0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Photo by ANDREW CABALLERO-REYNOLDS / AFPPhoto by ANDREW CABA...

Rada Pokoju jest „najwspanialszą, najbardziej prestiżową radą zorganizowaną kiedykolwiek i gdziekolwiek”. Tak przekazał nam 16 stycznia jej pomysłodawca, założyciel i potencjalny dożywotni prezes – Donald Trump.

Rada Pokoju miała początkowo dotyczyć Strefy Gazy. Spójrzmy na fragment 20-punktowego planu pokojowego dla Strefy Gazy. Amerykanie opublikowali treść dokumentu pod koniec września 2025 roku. Czytamy w nim:

„Gaza będzie zarządzana tymczasowo przez apolityczny, technokratyczny komitet palestyński, odpowiedzialny za codzienne funkcjonowanie usług publicznych i gmin dla mieszkańców Gazy. Komitet ten będzie składał się z wykwalifikowanych Palestyńczyków i międzynarodowych ekspertów, nadzorowanych przez nową międzynarodową jednostkę przejściową, »Radę Pokoju«, której przewodniczącym będzie prezydent Donald J. Trump, a pozostali członkowie i głowy państw zostaną ogłoszeni, w tym były premier Tony Blair. Rada ta ustali ramy i zajmie się finansowaniem odbudowy Gazy, dopóki Autonomia Palestyńska nie zakończy programu reform, zgodnie z różnymi propozycjami, w tym planem pokojowym prezydenta Trumpa z 2020 roku oraz propozycją saudyjsko-francuską, i nie będzie w stanie bezpiecznie i skutecznie przejąć kontroli nad Gazą”.

Mamy styczeń 2026. Pomysł ewoluował, koniec z tymczasowością. Strefa Gazy przestała być najważniejszym tematem medialnym, a z całą pewnością nie zaprząta ona umysłu Donalda Trumpa. Ten anioł pokoju w 2026 roku ma ważniejsze sprawy na głowie: groźby siłowego przejęcia Grenlandii od stowarzyszonej z Amerykanami w NATO Danii czy zapowiedzi bombardowania Iranu.

Przeczytaj także:

Dwa zarządy

Komunikat Białego Domu z informacją o powołaniu Rady Pokoju skupia się jednak na Strefie Gazy.

Poza zarządem Rady Pokoju. Biały Dom jednocześnie wprowadza dodatkowe ciało: zarząd Gazy (Gaza Executive Board). Mamy dwa ciała, w obu zasiadają Jared Kushner, Tony Blair, Steve Witkoff i Marc Rowan.

Pierwsze trzy nazwiska są dobrze znane, Rowan dla obserwatorów spraw międzynarodowych nie jest oczywistą postacią. To amerykański miliarder, CEO Apollo Global Management, firmy zarządzającej ryzykownymi aktywami. Jest też znany z silnego poparcia dla Izraela. W maju 2024 roku w wywiadzie mówił, że w Gazie widzi „sprawiedliwą wojnę” i wyrażał silne poparcie dla izraelskiej armii. Z pewnością do zarządów przystępuje z dobrem Palestyńczyków w sercu.

Siedem stanowisk w zarządzie Rady Pokoju, 11 w zarządzie Gazy. Są tam nominacje sensowne – jak szef tureckiej dyplomacji Hakan Fidan. W składzie tych rad nie widać jednak dbałości o reprezentatywność dla wszystkich stron, zaangażowanych w ewentualny proces pokojowy.

Ostatecznie trudno się w tym układzie połapać. Po co tyle różnych rad, dlaczego o przyszłości Gazy mają decydować zięć Trumpa, jego kolega, były premier współodpowiedzialny za inwazję Iraku i niechętny Palestyńczykom finansista? Pytanie, czy ostatecznie ma to jakiekolwiek znaczenie skoro, co zaraz pokażemy, i tak Trump ma w Radzie Pokoju prawo weta wobec wszystkiego, co mu się nie spodoba.

Jednocześnie z Radą Pokoju dzieje się proces zupełnie niezależny od Strefy Gazy.

Preambuła

Dziennikarze Times of Israel dotarli do statutu Rady Pokoju. Pełny tekst w języku angielskim można przeczytać na ich stronie.

Nie ma w nim ani jednego słowa o Strefie Gazy.

Co się w niej znajduje? Zacytujmy najpierw całą preambułę:

„Stwierdzając, że trwały pokój wymaga pragmatycznego myślenia, zdroworozsądkowych rozwiązań i odwagi, by porzucić metody oraz instytucje, które zbyt często okazywały się nieskuteczne;

Uznając, że trwały pokój rodzi się wtedy, gdy ludzie uzyskują realną możliwość przejęcia odpowiedzialności i współdecydowania o własnej przyszłości;

Deklarując, że tylko długoterminowe, skoncentrowane na rezultatach partnerstwo oparte na wspólnym ponoszeniu obciążeń i zobowiązań może przynieść pokój tam, gdzie przez zbyt wiele lat pozostawał on poza zasięgiem;

Z ubolewaniem konstatując, że wiele dotychczasowych metod budowania pokoju utrwala zależność i zamraża kryzys, zamiast pozwolić ludziom wyjść poza niego;

Podkreślając konieczność stworzenia bardziej elastycznego i efektywnego międzynarodowego mechanizmu budowania pokoju;

oraz Postanawiając utworzyć koalicję chętnych państw gotowych do praktycznej współpracy i realnego działania,

Z poszanowaniem rozumu i sprawiedliwości Strony niniejszym przyjmują Kartę Rady Pokoju”.

Król świata chce nagrodę

Ktoś, kto śledził pierwszy rok drugiej kadencji Donalda Trumpa na stanowisku prezydenta Stanów Zjednoczonych (dokładnie dziś przypada rocznica zaprzysiężenia), może głęboko wzdychać przy każdym kolejnym zdaniu.

Trump obsesyjnie domaga się przyznania mu Pokojowej Nagrody Nobla. By to osiągnąć, rzucał się przez ten rok na każdy możliwy konflikt międzynarodowy, by doprowadzić do ceremonii podpisania dokumentów przez dwóch zwaśnionych przywódców, zapozować do zdjęcia i pójść dalej.

Jego dążenia do pokoju szczegółowo przeanalizowała w OKO.press Paulina Pacuła we wrześniu 2025 roku. Spoiler: w większości przypadków Trump wcale nie był kluczowy, a wynegocjowane porozumienia wcale nie były trwałe. Jak w przypadku Kambodży i Tajlandii, które jeszcze w tym samym roku wróciły do starć. Albo jak w wypadku Iranu i Izraela, gdzie Trump sam włączył się w konflikt, a potem zmusił strony do jego zatrzymania. Przez kolejne pół roku mogliśmy jak na dłoni widzieć, że żaden z problemów, jakie doprowadziły do konfrontacji obu krajów, nie zostały rozwiązane.

Jednocześnie w kampanii wyborczej Trump obiecał, że natychmiast zakończy wojnę Rosji z Ukrainą. Rok po objęciu urzędu nikt nie wie, kiedy faktycznie może to nastąpić, a wojna już trwa dłużej niż rosyjski udział w II wojnie światowej, zwany w Moskwie dla niepoznaki Wielką Wojną Ojczyźnianą.

Gdy wie się o tym wszystkim, formalny i patetyczny język preambuły statutu Rady Pokoju jest tylko pustą wydmuszką. Już z samej preambuły można wyczytać, że Trump chce budować alternatywny system międzynarodowy do tego, który świat stworzył po 1945 roku, a którego centrum była Organizacja Narodów Zjednoczonych.

Zamiast ONZ

Krytyką ONZ można zapełnić całe książki. Organizacja nie zapobiegła wojnom, bywała i bywa zbyt wolna i nieskuteczna. Opiera się jednak na konsensusie i współpracy państw, na balansie między różnymi interesami i poglądami.

A autorytarny z natury Trump deliberacji nie lubi i nie chce. Ponadto jest przekonany, że sam wie najlepiej, co będzie najlepszym rozwiązaniem w każdej sytuacji (zwykle tym rozwiązaniem jest podpisanie jakiegoś porozumienia w blasku fleszy z Trumpem i doliczenie kolejnej wojny do listy rozwiązanych).

Bo tym ostatecznie jest Rada Pokoju: ciałem narzuconym przez Trumpa i kontrolowanym przez amerykańskiego prezydenta. To idea, której logicznym zakończeniem jest koronowanie się samemu (ewentualnie przez Witkoffa albo Kushnera) na króla świata.

Dożywotni prezes

Sam Trump w statucie jest wymieniony z nazwiska tylko raz: jako inauguracyjny prezes Rady. Ile trwa kadencja prezesa? Takimi szczegółami statut się nie zajmuje, prezes może siedzieć na stanowisku prezesa dokładnie tyle czasu, ile prezes uzna za słuszne. Kto zastąpi prezesa? O tym zadecyduje prezes. Prezes zmienia skład rady, jeśli uzna to za konieczne, decyduje o członkach, tworzy i rozwiązuje podkomitety, jeśli tego akurat potrzebuje.

Czyli: Trump, z Trumpem, dla Trumpa. I zawsze o Trumpie.

Nie ma więc mowy o poważnej propozycji skutecznej, międzynarodowej organizacji. Bardzo możliwe, że jest to idea, o której sam amerykański prezydent zapomni jeszcze zanim upłynie jego kadencja w Białym Domu. Teoretycznie mógłby to być dla Trumpa wehikuł do utrzymania się na światowej scenie po 2028 roku. Ale kto będzie słuchał nadpobudliwego i agresywnego faceta po osiemdziesiątce, gdy przestanie pełnić swoją funkcję?

Czyli – wszystko, co wiemy na temat Rady Pokoju, krzyczy: wydmuszka. A jednak tym dziwacznym pomysłem i jego rebrandingiem udało się Trumpowi postawić na nogi połowę świata.

Zaproszenia

Trump zaprosił przedstawicieli co najmniej 60 krajów do uczestnictwa w Radzie. Pierwsze trzy lata objęte są promocją: wówczas członkostwo jest darmowe. Ale jeśli chce się zostać stałym członkiem, konieczne jest uiszczenie opłaty w wysokości miliarda dolarów. Promocja nie trwa jednak wiecznie: subskrypcję trzeba opłacić w ciągu roku. Nad składkami pieczę pełnił będzie prezes Trump.

To też właściwie kpina z ONZ. W Radzie Bezpieczeństwa organizacji mamy pięć stałych miejsc. Odzwierciedlają powojenny układ w polityce międzynarodowej. Ale ostatecznie ścierają się tam różne interesy i opinie. W Radzie Trumpa można zostać stałym członkiem za opłatą. A na koniec opłacony w ten sposób Trump i tak wszystko może zawetować sam.

Na razie tylko część krajów potwierdziła udział w inicjatywie prezesa Trumpa. Wśród nich Kanada, Argentyna, Kazachstan czy Wietnam. Na zaproszenie pozytywnie odpowiedział też wiernopoddańczym listem premier Albanii Edi Rama.

Przyjmij albo cła

Odmówił za to francuski prezydent Emmanuel Macron. Powód: obawy, że Rada Pokoju ma w założeniu omijać, a nawet zastąpić ONZ. W odpowiedzi Trump zareagował groźbą: jeśli Francja nie dołączy, USA nałożą dwustuprocentowe cła na francuskie wina i szampany. Brzmi jak spontaniczny żart? Być może, choć amerykański przywódca wypowiedział te słowa z pokerową miną. I dodał kilka typowych dla siebie pasywno-agresywnych uwag: że Macron wcale nie musi dołączać, a w zasadzie to i tak nikt go tam nie chce, bo za kilka miesięcy kończy mu się kadencja (dokładnie za 16 miesięcy, co najpewniej nie kwalifikuje się jako „kilka”, ale w przypadku pomyłek Trumpa to i tak blisko).

Dotychczasowe doświadczenie z Trumpem i cłami mówi: pierwszej groźby nie należy brać na poważnie. I być może faktycznie nie należy tego robić. To może być taktyka medialna, skierowana na zalanie nas potokiem niezbornych myśli, byśmy zastanawiali się nad rzeczami mało istotnymi. Jednocześnie próba wybrania ze strumienia świadomości Trumpa rzeczy faktycznie istotnych i ułożenia ich w spójną, mądrą politykę jest skazana na porażkę. Przez ostatni rok Trump pokazał, że nie jest żadnym geniuszem międzynarodowej polityki, a w swoich decyzjach regularnie kieruje się też uprzedzeniami, osobistymi sympatiami.

Po co się płaszczyć?

Karol Nawrocki, który również otrzymał zaproszenie do Rady, ma teraz twardy orzech do zgryzienia. Trump chce swoją Radę inaugurować w czwartek 22 stycznia w Davos na Światowym Forum Ekonomicznym. Pozostają więc dwa dni, by zdecydować, czy dołączyć do tej inicjatywy i tańczyć tak, jak zagra Trump; czy ryzykować nałożenie na Polskę dwustuprocentowych ceł na pierogi lub kiełbasę (choć jest też ryzyko, że Trump nie ma w głowie żadnego stereotypu związanego z Polską i nie wiedziałby, w co uderzyć).

Co by tu nie zrobić, dobrych rozwiązań na dzisiaj nie ma. Płaszczenie się przed Trumpem ostatecznie nie gwarantuje niczego, a stoimy dzisiaj w obliczu bezprecedensowych gróźb wobec Danii i NATO, wychodzących z samego centrum sojuszu. Nawet jeśli to znów tylko szalona taktyka negocjacyjna, niewiele to zmienia. Wiemy już, że przynajmniej przez kolejne trzy lata Amerykanie w polityce międzynarodowej nie dadzą nam żadnej przewidywalności.

Dołączenie do wydmuszkowej Rady prezesa Trumpa nic tutaj nie zmieni. I tylko Palestyńczyków czy Ukraińców szkoda, którzy pilnie potrzebują faktycznego i trwałego pokoju. Trumpowa Rada Pokoju tylko nas od tego oddala.

;
Na zdjęciu Jakub Szymczak
Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.

Komentarze