0:00
30 marca 2021

"Łamany był każdy". Elitaryzm środowiska teatralnego od lat napędza bezkarną przemoc

Po fali świadectw młodych aktorek i aktorów, opowieści o przemocy, które słyszało się od lat, zyskały konkretne twarze i konkretne znane nazwiska. Maltretowanie, nadużycia seksualne i mobbing w teatrach, na planach filmowych i w szkołach artystycznych są codziennością. Dlaczego?

Wydrukuj

"Aktor jest do grania, a dupa do srania" - to powiedzonko Kazimierza Dejmka weszło do mowy potocznej. Nikt przez lata nie dyskutował z tym poniżającym i głupim porównaniem. Nauka aktorstwa podobno na tym polega, żeby wykształcić w człowieku gotowość do bycia narzędziem w rękach reżysera.

I to narzędzie musi być gotowe na wszystko.

O przypadkach przemocy psychicznej i fizycznej, której od lat doświadczali studenci szkół aktorskich i zawodowi aktorzy, oraz o tym, dlaczego tak trudno było o tym mówić - pisze dziennikarka, dokumentalistka i wydawczyni Agata Całkowska.

Piosenka o przemocy

Pierwszy raz nad relacjami władzy w szkołach artystycznych zaczęłam się zastanawiać, kiedy zgłosiła się do mnie studentka reżyserii Akademii Teatralnej w Warszawie, Karolina Szczypek. Wykładowca zaproponował jej pracę w teatrze, w którym był wtedy dyrektorem artystycznym. Dyrektor administracyjny spektakl Karoliny i jej koleżanki, również studentki, odwołał. Bez tłumaczenia, bez choćby części honorarium, bo wszystkie ustalenia były na tzw. gębę.

Karolina zdecydowała się powiedzieć wprost, że takie mechanizmy pracy są niewłaściwe, że notoryczne niepodpisywanie na czas umów z osobami na dorobku, to norma, która nie powinna mieć miejsca. Czy środowisko odpowiedziało na zarzuty Karoliny? Tak, w szczególny sposób. Na swoim profilu na facebooku pracownik Akademii Teatralnej napisał o Karolinie piosenkę z pejoratywnym wydźwiękiem. Wyciągnięto jej, że niewiele jeszcze umie i nie powinna wychodzić przed szereg, bo zaraz nikt nie będzie chciał z nią pracować.

Czy to przykład przemocy? Czy osoba stojąca w hierarchii szkoły wyżej niż studentka ma prawo żartować na jej temat w przestrzeni internetu? Zapytałam o to rektora warszawskiej Akademii Teatralnej, Wojciecha Malajkata. Tłumaczył mi wtedy, że autor piosenki nie ma z Karoliną zajęć, więc żadna jego zdaniem forma mobbingu nie może mieć miejsca. Przyznał jednak, że autor piosenki został poproszony, aby ją ze strony skasować, co też uczynił.

Karolina Szczypek fragmenty piosenki wykorzystała w swoim spektaklu dyplomowym pt.: "Spektakl dyplomowy, czyli kilka piosenek o przemocy", który wystawiła z przyjaciółmi ze szkoły w krakowskim Teatrze Nowym Proxima. Autor piosenki wysłał do teatru żądanie zapłaty za wykorzystanie swojego "dzieła". Chciał 10 tysięcy złotych. Ostatecznie jednak wycofał się z tych żądań.

Cisza wokół Młynarskiej

Czy na przestrzeni lat jakaś osoba z pozycją zdecydowała się powiedzieć o trudnej, traumatycznej sytuacji, którą przeżyła w szkole czy na planie filmowym?

Ja zapamiętałam felieton Pauliny Młynarskiej z 2019 roku o jej udziale w filmie Andrzeja Wajdy „Kronika wypadków miłosnych”.

"Wajda zmusił mnie do zagrania nago bardzo odważnej sceny erotycznej z udziałem 18-letniego wówczas śp. Piotra Wawrzyńczaka. Byłam pod wpływem środków uspokajających i alkoholu podanych mi przez inne osoby dorosłe pracujące na planie"

– napisała Młynarska w swoim felietonie dla Onetu.

Czy to wstrząsające wyznanie miało jakieś konsekwencje? Nikt z artystycznych autorytetów sprawy nie podjął. A Onet wkrótce zakończył współpracę z Młynarską. („Powodem rezygnacji są tylko i wyłącznie względy budżetowe” - tłumaczył naczelny portalu)

Dlaczego zabrakło wtedy debaty na ten temat? Może dlatego, że Andrzej Wajda to symbol, ikona, mistrz - to najwybitniejszy polski reżyser znany na całym świecie. Uznawany, nagradzany, stawiany od pokoleń za wzór dla całego środowiska artystycznego w Polsce. Erudyta i nauczyciel.

Prokuratura w Bagateli

Poza przemocą ekonomiczną, o której opowiedziała publicznie Karolina Szczypek, w środowisku artystycznym poznaliśmy też historię kobiet molestowanych seksualnie.

To głośna sprawa z listopada 2019 roku, dziewięciu aktorek i pracownic krakowskiego teatru Bagatela, które opisały w jaki sposób są traktowane przez dyrektora.

Henryk Jacek Schoen był dyrektorem naczelnym i artystycznym Bagateli od 1999 roku. Alina Kamińska, jedna z poszkodowanych aktorek, opowiadała o tym, że dyrektor traktował je jak swoją własność. Dotykał, całował, macał, wchodził do garderoby bez pytania, składał propozycje domowych odwiedzin, które brzmiały jak propozycja romansu.

Krakowska prokuratura oskarżyła byłego dyrektora Teatru Bagatela w Krakowie o mobbing i nadużycia seksualne. Akt oskarżenia przeciwko Henrykowi Jackowi S. został skierowany do sądu rejonowego. Sprawa jest w toku.

Jedna z poszkodowanych kobiet mówiła Gazecie Wyborczej: "Milczałyśmy przez tyle lat z obawy o utratę pracy i reakcję otoczenia".

I nad tym cytatem chcę się na chwilę zatrzymać. Brzmi to, jak historia zgwałconej kobiety, która się wstydzi, że została zgwałcona, i w sobie szuka winy za to traumatyczne doświadczenie. Zamiast skupić się na sobie, musi walczyć z oprawcą, aby udowodnić, że doznała krzywdy. Musi mieć na to dodatkowe siły. Podobnie aktorki i pracownice teatru, zamiast móc liczyć na pomoc środowiska, na jego wsparcie - bały się reakcji.

Maltretowanie materiału

Kolejną sprawą, która przetoczyła się przez media, były wieloletnie praktyki dyrektora Ośrodka Praktyk Teatralnych Gardzienice. Opisał je Witold Mrozek w reportażu opublikowanym w "Gazecie Wyborczej".

Aktorka Joanna Wichowska opowiadała w audycji Kultura Osobista na antenie Radia Tok FM: "Kiedy zaczynałam tam być w roli wolontariusza, to bardzo szybko się stało jasne, że cały teatr był oparty o autorytarną władzę jednego człowieka, Włodzimierza Staniewskiego. Autorytaryzm i przemoc, ustawiczna agresja, manipulowanie aktorami. Bardzo potężna dawka mizoginii. Kobiety przechodziły tam przez piekło, to było ciągłe deprecjonowanie naszej wartości jako aktorek, jako kobiet, jako ludzi."

Kiedy się nad tym teraz zastanawiam, widzę kolejny aspekt tych historii. Praktyki Staniewskiego były znane od lat jako wypracowanie "wyjątkowej metody", która uruchamia do wybitnej sztuki. Wielu gości gardzienickiego ośrodka przymykało oczy na roznegliżowane aktorki podające kolacje gościom Staniewskiego. Chyba tylko Joanna Kos-Krauze publicznie powiedziała, jaki niesmak w niej to przed laty uruchomiło. Należy także pamiętać, że aktorzy i aktorki Staniewskiego robili przy nim karierę, zarabiali, podróżowali po świecie, byli nagradzani, doceniani przez publiczność i krytykę teatralną.

W wielu rozmowach z absolwentami szkół artystycznych wraca sformułowanie antropolożki kultury Aleksandry Wróblewskiej opisującej Gardzienice, "że jeśli Staniewski nie widzi w człowieku materiału do pracy, to go nie maltretuje".

Może dlatego we wszystkich tych przypadkach dorośli skądinąd ludzie - studenci, aktorzy, pracownicy Gardzienic - na takie metody pozwalali? Bo chcieli stać się wyjątkowymi, spełnionymi artystami, chcieli zadowolić mistrza. Bo chcieli pracować w ciekawym miejscu wynoszonym w mediach jako wyjątkowe.

Strach i wstyd

Wróćmy na uczelnie artystyczne, na które co roku bardzo niewielki procent zdających się dostaje. Do szkoły na wydział aktorski zgłasza się średnio 1400 osób, a wybiera się 20.

Mityczne mury szkół artystycznych są dostępne dla "elity". Dla tych najbardziej rokujących, dla tych najciekawszych, dla tych, którzy na egzaminach pokazują mistrzom "to coś" i zasługują tym "czymś" na wymarzony indeks.

Przecież to także żadna tajemnica, że wybitni dziś aktorzy na wymarzoną uczelnię zdawali kilkakrotnie. Często też przyznają, że wyrzucani z jednej szkoły, przenosili się do drugiej. Wspominają o ciężkiej pracy i walce, żeby się na uczelni utrzymać.

Powstaje wreszcie reportaż Igi Dzieciuchowicz o pracy Pawła Passiniego ze studentami bytomskiej filii Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie.

Reżyser podczas prób do spektaklu miał naruszać ich granice intymności, rejestrować i fotografować bez ich zgody próby, podczas których aktorki były nago.

Jedna ze studentek opowiadała mi, że kiedy reżyser zapraszał ją w tajemnicy przed grupą na osobne próby do Lublina, czuła się wyróżniona. Ale kiedy potem doszło do nocnych scen rozbieranych, czuła wielki wstyd, że dała się zmanipulować. Zaznacza też, że bardzo bała się powiedzieć o sytuacji kolegom.

Bała się tak samo, jak aktorki i pracownice Teatru Bagatela. Uruchomiła w sobie ten sam mechanizm wstydu. Sprawa wypłynęła właściwie dzięki aktorce Monice Jarosińskiej, która zerwała premierę dyplomu, czym zmusiła władze uczelni do zbadania sprawy.

Po publikacji reportażu Centrum Kultury w Lublinie, gdzie Passini pracował ze studentami zdecydowało o czasowym przerwaniu współpracy z reżyserem. On sam przeprosił i przyznał, że być może metody, które stosuje wobec aktorek nie powinny zostać zastosowane wobec uczennic.

Co się dzieje w Filmówce?

Przemoc w szkołach artystycznych jest na porządku dziennym. Sama mogę przytoczyć historię kolegi, który opowiadał jak był gnębiony przez jedną z profesorek krakowskiej akademii teatralnej, a koledzy mu szeptali do ucha: gnębi ciebie, bo jej na tobie zależy.

Czy to modus operandi wykładowców i mistrzów? Ataki słowne, ciągłe powtarzanie, że się nie nadaje na aktora, zdaniem jego kolegów w grupie było czymś w rodzaju pokrętnych metod wychowawczych.

Opublikowany 17 marca tego roku wpis Anny Paligi, absolwentki Szkoły Filmowej w Łodzi, przytoczył konkretne zachowania i nazwiska.

Absolwentka Filmówki opisała wykładowców wydziału aktorskiego:

  • dr. hab. Mariusza Jakusa, którego metodą pracy było rzucenie w studentów krzesłem,
  • dr. Grzegorza Wiśniewskiego, który miał uderzyć w twarz studentkę tak mocno, że z nosa trysnęła jej krew,
  • prof. Bronisława Wrocławskiego, który wyciągnął studentkę na środek sceny i ją pogryzł;
  • dr Grażynę Kanię, która zmuszała studentkę do nagości słowami, że jeśli polecenia nie wykona wyleci ze szkoły.
  • Waldemara Zawodzińskiego, który rozbierał studentów, by mówili o tym, co nie podoba im się w ciele swojego partnera.

Anna Paliga pisze także o swoim osobistym doświadczeniu pracy nad dyplomem z prof. dr. hab. Mariuszem Grzegorzkiem:

"Rektor naszej szkoły w trakcie prac nad dyplomem wielokrotnie, niemalże codziennie przez okres trwania prób, wpadał w furię i nazywał mnie »pierdoloną szmatą, kurwą«. Poniżał zarówno mnie, jak i moich kolegów w obecności całej grupy i pracowników technicznych" - pisze Paliga.

I wspomina: "O wszystkim szczegółowo dowiedział się ode mnie prorektor Michał Staszczak. Usłyszałam, że »nie umiem zaciskać zębów, a powinnam« i że »jestem zbyt miękka na ten zawód«. Skończyło się to dla mnie załamaniem nerwowym, tabletkami przeciwlękowymi i długotrwałą terapią". O potrzebie terapii po skończeniu szkoły napisała także aktorka, Maria Dębska.

To jest jak poligon, godzisz się na wszystko

Po fali wpisów, które potwierdzają, że w szkołach artystycznych przemocowe metody pracy stosuje wielu wykładowców, rozmawiałam z jednym z czołowych młodych reżyserów, docenionym i nagradzanym. Wcześniej studiował także aktorstwo.

Potwierdza, że na studia aktorskie jest się bardzo trudno dostać, niektórzy zdają po kilka razy. "A potem od samego początku, od pierwszych zajęć słyszysz, że zaraz ciebie wyrzucą, jeśli się komuś z wykładowców nie spodobasz. Nie przekonasz, że się nadajesz. To jest jak poligon, wciąż jesteś przygotowany na ciosy, bo nie ukrywajmy, że każdy chce tę szkołę skończyć. Godzisz się na wszystko, żeby zaliczyć" - opowiada mi.

Sytuacje przemocy słownej i fizycznej, wyzwiska, krzyki, poniżanie w obecności kolegów to zdaniem wykładowców hartowanie, aby sobie poradzić w bardzo trudnym przecież zawodzie. Warto więc zadać pytanie: czy władze uczelni są nadal pewne, że ta hierarchiczność i władza to jedyne drogi zbudowania autorytetu?

Kilka lat temu, głównie środowisko, rechotało z filmiku wciąż dostępnego na YouTube, na którym Mariusz Grzegorzek podczas pracy nad dyplomem, wrzeszczy na studenta, gdzie masz k... klapsa Szymon?

Kiedyś zabawne, ale przecież widać jak bardzo to jest zachowanie niegodne wykładowcy. Notabene na Instagramie łódzkiej szkoły nadal możemy obejrzeć filmik, w którym były dziś rektor po ćwiczeniu ze studentem, dziękuje mu słowami: "dziękuję, spierd....".

Kolejna z absolwentek łódzkiej Filmówki, Zuzanna Lit pisze: "Byłam świadkiem kilkukrotnie sytuacji, w której profesor pod pretekstem pokazania »jak ma wyglądać scena« zwyczajnie zmacał moje koleżanki. Podczas prób usłyszałam od mojego profesora »Ty nie z jednego pieca chleb jadłaś«, »nie udawaj takiej świętej« i takie wypowiedzi pojawiały się przez cały okres studiów. Ten sam profesor po zimowych egzaminach podczas wspólnego świętowania zdanej sesji wziął mnie na rozmowę i powiedział, gdyby nie moja żona, to bym Cię brał”.

Sprawa żyje dzięki wpisowi Anny Paligi także, dlatego że jako pierwsza podała konkretne nazwiska. Opowieści, które słyszało się od lat, zyskały konkretne twarze.

Nie tylko Łódź

Ale przecież historia przemocy w środowisku artystycznym ani się w Łodzi nie zaczęła, ani się na Łodzi nie skończy. Absolwent Akademii Teatralnej w Krakowie, aktor Dawid Ogrodnik, napisał, że bał się zajęć z prof. Beatą Fudalej.

Dziś wykładowczyni uczy w Warszawskiej Szkole Filmowej. Na Facebooku znajdujemy kolejny wpis opisujący metody profesory. Tym razem głos zabrała Katarzyna Russ:

"Podczas pracy nad moim fragmentem wiersza Pani Beata weszła ze mną w scenę i udawała, że mnie nie słyszy. Był to mocny emocjonalnie fragment, więc uznałam, że muszę zareagować i dotknęłam jej rękawa, by powiedzieć jej go prosto w oczy.

Ona odwróciła się i powiedziała »Nie będziesz mnie gówniaro pie*dolona dotykać. Odwróć mnie emocjami, a nie gestami« i uderzyła mnie z główki, po czym powiedziała »A teraz zapie*dalaj dookoła sali«. Byłam w szoku, robiłam co kazała, bo myślałam, że tak trzeba, ale nie mogłam sobie z tym poradzić i zwróciłam się do opiekuna roku."

Po tym, jak Katarzyna Russ sprawę zgłosiła, została ze szkoły wyrzucona po dwóch latach za „nieobecności” i brak predyspozycji. Aktorka dziś studiując w innej szkole zadaje sobie pytanie, czy po dwóch latach ktoś stwierdził brak predyspozycji, czy po prostu była niewygodna?

Trudno w tym miejscu nie zadać podstawowych pytań: czy wykładowcy szkół artystycznych w Polsce są w wystarczający sposób merytorycznie przygotowani do pracy, czy wciąż tylko wystarczy, że są wybitnymi aktorami i reżyserami? I czy naprawdę wystarczy być znanym i cenionym w branży artystą, aby poczuć się w mocy bycia nauczycielem kolejnych pokoleń?

Janda nie wnika

Pojawiają się także głosy broniące metod prof. Fudalej. Krystyna Janda w Onecie podsumowuje: "Nie wnikam, co tam się działo. Samo podejrzenie tych wydarzeń jest obrzydliwe... Sprzeciwiam się generalizowaniu, rzuceniu nas na żer, bez należytej możliwości obrony, bez rzetelności".

Jak to rozumieć? Czy wpisy pokrzywdzonych, wpisy osób, które czują się ofiarami przemocy instytucjonalnej, mam rozpatrywać w kategoriach "nierzetelności"?

Pani Krystyna Janda twierdzi, że ją to nie spotkało nigdy. Jest wiele osób, których to nie spotkało. Ale są też takie, które dziś przepraszają kolegów za swoją bierność.

Daria Kasperek, asystentka Grzegorzka, przyznała w wywiadach, że krzyk i słowna agresja to była codzienność, i przeprasza kolegów, że widząc przemoc nie umiała się jej przeciwstawić.

Reżyser teatralny Jakub Skrzywanek odniósł się do obrońców prof. Fudalej (a konkretnie do Mai Kleczewskiej, która jest dziekanem reżyserii AT w Warszawie) na swoim profilu facebookowym:

"Pamiętam bardzo dobrze zajęcia z panią Fudalej w AST, pamiętał płacz i strach studentów, pamiętam nagrania na dyktafon jej zajęć (pełnych krzyku i przemocy) i puszczanie ich potajemnie w szatni, a potem pamiętam ulgę, kiedy była wyrzucana z AST".

Spośród ogromu wpisów nie mogę nie przytoczyć przerażającego wpisu aktorki, Joanny Koroniewskiej, której profesora łódzkiej filmówki, Ewa Mirowska (uczy do dzisiaj), nie pozwoliła zostać w domu z umierającą matką, bo próba do spektaklu była dla niej ważniejsza.

Cytuję: "Oczywiście tego samego dnia którego wyjechałam na próbę do Łodzi, moja mama umarła. W hospicjum. W samotności. To nie koniec. Jest tego więcej, buntowanie i nie puszczanie moich koleżanek i kolegów z roku na pogrzeb, ustawianie próby do spektaklu dyplomowego tak, aby wszyscy musieli pędzić prosto z pogrzebu kilkaset kilometrów do Łodzi, wmawianie nam, że sztuka jest ważniejsza niż życie. Uprzedmiotawianie nas. Łamany był każdy".

Czy naprawdę sztuka jest ważniejsza od potrzeby pożegnania z najbliższą osobą? Kim trzeba być, żeby dawać sobie prawo do takich żądań?

"Metody wręcz kryminalne"

Z tych wszystkich opinii, oświadczeń, artykułów wyzierają też pokoleniowe różnice. Wielu starszych aktorów, jak wspomniana wyżej Krystyna Janda, jest zdziwionych tą falą oskarżeń. Są jednak tacy, którzy jednoznacznie stają po stronie ofiar.

Reżyser Janusz Majewski pisze wprost: "Jaki trzeba mieć umysł, jaki charakter, żeby zrodziła się w nich taka »teoria« o konieczności sięgnięcia po metody wręcz kryminalne, aby osiągnąć rezultat rzekomego »otwarcia« się młodego chłopca czy dziewczyny, przeciętnie tuż po maturze, a więc tak naprawdę jeszcze dziecka!".

Reżyser surowo ocenia współczesnych pedagogów pisząc, że widzi w nich niespełnionych twórców i "nawiedzonych geniuszy". Tam, gdzie pojawia się nadmierne ego, albo kompleksy wobec młodych zdolnych, musi dość do wybuchu. Do eskalacji, do konfliktu.

W Międzynarodowy Dzień Teatru wstrząsającą relację z pracy nad dyplomem opisał Paweł Tomaszewski. Wybitny aktor opisał pracę nad spektaklem w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego. Opowiada o przemocy psychicznej, nadużyciach seksualnych. Najbardziej wstrząsające jest w tym wpisie to, że Paweł, wtedy student, nie miał komu opowiedzieć o swojej krzywdzie. Pozostał ze swoją krzywdą sam. I sam poprzez liczne terapie o których pisze, sobie pomógł. Gdzie byliście mistrzowie, profesorowie, że pozwoliliście na taką krzywdę? Byliście zajęci swoimi karierami?

Liczy się, że grasz

Paweł Tomaszewski zapowiada, że sprawę skieruje do prokuratury, i szuka innych ofiar reżysera, który w środowisku od lat uchodził za przemocowca. Tylko nikt nie mówił tego głośno.

Łódzka Filmówka powołała Komisję Anymobbingową i Antydyskryminacyjną. Komisja spotkała się już z Anną Paligą. Następnym krokiem komisji ma być przeprowadzenie rozmów wyjaśniających z każdym nauczycielem akademickim wskazanym w treści listu Anny Paligi.

Co znamiennie, w sieci znalazło się także oświadczenie absolwentów szkoły, rocznika 2003-2007, w którym apelują o powołanie zewnętrznej komisji antymobbingowej, która zapozna się ze świadectwami studentów i studentek oraz dokona obiektywnej oceny.

Apelują także o czasowe zawieszenie wykładowców wobec, których padły oskarżenia, i zwracają się do władz szkoły z prośbą o spotkanie. Chcą monitorować sytuację, pomóc swoim młodszym kolegom, i zauważają, że sprawy są na tyle poważne, że nie można pozwolić na załatwianie ich w "rodzinnym gronie".

Miejmy nadzieję, że zmiana, którą zapoczątkowała Anna Paliga swoim mocnym wpisem, nie spowoduje, że ta aktorka w Polsce nie dostanie pracy. Bo źródłem kolejnych patologii jest to, że w tej branży wszyscy się znają. Zadowolony ze studenta przemocowy wykładowca później często staje się dyrektorem teatru czy reżyserem filmu. Z wykładowcy staje się więc naturalnie także pracodawcą, więc niech nie dziwi fakt jak wiele jeszcze w tej sprawie jest historii wciąż przemilczanych.

Bo w tym środowisku, jak nigdzie indziej, liczy się, że grasz. Liczy się, że jesteś w obiegu. Że dołączyłeś do elitarnego grona.

Udostępnij:

Agata Całkowska

Dziennikarka, dokumentalistka, wydawczyni telewizyjna i radiowa.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne