencie, który „po prostu robi rzeczy”.
  • Sam Trump nazywał od własnego imienia „doktryną Donroe” (Od „Monroe” – stworzonej w XIX wieku amerykańskiej strategii dominacji nad półkulą zachodnią przy jednoczesnym umiarkowanym zainteresowaniu resztą świata), której to dominacji wyrazem i dowodem miała być właśnie inwazja na Wenezulę. Ten Trump to wanna-be Bismarck, cytujący Monroe'a niczym Lenin dzieła Marksa i Engelsa.
  • Widzimy je też jednak również w oficjalnej doktrynie ogłoszonej przez administrację Trumpa.

Nowa Narodowa Strategia Bezpieczeństwa USA mówi wprost o wskrzeszaniu doktryny Monroe (z bardzo głośnym zastrzeżeniem, że została ona „uzupełniona przez Donalda Trumpa”). Jednocześnie Europa przedstawiona jest w niej jako kontynent pogrążony w kulturowym i ekonomicznym upadku. A Unia Europejska ze swoimi regulacjami traktowana jest jak kula u nogi amerykańskiej sprawczości i innowacyjności uosabianej przez amerykańskie firmy. W interesie Stanów Zjednoczonych jest przeciwdziałanie tym procesom – głosi napisana przez trumpistów strategia.

Kryzys grenlandzki może stanowić jedno z narzędzi jej realizacji.

Jak rozbić Europę?

Żądania prezydenta Stanów Zjednoczonych dotyczące przejęcia Grenlandii czy to na drodze zakupu, czy to aneksji, postawiły pod znakiem zapytania nie tylko wiarygodność, ale i przyszłość NATO. Przynajmniej w jego obecnym kształcie. Sytuacja, w której najsilniejszy z sojuszników jawnie grozi użyciem siły jednemu z mniejszych partnerów, podważałaby przecież każdy możliwy sojusz.

Ale na tym wcale nie koniec, bo Trump i jego ludzie próbują jednocześnie wbijać klin w sam środek Unii Europejskiej.

Unia szykuje się właśnie do odpowiedzi na nową wojnę celną, którą właśnie rozpętał prezydent Stanów Zjednoczonych. Trump selektywnie uderzył w 8 krajów Europy, z których 7 należy do Unii Europejskiej. To Dania, Niemcy, Francja, Holandia, Finlandia, Norwegia, Szwecja i Wielka Brytania. Trump zamierza „ukarać” te kraje za postawę w sprawie Grenlandii.

Dania – do której Grenlandia należy – sprzeciwia się żądaniom prezydenta USA, by sprzedać Stanom Zjednoczonym wyspę.

Pozostałe siedem krajów wysłało niewielkie kontyngenty wojskowe na Grenlandię, by zademonstrować obecność sojuszniczą i solidarność z poddanym przez Amerykanów presji rządem Danii.

Trump zagroził całej ósemce wprowadzeniem od lutego 10 procentowych ceł na eksport do Stanów Zjednoczonych. Od czerwca cła miałyby wzrosnąć do 25 procent – o ile żądania dotyczące Grenlandii nadal nie zostałyby spełnione.

Dziel i rządź

Osiem krajów, którym Donald Trump zagroził wprowadzeniem ceł, to zarazem dokładnie te same państwa Europy Zachodniej i Północnej. To one, które obok Polski i krajów bałtyckich, najbardziej wspierają walczącą z Rosją Ukrainę. Zaawansowane systemy przeciwlotnicze i rakietowe, broń pancerna oraz samoloty F-16 – ta pomoc dla Ukrainy pochodzi właśnie (w różnych konfiguracjach) z obłożonych cłami przez Trumpa krajów.

Druga grupa to kraje wschodniej flanki NATO. Polska, Litwa, Łotwa i Estonia, Rumunia a od niedawna również Finlandia. Wszystkie te państwa mogą zostać bezpośrednio zagrożone przez Rosję. Dla każdego z nich kierunek wschodni jest więc kluczowy pod względem bezpieczeństwa. Kraje wschodniej flanki NATO nie mają postkolonialnych obciążeń i zobowiązań. Dla ich klas politycznych problem Grenlandii (nie mówiąc już o wyspach Czagos, o czym za moment) jest mniej lub bardziej odległy. Wszystkim tym państwom bardzo, ale to bardzo natomiast zależy na amerykańskiej obecności wojskowej w Europie i na amerykańskim parasolu nuklearnym.

Już teraz widzimy, że kraje wschodniej flanki w kwestii Grenlandii zaczynają kłaść uszy po sobie.

Do utrzymanego w ostrym tonie oświadczenia przywódców krajów, na które Trump nałożył odwetowe cła, przyłączyły się Finlandia i Szwecja. Ale Polska, Rumunia i kraje bałtyckie już nie. Premier Donald Tusk ogłosił za to chwilę wcześniej (w czwartek 15 stycznia), że Polska żołnierzy na Grenlandię nie wyśle. Najprawdopodobniej nawet nie ze względów wiernopoddańczych, tylko jak zwykle głównie po to, by uprzedzić polityczną kampanię zapatrzonej w Trumpa konfederacko-PiS-owskiej opozycji. Wygląda jednak na to, że Tusk się pospieszył. A Zachód Europy może odebrać jego deklarację jako skwapliwe wyjście Trumpowi naprzeciw.

Z punktu widzenia Białego Domu to doskonała metoda na nadwątlanie europejskiej solidarności.

Trzecia grupa to z kolei kraje europejskiego Południa. Niespecjalnie aktywne zarówno w kwestii Ukrainy, jak i Grenlandii, a przy tym bardzo oporne w kwestii modernizacji armii i zwiększania wydatków na zbrojenia. Tę postawę można zresztą zrozumieć. Hiszpania, Portugalia czy Włochy nie są bezpośrednio zagrożone konfliktem zbrojnym. Niemal nie prowadzą też zamorskiej polityki interwencyjnej (jaką wciąż zdarza się prowadzić Francji czy Wielkiej Brytanii). Mają za to wiele problemów ekonomicznych i społecznych, które wydają się znacznie pilniejsze do rozwiązania.

Grecja jest tu wyjątkiem – bo kraj ten utrzymuje sporą armię – z myślą jednak nie o Rosji, a o możliwym powrocie wojowniczych zapędów Turcji. Był też inny – znacznie bardziej wymowny wyjątek. Otóż, co historycznie uzasadnione, to Hiszpania zareagowała najostrzej w Europie na amerykański atak na Wenezuelę. Hiszpański głos dobrze współbrzmiał z wyrazami oburzenia z Ameryki Południowej.

Co zrobi Unia?

Nakładając odwetowe cła na pierwszą z wymienionych wyżej unijnych grup, Trump mówi pozostałym dwóm: trzymajcie się z daleka od Grenlandii, a nic wam się nie stanie. Nie nałożę na was ceł i nie będę zabierał swych żołnierzy z waszych krajów. Państwa wschodniej flanki wydają się ten komunikat dość wyraźnie słyszeć, niektóre z nich – w tym Polska – sprawiają zaś do tej pory wrażenie, jakby go wręcz posłuchały. Kraje Południa również mogą go słuchać.

To wszystko może sprawić, że sformułowanie przez Unię Europejską odpowiedzi na agresywne działania Trumpa może być trudniejsze, niż mogłoby się wydawać.

W drugiej połowie tygodnia ma odbyć się nadzwyczajny szczyt Unii Europejskiej – poświęcony właśnie kwestii właściwej reakcji na grenlandzką presję Trumpa.

Europa może nałożyć na Stany Zjednoczone odwetowe cła lub skorzystać z innych narzędzi nacisku. Najprostsze rozwiązanie, które leży na stole, to odmrożenie pakietu unijnych ceł na import z USA o łącznej wartości 93 mld euro. Odmrożenie – bo pakiet przygotowano w odpowiedzi na pierwsze celne harce Trumpa z wiosny 2024 roku. Wtedy prezydent USA przymierzał się do nałożenia ceł na część krajów Unii (np. Niemcy) a nawet na całą Unię. Ostatecznie wycofał się z tego, a Unia Europejska zawiesiła wprowadzenie nowych taryf.

Bardziej bolesne dla Stanów Zjednoczonych i Trumpa mogłoby być skorzystanie z tzw. Instrumentu Przeciwdziałania Przymusowi (ACI – od Anti-Coertion Instrument). To narzędzie pozwalałoby nałożyć ograniczenia w funkcjonowaniu części amerykańskich firm w Europie. Blokuje możliwość inwestowania przez nie w Europie, czy startowania w rozpisywanych wewnątrz UE przetargach. W ramach ACI możliwe byłoby również nakładanie dodatkowych podatków na amerykańskie firmy działające w Europie.

Unijny instrument antyprzymusowy nie został jeszcze nigdy użyty. Narzędzie stworzono dopiero w 2023 roku – z myślą przede wszystkim o Chinach i ich motywowanej politycznie ekspansji na europejskie rynki. A także – w mniejszym stopniu – o objętej już sankcjami Rosji. Byłoby ironią, gdyby nowe unijne narzędzie przygotowane do ekonomicznej walki z neoimperialnymi mocarstwami miało zostać użyte właśnie przeciwko Stanom Zjednoczonym.

Obecnie jednak szanse na to wydają się relatywnie niewielkie, o wiele bardziej prawdopodobne jest to, że Unia odpowie Trumpowi po prostu zapowiadając symetryczne taryfy celne.

Zawsze znajdzie się jakaś wyspa?

Donald Trump zaś nie ustaje w antagonizowaniu swych sojuszników z Europy. Tuż przed Światowym Forum Ekonomicznego w Davos ogłosił, że „szczytem głupoty” było oddanie przez Wielką Brytanię Mauritiusowi kontroli nad wyspami Czagos. I że „Chiny i Rosja zauważyły ten akt totalnej słabości” Brytyjczyków.

Czagos to archipelag na Oceanie Spokojnym położony mniej więcej w połowie linii od wybrzeża Indii do Madagaskaru, „między” Seszelami a Malediwami. Wyspy Czagos zamieszkuje łącznie około 3 tysięcy osób. Strategiczne znaczenie ma największa z nich – Diego Garcia. W okresie Zimnej Wojny Brytyjczycy wydzierżawili ją Stanom Zjednoczonym. Na Diego Garcia powstała spora amerykańska baza lotniczo-morska, na której stacjonuje obecnie ok. 2000 amerykańskich żołnierzy. Baza stanowi zaplecze dla działań USA zarówno u wschodnich wybrzeży Afryki, jak i w Zatoce Perskiej i południowych wybrzeży Azji.

Wielka Brytania w ramach postkolonialnych rozliczeń, po wyroku Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości i po długiej wewnątrzkrajowej i międzynarodowej debacie zdecydowała się oddać wyspy Mauritiusowi (oraz wypłacić odszkodowania spadkobiercom ich przesiedlonych w latach 60 i 70. mieszkańców).

W ramach swych zobowiązań sojuszniczych Brytyjczycy wydzierżawią jednak na 99 lat od Mauritiusu wyspę Diego de Garcia, by nadal mogli z niej korzystać militarnie Amerykanie.

Będzie to kosztować Wielką Brytanię ok 100 mln funtów rocznie.

Podobnie więc jak w przypadku Grenlandii, Donald Trump urządza kolejną awanturę z sojusznikami o dostęp do strategicznego punktu na mapie, który od dziesiątek lat niezmiennie jest Stanom Zjednoczonym stale zagwarantowany. Tak jak w grenlandzkim Pituffik, tak i na Diego Garcia stacjonują amerykańscy żołnierze. Z obu baz startują amerykańskie samoloty bojowe i rozpoznawcze, w obu cumują amerykańskie okręty wojenne. Nie przeszkadza to jednak Trumpowi w formułowaniu tez o oddawaniu „Chinom i Rosji”. Zarówno Grenlandii przez Danię i jej „dwa psie zaprzęgi”, jak i Diego Garcii – przez bezwolną, rządzoną przez wrogich laburzystów Wielką Brytanię.

Można to wszystko traktować jako mniej lub bardziej szalone kaprysy znanej z ekscentryzmu czołowej postaci globalnej postpolityki, jaką jest Trump. Można jednak też dostrzec w tym rodzaj konsekwencji – w budowaniu uzasadnień dla wdrożenia Narodowej Strategii Bezpieczeństwa USA i ostatecznego odwrócenia się od niewdzięcznej Europy. Ta nie dała wielkiemu przywódcy nagrody Nobla ani Grenlandii, nie dopilnowała wyspy Diego Garcia, ani nawet nie potrafi sobie poradzić z tą całą wojną w Ukrainie. Na amerykański użytek wewnętrzny może to być bardzo, ale to bardzo celna argumentacja. Użytkiem zewnętrznym zaś Donald Trump wydaje się kompletnie nie przejmować.

;
Na zdjęciu Witold Głowacki
Witold Głowacki

Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.

Komentarze