Jeśli Jarosław Kaczyński pozbędzie się z partii Mateusza Morawieckiego, prędzej czy później trafi pod kuratelę Karola Nawrockiego. To on będzie największym beneficjentem zamiany PiS-u w partię epigonów wczesnej ery prawicowego populizmu
Niewykluczone, że Jarosław Kaczyński popełni być może największy polityczny błąd w całej swej politycznej biografii i rzeczywiście pozbędzie się Mateusza Morawieckiego i jego ludzi z partii. Dla Morawieckiego ta sytuacja będzie oznaczać ogromne ryzyko i grę wymagającą bardzo wysokiej politycznej sprawności, za to potencjalnie dającą w przyszłości sporą nagrodę. Dla Kaczyńskiego będzie to jednak katastrofa, która może sprawić, że twórca Prawa i Sprawiedliwości stanie się również grabarzem partii.
Ultimatum prezesa mija w czwartek, 23 lipca o północy. Spotkanie ostatniej szansy, zwołane w czwartek w południe i zakończone po około 3 godzinach rozmów między Kaczyńskim, Morawieckim i reprezentującym PiS-owskich twardogłowych Jackiem Sasinem, nie przyniosło rozstrzygnięć ani kompromisów.
Kaczyński nie chce ustąpić choćby o krok i nadal żąda, by Morawiecki i jego ludzie zrezygnowali z działalności w stowarzyszeniu Rozwój Plus. Karą za niespełnienie ultimatum ma być wyrzucenie ich z partii.
Morawiecki przyszedł na spotkanie z propozycją kompromisu. Z dobrze poinformowanych źródeł, z których jednak żadne nie było bezpośrednim uczestnikiem spotkania, słyszymy, że ów kompromis miał on polegać na tym, że:
Kaczyński to wszystko odrzucił. Według naszych informatorów część argumentów przedstawiał w jego imieniu Jacek Sasin – podobne są też informacje Onetu. Wersja rzecznika PiS Rafała Bochenka jest diametralnie odmienna – według niego to Jarosław Kaczyński miał cierpliwie dążyć do kompromisu mimo nieprzejednanej postawy Morawieckiego. Rzecznik PiS wrzucił na platformę X zdjęcie, na którym Kaczyński... podpisuje deklarację członkostwa w PiS.
Wcześniej Morawiecki musiał o to spotkanie niemal błagać, zabiegał o nie od kilku dni. W kilku publicznych wypowiedziach rzecznik PiS Rafał Bochenek (jak najbardziej z frakcji twardogłowej) informował jednak, że takiej pozycji „nie ma w kalendarzu prezesa”.
W tej chwili mamy więc do czynienia z sytuacją, w której wszystko wydaje się zmierzać do tego, że ultimatum prezesa PiS zostanie przez Morawieckiego i jego ludzi odrzucone, a Kaczyński wypełni zawarte w nim groźby. A zatem rośnie prawdopodobieństwo, że Morawiecki razem ze swym Rozwojem Plus znajdzie się poza PiS-em. Nawet jeśli zdarzy się jeszcze jakiś nieoczekiwany zwrot akcji, nastąpi nocne spotkanie najostatniejszej szansy lub Komitet Polityczny PiS nieoczekiwanie postanowi znaleźć jakieś polubowne rozwiązanie, widmo rozłamu i tak na stałe zawiśnie nad partią. Bo przecież istnieją pewne granice wytrzymałości materiału – ten PiS-owski jest zaś już od miesięcy poddawany naprężeniom, z którymi nie mierzył się od lat.
Zastanówmy się więc całkiem poważnie, jaki może być bilans takiego rozłamu. Zacznijmy od grupy teoretycznie słabszej – bo liczącej około 40 parlamentarzystów i z PiS konsekwentnie wypychanej.
Ekipa Morawieckiego była i jest przez „stary” PiS traktowana jak ciało obce. W tej chwili zresztą bardziej jak nowotwór niż cyborgiczny implant, którym była jeszcze całkiem niedawno. Perspektywa „twardogłowych” i tradycyjnego bliskiego kręgu wokół prezesa PiS wygląda obecnie tak, że ten nowotwór należy wyciąć bez zważania na konsekwencje.
Rzeczywiście – ta ekipa składa się w zdecydowanej większości z polityków, którzy zaistnieli w pierwszo- czy drugoplanowej polityce dopiero po roku 2015. Nie licząc Ryszarda Terleckiego i kilku innych wyjątków, to przede wszystkim ludzie, którzy swoją karierę polityczną zbudowali albo w rządzie Mateusza Morawieckiego, albo w jego otoczeniu jako premiera.
Zaznaczmy, że w epoce rządów Zjednoczonej Prawicy Aleje Ujazdowskie (gdzie mieści się kancelaria premiera) były jednak nieco inną częścią PiS-owskiego uniwersum niż Nowogrodzka (gdzie mieści się centrala partii z gabinetem prezesa). Tam właśnie Morawiecki zbudował swoją siłę polityczną w oparciu o swych bezpośrednich współpracowników z rządu. To przecież gracz, który jeszcze niedługo przed wyborami 2019 roku nie miał właściwie żadnego swojego realnego zaplecza w Sejmie i partyjnych strukturach, a teraz rozporządza wystarczającą liczbą „szabel”, by utworzyć w Sejmie liczący się klub parlamentarny.
Przez swoje 10 lat w wielkiej polityce Morawiecki wyrósł na polityka o największym formacie, jaki kiedykolwiek zaistniał obok Jarosława Kaczyńskiego. W sondażach jest jednoznacznie wskazywany jako „prawowity” następca prezesa PiS i zarazem jego najcenniejszy współpracownik.
Nic w tym dziwnego. Bo „ciało obce”, jakim w PiS był (i nadal jest) Morawiecki wraz z ekipą, było oczywiście dla partii również ogromną wartością dodaną. Były premier wniósł do PiS sporo (zwłaszcza jak na partyjne standardy) technokratycznego profesjonalizmu i rodzaj specyficznej kultury korporacyjnej, która sprawnie funkcjonowała przede wszystkim w jego najbliższym kręgu (i w tym dobrym, i w tym najgorszym, znanym ze skrzynki Dworczyka, wymiarze).
Morawiecki przyniósł mnóstwo pomysłów, które odcisnęły swoje piętno na PiS i jego polityce – a do tego ludzi zdolnych te pomysły generować. Miał swoją dość spójną i sprawnie opowiadaną wizję rozwoju kraju, momentami pociągającą, momentami zabawną – bo albo komicznie mocarstwową, albo tonącą w nowomowie o dolinach wodorowych i klastrach rozwojowych.
Miał swoje niemałe dokonania w tworzeniu względnie nowoczesnej i nieortodoksyjnej polityki gospodarczej polskiego państwa – obecny rząd do dziś czerpie z nich zresztą garściami.
Miał wreszcie swój polityczny pomysł na PiS – jako na partię, która rozszerza poparcie, otwierając się na wyborców umiarkowanej centroprawicy, toczył o to wieczny polityczny bój z ziobrystami i wewnątrzpartyjnymi radykałami w stylu Czarnka.
Ba, Morawiecki przyniósł do PiS nawet własną wersję polityki historycznej. Była ona oparta na zupełnie fałszywym micie o II RP jako kraju prężnie się rozwijającym, silnym gospodarczo i sprawiedliwym społecznie, jednak trafiała na podatny grunt na prawicy rozglądającej się za czymś odrobinę bardziej konstruktywnym niż równie mityczna opowieść o niezłomnych i zawsze honorowych żołnierzach wyklętych.
Efekt jest taki, że Morawiecki stał się na prawicy politykiem, który może mieć szansę na pełną, pierwszoplanową autonomię. A zarazem jedynym, który ma dla prawicowych wyborców propozycję naprawdę zauważalnie odmienną od nacjonalistyczno-antyeuropejskiego bloba sklejonego z obu Konfederacji, twardogłowego PiS-u i Karola Nawrockiego.
Właśnie dlatego Rozwój Plus jako samodzielny byt polityczny może mieć przed sobą przyszłość.
Rzecz jasna ogromnie dużo zależy od tego, jak Morawiecki zdołałby tę nową partię opowiedzieć wyborcom i opinii publicznej i wokół jakich kluczowych propozycji ją zbudować. Ale jest to krąg ludzi i idei, który ma realny potencjał na budowę nowej siły politycznej po prawej stronie polskiego, przesuniętego przecież mocno na prawo, centrum. To mogłaby być propozycja nastawiona na wymontowanie z PiS tej bardziej centrystycznej części jego elektoratu i zarazem na łowienie sierot po Szymonie Hołowni lub – w przyszłości, kto wie? – nawet platformerskich, peeselowskich, czy konfederackich „rozczarowanych”.
Po stronie twardogłowych zostają natomiast – oprócz Jarosława Kaczyńskiego – głównie epigoni wczesnej ery nowego prawicowego populizmu. Epigoni – bo Przemysław Czarnek i Patryk Jaki zostali już dawno o całe długości prześcignięci w tej dziedzinie przez obie Konfederacje oraz Karola Nawrockiego.
Kaczyńskiemu zostają politycy, którzy potrafią, owszem, pokrzyczeć albo i poryczeć o zagrożeniach dla cywilizacji chrześcijańskiej czy o inwazji migrantów na Europę, ale są organicznie pozbawieni zdolności nakładania na to nowych politycznych narracji. To bowiem na prawicy nacjonalistyczno-antyeuropejskiej od dawna jest domeną Mentzena, Brauna i nawet Bosaka. Po stronie PiS-owskiej potrafi to zaś Nawrocki, ale on jest w Pałacu, a nie na Nowogrodzkiej.
Nowogrodzkiej zostanie zatem ekipa złożona z obrastających sadełkiem antyeuropejskich europosłów będących historyczną rekonstrukcją prawicowej ery poprzedzającej rok 2015. Tacy polscy naśladowcy brexitowców, wymieszani z antyimigranckimi krzykaczami i ultraprawackimi niewolnikami algorytmów w rodzaju Dariusza Mateckiego czy Dominika Tarczyńskiego, pracującymi w gruncie rzeczy bardziej na rzecz politycznego interesu właścicieli X czy Mety niż na rzecz PiS. I w dodatku czerpiącymi z tego dochody często już znacznie wyższe niż te z działalności politycznej w kraju.
Jeżeli więc Mateusz Morawiecki wraz z członkami stowarzyszenia Rozwój Plus rzeczywiście zostanie wypchnięty poza PiS, Jarosławowi Kaczyńskiemu zostanie tak naprawdę krzykliwa, ale bezwolna masa upadłościowa.
Głównym ośrodkiem PiS-owskiej strony sceny politycznej stanie się Pałac Prezydencki, skąd ton PiS-owskiej prawicy będzie nadawać Karol Nawrocki wraz ze swym otoczeniem, co zresztą już widać: sami twardogłowi zaczynają zastanawiać się nad oddaniem dotychczasowej roli Czarnka Zbigniewowi Boguckiemu. Zaś nad Nawrockim i jego ludźmi Kaczyński nie dość, że nie ma obecnie żadnej, nawet iluzorycznej kontroli, to jeszcze jest ich zakładnikiem. Bo żywiołowy, konfederacko-endecki nacjonalizm Nawrockiego stawia go w zupełnie innej sondażowej pozycji niż partię, która wyniosła go do władzy. PiS w sondażach dołuje, notując najniższe poziomy poparcia od lat – co dokładnie przeanalizował w OKO.press Piotr Pacewicz.
Kaczyński powiedział w trakcie ostatniego kryzysu wprost, że woli partię mniejszą, za to w pełni poddającą się jego kontroli. Ale jeżeli ta kontrola trafi ostatecznie w ręce Nawrockiego, prezes PiS przeliczy się jak nigdy dotąd.
Opozycja
Jarosław Kaczyński
Mateusz Morawiecki
Jacek Sasin
Prawo i Sprawiedliwość
grill Morawieckiego
kryzys PiS
rozłam w pis
Rozwój Plus
Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.
Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.
Komentarze