Prawa autorskie: Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.plSlawomir Kaminski / ...
23 października 2022

Lex Czarnek 2.0 zabije edukację domową. Podstępny zapis o trzymaniu "miejsc na wszelki wypadek"

Lex Czarnek 2.0 odcina praktycznie drogę do dalszej edukacji domowej dzieciom z zerówek i ośmioklasistom. Szkołom prowadzącym taką edukację narzuca konieczność zapewnienia miejsc stacjonarnych, na wypadek rezygnacji dziecka. I wiele innych ograniczeń. Po co? [ROZMOWA]

Aktualizacja, wtorek 25 października godz. 16.00: według informacji OKO.press PiS pod naciskiem środowisk prawicowych (m.in. Ordo Iuris) wycofa się w lex Czarnek 2.0 z dwóch najbardziej kontrowersyjnych warunków, jakie chciał postawić edukacji domowej: limitu 50 proc. uczniów oraz konieczności zapewnienia miejsc stacjonarnych wszystkim uczniom uczącym się w edukacji domowej („na wszelki wypadek”).

Piotr Pacewicz, OKO.press: Zanim opiszemy zagrożenia z "poselskiej" nowelizacji ustawy oświatowej, wytłumacz, czym jest edukacja domowa.

Marianna Kłosińska, prezeska Fundacji Bullerbyn na rzecz wspólnoty dzieci i dorosłych, działaczka ruchu edukacji domowej: Edukacja domowa jest taką formą kształcenia, w której to rodzice (lub prawni opiekunowie) biorą na siebie odpowiedzialność za spełnianie obowiązku szkolnego swego dziecka od 6. do 18. roku życia. Rodzice podpisują oświadczenie, że zapewnią dziecku warunki realizacji podstawy programowej w domu i zobowiązują się do tego, że dziecko przystąpi do egzaminów klasyfikacyjnych.

Zawsze byli w Polsce rodzice, którym zależało na tym, by dziecko uczyło się w domu. Zlikwidowano tę możliwość w latach 50., przywrócono w 1991 roku. Ciekawe, że do niedawna wybierały ją głównie rodziny konserwatywne, często wielodzietne. Ostatnio edukacja domowa stała się wyborem dla osób, które nie akceptują przymusu i rygoru szkolnego, które widzą, jak presja ocen i wyścig szczurów sprawia, że ich dziecko cierpi, frustruje się albo "kuje" zamiast się uczyć.

Rodzicielstwo bliskości – gdzie liczy się autonomia dziecka – jest trudne do pogodzenia z autokratyczną i zimną instytucją szkoły.

Stąd ruch edukacji demokratycznej, w której stawia się na naukę dostosowaną do indywidualnego potencjału dziecka.

Ale trzeba znaleźć szkołę, do której dziecko zostaje zapisane.

Tak, nazywamy ją szkołą macierzystą. I w tej szkole dziecko zdaje egzaminy klasyfikacyjne ze wszystkich przedmiotów poza "michałkami", jak WF czy plastyka. Nie ma też oceny z zachowania.

Czy rodzice dostają jakieś pieniądze z państwowej subwencji? Wykonują pracę podobną do nauczycielskiej.

Nie. Subwencje na każdego ucznia dostają samorządy i w formie dotacji trafiają one do szkół macierzystych. Na dziecko w edukacji domowej to dzisiaj kwota ok. 400 zł miesięcznie, 80 proc. dotacji na ucznia czy uczennicę w szkole konwencjonalnej. Chyba że dziecko ma orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego, wtedy dotacja może wynieść nawet 5 tys. zł na pomoc psychologiczną, rewalidację itp.

Z tych pieniędzy szkoła opłaca koszty egzaminów klasyfikacyjnych, a także obsługę administracyjno-prawną. Poza tym może udzielać rodzicom wsparcia, np. wypożyczać materiały dydaktyczne, udzielać konsultacji przed egzaminami. Dziecko może też uczestniczyć w zajęciach pozalekcyjnych w szkole macierzystej.

To chyba dobry interes dla szkół? Oszczędzają na pracy nauczycieli.

Sama prowadzę taką macierzystą szkołę niepubliczną i powiem, że koszty egzaminów i obsługi administracyjnej są tak wysokie, że żadnego "interesu" zrobić się na tym nie da, wbrew złośliwym plotkom. Tym bardziej, że środki z dotacji to "pieniądz znaczony", trzeba się szczegółowo rozliczyć.

Moja szkoła, prowadzona przez Fundację Bullerbyn, specjalizuje się w edukacji domowej. Jest oczywiście zarejestrowana w rejestrze placówek oświatowych, pod kontrolą kuratorium i samorządu.

To jest tzw. szkoła demokratyczna? Bo to hasło słychać coraz częściej.

Nie mieszajmy tych dwóch pojęć. Mamy pod opieką 350 dzieci, z tego w naszej szkole demokratycznej 50 dzieci od 6. do 19. roku życia uczy się stacjonarnie, reszta jest w edukacji domowej.

Szkoła demokratyczna to koncept programowy, model edukacyjno-dydaktyczny, jak metoda Montessori czy szkoły waldorfskie. Opieramy się na dwóch filarach: autonomii i społeczności. Po pierwsze, każda osoba w szkole, każde z nas - niezależnie od wieku czy roli - ma prawo samodzielnie decydować o sobie, w tym kiedy i jak się uczy. I po drugie, każda osoba współpracuje i dogaduje się z pozostałymi członkami społeczności. Wyraża się to w zebraniach szkolnych, wspólnych projektach, wyjazdach, odpowiedzialności za siebie i swoje otoczenie.

Uczniowie i uczennice mają cotygodniową "zieloną szkołę", wyjeżdżają z Warszawy od poniedziałku do środy. W czwartek i piątek są zajęcia w Warszawie, na terenie placówki, a także w przestrzeni miejskiej, np. w muzeach. Raz w miesiącu organizujemy egzaminy klasyfikacyjne.

Poza tą szkołą jest u nas ok. 300 dzieci i młodzieży, które uczą się w edukacji domowej. Za naukę dziecka w szkole demokratycznej rodzice płacą czesne. Dziećmi z edukacji domowej zajmujemy się nieodpłatnie.

Edukacja domowa nie polega już tylko na tym, że to rodzic bez wsparcia samotnie uczy swoje dziecko. Jest wiele miejsc, które wspierają uczenie się dzięki zajęciom pozalekcyjnym oraz różnym formom zdalnym, np. platformom edukacyjnym.

Lex Czarnek 2.0 znacząco ogranicza możliwości takiej nauki.

Jest totalne oburzenie. Jeśli nowelizacja zostanie wprowadzona według projektu poselskiego, dojdzie do tego, że przede wszystkim dzieci z edukacji domowej w obecnych zerówkach oraz klas ósmych napotkają poważną barierę, by się uczyć dalej w tym systemie.

Ustawa miałaby przywrócić rejonizację, którą zniesiono w nowelizacji ustawy z 1 lipca 2021 roku, a to utrudni zapisanie dziecka, bo w niektórych województwach przyjaznych szkół nie ma dużo albo wcale. Publiczna szkoła podstawowa ma obowiązek przyjąć dziecko z rejonu, ale nie ma tej zasady na poziomie szkół ponadpodstawowych, a przed nami kryzys podwójnego rocznika.

Co więcej, jeśli ta nowelizacja wejdzie w życie, szkoła musiałaby spełnić warunek zapewnienia miejsca dla wszystkich dzieci, które przyjęła, w tym dzieci do edukacji domowej. Czyli jeśli szkoła ma 800 miejsc i chce przyjąć setkę dzieci w edukacji domowej, to stacjonarnie może się w niej uczyć 700 dzieci. Sto miejsc musi czekać nie wiadomo na co, podczas gdy w wielu miejscowościach już teraz brakuje wolnych miejsc.

Absurdalne.

Tym bardziej, że z badań wynika, że rezygnacje z edukacji domowej nie przekraczają 5 proc.

Kolejny warunek, to ograniczenie liczby uczniów w edukacji domowej do 50 proc. ogólnej liczby uczniów w danej szkole. To zabija edukację domową w ramach takich inicjatyw jak największa obecnie "Szkoła w chmurze", która prowadzi zajęcia stacjonarne dla kilkuset uczniów, ale w edukacji domowej ma około 10 tysięcy.

Zgodnie z projektem ustawy nie oznacza to, że musieliby zwalniać dotychczasowych uczniów i uczennice, ale nie mogliby przyjmować nowych, dopóki liczba dzieci w systemie stacjonarnym nie dogoniłaby osób w edukacji domowej.

W odniesieniu do wprowadzanego limitu wydawanych zezwoleń (50 proc. - red) przewidziano regulację przejściową, zgodnie z którą wydanie nowego zezwolenia przez dyrektora przedszkola lub szkoły, w których liczba uczniów – według stanu na dzień 1 września 2023 r. – realizujących obowiązek rocznego przygotowania przedszkolnego, obowiązek szkolny lub obowiązek nauki poza przedszkolem, inną formą wychowania przedszkolnego lub szkołą, będzie przekraczała 50 proc. uczniów danego przedszkola, innej formy wychowania przedszkolnego lub szkoły, będzie możliwe dopiero po dostosowaniu liczby uczniów realizujących tzw. edukację domową do wyżej wskazanego limitu.

Przepis ten umożliwi zatem kontynuowanie kształcenia dzieci w ramach edukacji domowej, które uzyskały zezwolenie przed dniem 1 września 2023 r., także w tych przypadkach gdy w danej szkole limit dzieci kształcących się w tej formule byłby przekroczony. Dopóki limit dzieci kształcących się w ramach tzw. edukacji domowej będzie przekroczony, dyrektor przedszkola lub szkoły nie będzie uprawniony do wydania nowych zezwoleń.

Aby móc przyjąć nowych uczniów musiałaby zapewnić stacjonarne miejsca dla tych wszystkich 10 tys. dzieci, co oznacza 25 tys. metrów kwadratowych powierzchni i to spełniającej surowe kryteria obiektów edukacyjnych. Nie do pomyślenia.

Mając kilkuset uczniów stacjonarnych i 1o tys. w edukacji domowej musieliby wynająć stadion. I go utrzymać.

W 2021 roku poluzowano nam przepisy, teraz mają zostać usztywnione. Chcą ograniczyć czas przejścia dziecka na edukację domową do trzech tygodni - od 1 do 21 września (obecnie może to nastąpić w dowolnym momencie). To dyskryminacja dzieci, których rodzice stwierdzą np. w październiku, że szkoła szkodzi ich dziecku.

Dalej - mają zamiar ograniczyć możliwość przeprowadzania egzaminów klasyfikacyjnych do formy stacjonarnej w siedzibie szkoły macierzystej (obecnie nauczyliśmy się to robić zdalnie) i pod zwiększoną kontrolą kuratorium. Już w roku szkolnym 2022/2023 egzaminy musiałyby być zgłaszane kuratorium na dwa tygodnie przed ich organizacją, musiałyby być przeprowadzone w szkole i mogłaby na nie przyjść osoba z kuratorium.

To dyskryminacja, bo inne dzieci mogą spotkać kuratora jedynie na egzaminie ósmoklasisty i maturze. Uczniowie i uczennice edukacji domowej zdają te egzaminy tak jak wszyscy, my np. współpracujemy w tym celu z uniwersytetem SWPS. Wyniki są powyżej średniej krajowej.

Poza tym, tylko dzieci z nauczania domowego muszą zdawać egzaminy kwalifikacyjne z materiału całego roku. Jeśli wejdzie w życie Lex Czarnek 2.0, będzie to się działo w szkole konwencjonalnej, z niekoniecznie życzliwym egzaminatorem.

Za tymi zmianami stoi - typowa dla tej władzy - chęć zwiększenia kontroli i ograniczenia swobody i różnorodności. Z tego co mówisz wynikałoby, że także zamiar ograniczenia oświaty niepublicznej. Ta sama nowelizacja uderza w autonomię szkół społecznych.

W praktyce te ograniczenia sprawiają, że oświata niepubliczna w znacznym stopniu traci możliwość organizowania edukacji domowej. Zostaje edukacja publiczna, która nie jest na to przygotowana.

Nikt do końca nie wie, po co minister i rząd to robią. Mam skojarzenia z reformą Anny Zalewskiej, która wprost zarzucała nadużycia w obrębie edukacji domowej - jej zdaniem dotacje na edukację domową były wykorzystywane niezgodnie z ich przeznaczeniem. I w końcu 2015 roku, między świętami, ministra obniżyła o 40 proc. dotacje na edukację domową, ot tak.

Są też opinie, że padamy ofiarą próby ukrócenia edukacji zdalnej, która po doświadczeniu nauczania w czasie pandemii rozpowszechniła się, także w postaci egzaminów on-line. Nie było podstaw prawnych, żeby tego zabronić. Ustawodawca postanowił je wprowadzić.

A może chodzi o to, by powstrzymać odpływ dzieci ze szkół publicznych? Według Systemu Informacji Oświatowej dzieci korzystających z edukacji domowej jest już 31 477 (stan na 30 września 2022). Gwałtowny wzrost nastąpił w czasie pandemii.

Tak, ale w porównaniu z ogólną liczbą uczniów to wciąż mniej niż 1 procent. Może ministerstwo chce raczej skłonić rodziny, które wybierają taką formę edukacji, do przyjścia do szkoły publicznej, bo wobec braku nauczycieli to korzystne rozwiązanie dla systemu.

Jeśli zatem ktoś ma obecnie dziecko w edukacji domowej, a Lex Czarnek weszłoby w życie, to...

...ma mieć prawo do kontynuacji nauki, choć może to być trudne do pogodzenia z warunkami postawionymi szkołom, o których mówiliśmy, bo nie będą się mogły rozwijać i mogą upadać.

Jeśli dziecko idzie do pierwszej klasy, to teraz będzie musiało zgłosić się w swojej publicznej szkole rejonowej, która musi je przyjąć i jakoś spełnić wymogi postawione przez nowelizację. Każdy rodzic może taki wniosek złożyć, dyrektorka czy dyrektor nie może odmówić.

W przypadku szkół ponadpodstawowych rzecz się komplikuje, bo oświata publiczna nie ma obowiązku zapewnienia miejsc dla wszystkich chętnych. Pozostawienie pustej przestrzeni w szkole "na wszelki wypadek", gdyby dziecko z edukacji domowej zrezygnowało - to nie jest atrakcyjna propozycja. Będą niechętni.

Z kolei w szkołach niepublicznych dziecko w edukacji domowej to strata czesnego albo konieczność pobierania czesnego za ograniczone usługi edukacyjne.

Co w związku z tym?

W odróżnieniu od zawetowanego przez prezydenta rządowego Lex Czarnek, obecny - poselski - projekt jest procedowany w trybie bez konsultacji społecznych, a więc ultra szybko. Tempo wprowadzania zmian może być szokujące. Już we wtorek (25 października 2022) odbędzie się jego pierwsze czytanie w sejmowej komisji edukacji. Ustawa może wejść w życie nawet w miesiąc.

Niby nie zagraża on odebraniem prawa do edukacji domowej dzieciom, które obecnie uczą się w tym systemie, ale uderzy w prawa uczniów kończących podstawówkę i przedszkole, którzy chcieliby zacząć taką naukę.

Obecnym uczniom przedszkolnych zerówek i ósmych klas drastycznie odcina się drogę do edukacji domowej.

Podobnie uczennicom i uczniom już chodzących do szkoły podstawowej czy ponadpodstawowej, których rodzice chcieliby przejść na edukację domową. Zwłaszcza w liceach i technikach może to być po prostu niemożliwe.

Dlatego, jeśli ktoś myśli o przejściu na edukację domową, to powinien to zrobić jak najszybciej, bowiem we wrześniu 2023 roku może to być skrajnie trudne. Większość szkół specjalizujących się we wspieraniu uczniów w edukacji domowej – w tym przede wszystkim szkół niepublicznych – straci możliwość wydawania pozytywnych decyzji na wniosek rodzica o edukację domową.

"Propozycje te zagrażają kontynuacji naszej misji i blokują możliwość rozwoju – informuje Szkoła w Chmurze. – Naszym celem jest to, by każdy uczeń i uczennica w Polsce wiedzieli, że mają wybór ścieżki edukacyjnej. Nie chcemy zabierać dzieci ze szkół tradycyjnych. Chcemy pokazać, że nie jest to jedyna możliwa ścieżka".

Będziemy jako środowisko edukacji domowej protestować, liczymy na opamiętanie rządu i sprzeciw opozycji. Odzywają się do mnie rodzice dzieci zdających w 2023 roku egzamin ósmoklasisty. Do stresu egzaminu dochodzi lęk o to, co dalej. Jeśli ta ustawa wejdzie w życie, liczba dzieci w edukacji domowej może spaść nawet o połowę. Szkoda dzieciaków, które odeszły ze szkoły konwencjonalnej nie bez powodu.

Obawiam się, że Lex Czarnek 2.0 może sprawić, że odbiorą nam prawo do prowadzenia szkoły, bo nie damy rady spełnić nielogicznego warunku trzymania pustych sal.

We wtorek będziemy protestować pod Sejmem, a ja wybieram się na komisję edukacji bronić praw rodziców i dzieci.

Zmiany w Lex Czarnek 2.0 w pigułce

Wpis Marianny Kłosińskiej na FB:

W projekcie zmian dla edukacji domowej z zawartych w nim przepisów przejściowych należy wnioskować, że projektodawcy zamierzają wprowadzić zmiany już w bieżącym roku szkolnym 2022/2023!

W szczegółach wygląda to tak:

1. Zezwolenia na ED wydane przed dniem wejścia w życie ustawy pozostają w mocy.

2. Do wniosków o ED nierozpatrzonych przed dniem wejścia ustawy stosuje się nowe przepisy:

  • Ograniczenie terminu przejścia dziecka na ED od 1 do 21 września;
  • Ograniczenie liczby dzieci w ED w danej szkole do możliwości lokalowych placówki;
  • Ograniczenie dostępności do ED do rejonizacji wojewódzkiej;
  • Ograniczenie liczby uczniów w ED do 50 proc. ogólnej liczby uczniów w danej szkole;
  • Ograniczenie możliwości przeprowadzania egzaminów klasyfikacyjnych do formy stacjonarnej i pod zwiększoną kontrolą kuratorium (konieczność zgłaszania terminów egzaminów oraz możliwość bezpośredniego nadzoru wizytatora);
  • Obowiązek zapewnienia miejsca w danej szkole dla wszystkich dzieci, które są w niej w ED na wypadek cofnięcia decyzji ED.

3. Do egzaminów już w roku szkolnym 2022/2023 stosuje się nowe przepisy (czyli muszą być zgłoszone do kuratorium na dwa tygodnie przed ich organizacją, muszą być przeprowadzone w szkole i może być na nich obecna osoba z KO).

4. Jeśli 1 września 2023 roku liczba uczniów w ED przekroczy 50 proc. ogólnej liczby uczniów, to zezwolenia na ED nie będą wydawane do dnia, w którym nie zostanie dostosowana ona do limitu z nowych przepisów.

Tak jest obecnie. Kto chce, może jeszcze skorzystać

Na naukę w domu mogą przejść uczniowie i uczennice w każdym wieku. Rodzice mogą zdecydować o tym w dowolnym czasie roku szkolnego. Uczeń/uczennica jest zapisana do szkoły stacjonarnej, ale nie bierze udziału w tradycyjnych lekcjach.

Realizacja programu nauczania jest weryfikowana na koniec roku szkolnego w formie egzaminów. Rodzice mogą jednak podejść kreatywnie do formy nauczania, a dzieci zyskują więcej czasu na rozwój we własnym zakresie i zgodnie ze swoimi zainteresowaniami.

Przepisanie dziecka na edukację domową jest dość proste. Trzeba złożyć trzy dokumenty: wniosek do szkoły stacjonarnej, oświadczenie, w którym rodzice deklarują, że zdają sobie sprawę, że ich dziecko musi zapoznać się z podstawą programową i zobowiązanie dziecka do przystępowania do egzaminów. Gdy dyrektor/ka wyrazi zgodę, uczeń/uczennica oficjalnie zaczyna nauczanie domowe. Cały proces można zamknąć w dwa tygodnie.

Zmiana ustawy z 1 lipca 2021 roku mocno zliberalizowała edukację domową. Wcześniej rodzice musieli zapisać dziecko do edukacji domowej do szkoły, która jest w ich województwie. To było trudne, bo w niektórych województwach takich przyjaznych szkół nie ma dużo albo wcale. Teraz można zapisać się na nauczanie domowe w dowolnej szkole w Polsce.

Zniesiono wymóg opinii poradni psychologiczno-pedagogicznej i to znacznie ułatwia ten proces.

Skąd taka decyzja? Jak tłumaczył OKO.press Jan Urmański - socjolog, badacz i praktyk edukacji domowej z konserwatywnej Fundacji Republikańskiej – rząd zdecydował się na uproszczenie procedur edukacji domowej po naciskach ze strony środowiska zwolenników tej formy edukacji. Nauczanie domowe cieszy się sporym zainteresowaniem w środowiskach prawicowych – Ordo Iuris w grudniu tego roku (2021) apelowało do szefa MEiN Przemysława Czarnka o zwiększenie subwencji oświatowej na rzecz uczniów w edukacji domowej – z 60 proc. do 80 proc. obiecanych w lutym 2021.

*Marianna Kłosińska, założycielka i prezeska Fundacji Bullerbyn na rzecz wspólnoty dzieci i dorosłych oraz Fundacji Dzieci Mają Głos. Autorka projektu Wioska Bullerbyn, który realizuje od ponad 10 lat. W 2012 roku założyła Wolną Szkołę Demokratyczną Bullerbyn, a w kolejnych latach Szkołę Podstawową Ronja, Szkołę Podstawową Bullerbyn i Liceum Astrid. Propagatorka idei Unschoolingu ("odszkolnienia") jako "stanu umysłu" oraz liderka oddolnego ruchu edukacji demokratycznej w Polsce. Zasiada w organach międzynarodowego stowarzyszenia edukacji demokratycznej EUDEC.

Studiowała grafikę na Europejskiej Akademii Sztuk Pięknych. Absolwentka Akademii Przywództwa Liderów Oświaty oraz Szkoły Facylitacji Pathways. Wierzy w siłę oddolnej zmiany w edukacji, którą widzi we współpracy między dorosłymi we wspieraniu i poszanowaniu autonomii dziecka.

Mama trójki dorosłych dzieci, dwoje kończyło edukację domową.

Udostępnij:

Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne