Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: 30.01.2024 Warszawa , Prezes PiS Jaroslaw Kaczynski i Mateusz Morawiecki podczas spotkania Zespolu Pracy dla Polski poswieconego tematowi „szans rozwojowych Polski wynikajacych z realizacji Centralnego Portu Komunikacyjnego” . Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.pl30.01.2024 Warszawa ...

Tuż przed spotkaniem w cztery oczy Jarosława Kaczyńskiego z Mateuszem Morawieckim, które ma zdecydować o przyszłości obu rozmówców i ich partii, napięcie w PiS rośnie.

  • Mateusz Morawiecki i jego ludzie bronią się przed marginalizacją w partii, powołując do życia stowarzyszenie Rozwój Plus.
  • Twardogłowi z Przemysławem Czarnkiem i Patrykiem Jakim na czele próbują wymusić na Jarosławie Kaczyńskim natychmiastowe usunięcie rywali z partii.

Wojna na noże

Najbardziej spektakularnym tego wyrazem była publiczna awantura na portalu X, w ramach której Tobiasz Bocheński (jeden z PiS-owskich twardogłowych) oskarżył członków grupy byłego premiera o to, że działają „wbrew woli naszego lidera Pana Prezesa” na rzecz rozbicia PiS, a przy tym obrażają „wiceprezesa Patryka Jakiego” (Bocheński zwrócił się do Marcina Horały, stronnika Morawieckiego).

Z tej wymiany dowiadujemy się nie tylko tego, że Tobiasz Bocheński jest prawdziwym partyjnym lizusem, ale i tego, jak bardzo zdesperowani stali się PiS-owscy twardogłowi. Ta kampania na rzecz usunięcia Morawieckiego i jego ludzi z partii prowadzona jest już bez oglądania się na skutki, w myśl zasady „po nas choćby potop”.

I to jest właśnie powód, dla którego wyniki spotkania Kaczyński-Morawiecki pokażą nam, czy „nasz lider Pan Prezes” nadal samodzielnie rządzi swą partią.

PiS i doktryna MAD

O co chodzi? Otóż powołanie stowarzyszenia było dla stronników Morawieckiego przede wszystkim ryzykowną próbą wyjścia z narożnika, do którego zostali zepchnięci w ostatnich miesiącach przez twardogłowych. I przerwania procesu marginalizacji „M&M-sów”, który toczył się w PiS właściwie od dnia utraty władzy.

To był udany ruch Morawieckiemu, udało się uzbierać kilkudziesięcioro posłów. Powstała grupa, z którą władze partii muszą się naprawdę liczyć. Choćby dlatego, że grupa Morawieckiego ma już nominalnie siłę wystarczającą nawet do tego, by całkowicie zneutralizować wywodzącego się z PiS prezydenta, na wypadek gdyby – na razie polityczna fikcja – głosowała razem z Koalicją 15 Października za odrzuceniem prezydenckiego weta. Pisaliśmy już o tym w OKO.press.

Kaczyński zawsze potrafił coś takiego docenić, nawet zgrzytając zębami. Wyjście grupy Morawieckiego z PiS lub jej siłowe wypchnięcie byłoby dla PiS katastrofą. Ale także dla Morawieckiego byłoby to ekstremalnie ryzykowne.

Myśl, że na scenie jest miejsce na czwartą partię prawicy, jest co najmniej ekscentryczna.

Przeczytaj także:

Morawiecki i Kaczyński stają więc naprzeciw siebie w nowej politycznej rzeczywistości. Wiąże ich coś w rodzaju doktryny gwarantowanego wzajemnego zniszczenia (MAD – od Mutual Assured Destruction). A więc zasady, która napędzała przez dekady zimnowojenny wyścig zbrojeń, ale też skutecznie blokowała wybuch otwartego konfliktu o katastrofalnych skutkach.

Dwa scenariusze

O ile więc tylko Kaczyński zachował trzeźwość spojrzenia, z której zawsze słynął, spotkanie z Morawieckim powinno się zakończyć deeskalacją gwałtownego już konfliktu i ułożenia się na nowo w PiS.

W tym nowym rozdaniu Morawiecki sięgnąłby po to, co mu należne – czyli nie tylko po nową pozycję, ale i prawo do odbudowy „umiarkowanego” skrzydła PiS. To miałoby pozwolić na poszerzanie elektoratu partii w kierunku centrum. Ze wszystkiego, co mówią otwarcie i mniej otwarcie stronnicy Morawieckiego, wynika, że właśnie o to im chodzi.

Nie można jednak również wykluczyć, że nadszedł moment, którego od lat już wyczekiwali przeciwnicy Kaczyńskiego. 76-letni prezes traci zarówno polityczny zmysł, jak i realny wpływ na strategiczne decyzje partii. W takiej sytuacji usunięcie Morawieckiego i jego ludzi byłoby realnym scenariuszem. I ostatecznym zwycięstwem Czarnka i Jakiego.

Tymczasem w sporach o przyszłość Prawa i Sprawiedliwości i strategię partii na przyszłoroczne wybory parlamentarne, Morawiecki i jego stronnicy mają z całą pewnością znacznie więcej racji niż PiS-owscy twardogłowi.

Głęboki kryzys PiS

Dwa i pół roku po utracie władzy Prawo i Sprawiedliwość jest w kryzysie, być może tym najgłębszym w całej historii partii.

Sondaże dają partii Jarosława Kaczyńskiego niewiele ponad 20 proc. poparcia, według pojedynczego na razie badania CBOS miałoby zaś być już ono jeszcze niższe – na poziomie zaledwie 18 proc. (ale przy 11 proc. liczbnie niezdecydowanych).

To wyniki, które są Prawa i Sprawiedliwości druzgocące. CBOS sugeruje, że została partii zaledwie połowa poparcia z wyborów w październiku 2023 roku (to może być opinia przesadzona, wg średnich wszystkich sondaży PiS mógłby liczyć obecnie w wyborach na 25,5 proc. a w wyborach 2023 roku miał 35,4 proc.). Tak czy inaczej – strata kolosalna.

Wygląda na to, że PiS trwale utracił swój długoletni monopol na prawicy – ma dwóch prężnych prawicowych konkurentów w postaci Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej. To oni są na fali wznoszącej – i to oni niosą w oczach ostro prawicowego elektoratu wiarygodną obietnicę antysystemowej rewolty.

Zmienił się także kierunek, by tak to ująć, wiatru historii. Chaotyczna i niebezpieczna dla świata polityka prezydenta USA Donalda Trumpa sprawia, że powiązane z nim i jego ruchem ugrupowania spod znaku prawicowego populizmu z innych części świata również tracą wiarygodność.

„Trump stał się toksyczny dla europejskiej prawicy” – pisze Politico – i ma stuprocentową rację. Każda z kolejnych kompromitacji Trumpa obciąża także partie w Europie wzorujące się na ruchu MAGA i zabiegające o jego poparcie. A więc i PiS. Jest to zresztą jedna z przyczyn, dla których na Węgrzech pokonany został właśnie jeden z najbliższych dotąd europejskich sojuszników obozu PiS, czyli Viktor Orbán.

Kaczyński stracił nosa?

Szukając nowego pozycjonowania PiS po wyborczej klęsce i wobec nowych trendów na prawicy, władze partii dokonywały właściwie samych złych wyborów. Jarosław Kaczyński postawił na twardogłowe frakcje PiS, zgadzając się tym samym na stopniową marginalizację Mateusza Morawieckiego. Oznaczało to z jednej strony, że PiS zamierza ostro walczyć ze swą nową prawicową konkurencją (Konfederacją i KKP), z drugiej jednak, że partia, która jeszcze chwilę temu była hegemonem na prawicy, teraz będzie rywalizować z aż dwoma niemal równorzędnymi rywalami o dokładnie ten sam elektorat.

Ukoronowaniem tego było wystawienie Przemysława Czarnka na kandydata na premiera. Daje to prawicowemu wyborcy wybór wyłącznie pomiędzy trzema postaciami stojącymi naprawdę daleko od centrum — Sławomirem Mentzenem, Grzegorzem Braunem i właśnie Czarnkiem. A to dramatycznie zawęża pole manewru PiS w walce o elektorat. Mówimy przecież o partii, która przez osiem lat utrzymywała władzę także dzięki głosom wyborców centroprawicowych.

Osobną kwestią jest ta dotycząca stopnia naostrzenia ołówków w tym twardoprawicowym piórniku.

W rywalizacji Mentzen-Braun-Czarnek, kandydat PiS zdecydowanie nie wydaje się faworytem.

Na tle Mentzena i Brauna nie ma w nim nic szczególnie wyjątkowego – wydaje się po prostu przekrojowym wyrazicielem woli PiS-owskiego betonu. A to dla ultraprawicowego wyborcy w roku 2026 i 2027 będzie zdecydowanie za mało.

***

Dlatego posłuchanie Morawieckiego i jego ludzi oraz danie im prawa do budowy bardziej umiarkowanego skrzydła partii byłoby dla PiS rozwiązaniem więcej niż wygodnym.

Podczas gdy Czarnek i Jaki ścigaliby się z Braunem i Mentzenem na prawicowy radykalizm, Morawiecki z Horałą i Cieszyńskim mogliby chodzić po mediach i opowiadać o przyszłych programach socjalnych czy reformach gospodarczych językiem akceptowalnym dla polskiego centroprawicowego „normalsa”.

Takie działania można by prowadzić równolegle. Co więcej – byłby to dowód, że władze PiS zachowują racjonalny osąd procesów politycznych na poziomie, który zapewniał partii Kaczyńskiego władzę przez osiem długich lat.

Po spotkaniu Kaczyńskiego z Morawieckim dowiemy się więc, czy prezes PiS zdołał zachować kontrolę nad partią i jej polityczną strategią, czy też zsunął się do roli politycznej pacynki w rękach twardogłowych.

Na zdjęciu Witold Głowacki
Witold Głowacki

Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.

Komentarze