0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Jacek Marczewski / Agencja Wyborcza.plFot. Jacek Marczewsk...

W piątek, 31 lipca 2026 roku, Sejm przyjął zaproponowane przez Senat i pozytywnie zaopiniowane przez sejmową Komisję Zdrowia poprawki nazwane Lex Szarlatan.

Ustawa o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta od lat wymagała modyfikacji, które ukróciłyby pseudomedyczne działania nieposiadających medycznego wykształcenia hochsztaplerów.

Ustawa czeka już tylko na podpis prezydenta Karola Nawrockiego. Po wprowadzeniu w życie zmian za uprawianie pseudomedycyny mają grozić kary w wysokości nawet do miliona złotych.

Propozycja – choć bez wątpienia potrzebna i ambitna – zdołała jednak wzbudzić wątpliwości wśród przedstawicielek i przedstawicieli zawodów medycznych. Mimo że nowelizacja ustawy sama w sobie nie powinna wpłynąć na realia pracy personelu medycznego, część medyków i medyczek – o czym pisaliśmy również w OKO.press – twierdzi, że projekt jest nieprecyzyjny i zostawia furtkę, która pozwoli uderzyć również w osoby pracujące w szpitalach czy przychodniach.

Przeczytaj także:

Rozmawiamy z Rzecznikiem Praw Pacjenta, by znaleźć odpowiedzi na trapiące medyków pytania i wytłumaczyć, dlaczego postępujący zgodnie ze sztuką specjaliści nie mają czego się obawiać.

Chcemy ukrócić pseudomedyczne działania

Oliwia Gęsiarz, OKO.press: Czy Lex Szarlatan to dobra propozycja?

Bartłomiej Chmielowiec, Rzecznik Praw Pacjenta: To okaże się w praktyce. Te dwa lata pracy, które poświęciliśmy w Biurze Rzecznika Praw Pacjenta zarówno z Ministerstwem Zdrowia, jak i uczestnikami konsultacji międzyresortowych i społecznych, daje mi przekonanie, że gotowy projekt odpowiada na zagrożenia dla pacjentów i spełnia potrzeby, wynikające z naszych doświadczeń.

Po pierwsze: wzmacnia instytucję Rzecznika Praw Pacjenta, żebyśmy mogli lepiej reprezentować prawa pacjenta, samych pacjentów i radzić sobie z patologiami, które występują obecnie w przestrzeni związanej z ochroną zdrowia.

Po drugie: pozwala skuteczniej reagować na sytuacje, w których osoby nieposiadające absolutnie żadnych uprawnień, żadnego doświadczenia, ani żadnych studiów – jak słynny Oskar D. – oferują pseudoleczenie czy pseudoterapie osób ciężko – w tym onkologicznie – chorych.

W mojej ocenie

dołożyliśmy maksimum staranności, żeby ten projekt był idealny.

Natomiast oczywiste jest, że może on w przyszłości – jak wszystkie przepisy – ewoluować. Jeżeli zajdzie potrzeba doprecyzowania jakichś kwestii, będziemy reagować. W tym momencie nie widzę jednak takiej konieczności.

Na tę chwilę nie wprowadziłby Pan absolutnie żadnych modyfikacji w kształcie projektu?

Na tę chwilę, biorąc pod uwagę dyskusję, która odbyła się w Sejmie, w Komisji Zdrowia i wsłuchując się w argumenty, które na niej padły, uważam, że na etapie legislacyjnym, na którym ten projekt jest – a więc po etapie Senatu, który przegłosował kilka poprawek doprecyzowujących jego zapisy – nic bym nie zmieniał.

Pora schować chłopski rozum do kieszeni

Spróbujmy w takim razie odejść na chwilę od wspomnianych osób bez uprawnień – takich typowych szarlatanów leczących lewoskrętną witaminą C – i wejść w buty przeciętnego Kowalskiego uczęszczającego od kilku dekad do tej samej przychodni, w której przyjmuje ten sam lekarz pierwszego kontaktu i pediatra w jednym. Znają go wszyscy w okolicy. Zazwyczaj bez zarzutów wyleczy zwykłe przeziębienie, ale niekoniecznie aktualizuje swoją wiedzę i od czasu do czasu wyda na przykład zalecenie dopajania noworodka wodą w upały. Nie zaleci tego jednak pisemnie, lecz ustnie – dodając, że przecież tak się robiło przez lata i jakoś wszyscy żyjemy. Jak pacjent może zgłosić taki incydent, by nie zostało mu zarzucone, że to słowo przeciwko słowu? Czy od teraz wszyscy powinniśmy wchodzić do gabinetów lekarskich uzbrojeni w dyktafony?

Zgodnie z aktualnymi zaleceniami, zarówno noworodkom, jak i niemowlętom przed ukończeniem szóstego miesiąca życia, nie należy podawać żadnych pokarmów (w tym płynów) poza mlekiem matki lub mieszanką modyfikowaną. Wcześniejsze wprowadzenie wody jest równoznaczne z rozszerzeniem diety i może prowadzić m.in. do zaburzeń elektrolitowych, przewodnienia hipotonicznego czy problemów z prawidłowym przybieraniem na wadze.

Ten projekt w żaden sposób nie wpływa na tego typu sytuacje. Rzecznik Praw Pacjenta już dotychczas, przed zmianami, mógł podejmować – i podejmował oraz podejmuje – działania wobec placówek medycznych, w których personel postępuje niezgodnie z aktualną wiedzą medyczną. To wynika bezpośrednio z Artykułu 6. Ustawy o Prawach Pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, który mówi o tym, że leczenie powinno być realizowane zgodnie z aktualną wiedzą medyczną.

Tak naprawdę cały system ochrony zdrowia w Polsce i nie tylko jest oparty właśnie na aktualnej wiedzy medycznej, czyli najnowszych osiągnięciach nauki, najnowszych zaleceniach terapeutycznych, najnowszych wskazówkach dotyczących metod leczenia.

Oczywiste jest, że aktualna wiedza medyczna się zmienia – inaczej nie byłaby aktualna. My o tym wiemy i to nie jest odkrycie na miarę koła, co niektórzy próbują nam zarzucać.

Przykładowo: jeszcze 20 lat temu nie wiedzieliśmy, co to jest Helicobacter Pylori i bagatelizowaliśmy związane z nim dolegliwości. Po tym, jak ta bakteria została odkryta i zbadano, co się dzieje pod jej wpływem z ludzkim organizmem, nasza wiedza uległa aktualizacji, a więc i postępowanie się zmieniło.

W związku z tą ciągłą ewolucją nie da się stworzyć jednolitej definicji aktualnej wiedzy medycznej. Nie znaczy to natomiast, że skoro nie ma pełnej definicji, to nie można stworzyć wzorca postępowania.

Weźmy inny przykład: borelioza.

Swego czasu do użytku weszło pojęcie „przewlekłej” boreliozy. To termin, który nie funkcjonuje w żadnych wiarygodnych międzynarodowych wytycznych. Ani w Europie, ani poza nią. Nie był on więc zgodny z aktualną wiedzą medyczną. Mimo tego część placówek medycznych w Polsce zalecała leczenie tej rzekomej „przewlekłej boreliozy” dwoma lub trzema antybiotykami jednocześnie przez rok.

Takie działanie stanowiło ogromne obciążenie dla organizmu pacjenta. Niszczyło wątrobę, nerki, serce. Prowadziło do wielu powikłań. Zasięgnęliśmy opinii konsultantów, Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, Ministerstwa Zdrowia, Rady Ekspertów Naczelnej Izby Lekarskiej.

W oparciu o całość zebranego materiału jednoznacznie stwierdziliśmy, że takie postępowanie – a więc stosowanie szeregu antybiotyków w leczeniu boreliozy – nie ma żadnych podstaw. Nie istnieją żadne przesłanki sugerujące, że to bezpieczne i skuteczne. Wiedza została zaktualizowana, a przestarzałe postępowanie ukrócone.

Tak samo możemy – jako Biuro Rzecznika Praw Pacjenta – zareagować we wszystkich innych przypadkach nieprawidłowego postępowania medyków. Pacjenci zaś mogą w każdej chwili zgłaszać nam swoje zastrzeżenia, uwagi czy sygnały dotyczące tego, że w danej placówce były im proponowane działania, które z aktualną wiedzą medyczną nie mają nic wspólnego.

Trzeba pamiętać, że zawody pielęgniarki, położnej czy lekarza są zawodami zaufania publicznego. W związku z tym stawiamy wobec nich wyższe wymagania, jeżeli chodzi o przestrzeganie prawa i realizację norm związanych z kodeksem etycznym.

To wiemy i robimy już teraz. Do tego mamy odpowiednie narzędzia, z których korzystamy. Nie o tym jest Lex Szarlatan.

Rolą nowych przepisów nie jest ograniczanie możliwości niesienia pomocy pacjentom przez medyków, lecz ukrócenie działań pseudomedycznych oszustów. Zarówno tych, którzy twierdzą, że ich magiczne suplementy za tysiące złotych wyleczą nowotwory piersi, jak i tych, którzy posiadając wykształcenie inżynierskie, bawią się w pseudoginekologię i oferują „leczenie” niepłodności przy pomocy nakłuwania macicy.

Ile to wszystko kosztuje?

Zatrzymajmy się na chwilę przy tej ginekologii i tysiącach złotych. Czy to nie jest trochę tak, że jednak Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek? Z jednej strony lada moment ma wejść w życie dopracowany w najdrobniejszych szczegółach projekt Lex Szarlatan, którego rolą – jak sam Pan wspomniał – jest chronienie pacjentów. Z drugiej strony natomiast mamy potraktowaną nieco po łebkach kwestię refundacji szczepień dorosłych przeciwko HPV. Czy jest refundacja? Jest, oczywiście. Problem w tym, że w połowie. I co najwyżej szczepionką działającą na niewielką część odmian HPV. Dlaczego, skoro mamy chronić pacjentów przed niewłaściwym leczeniem nowotworów i pseudo profilaktyką, oferujemy im jednocześnie systemowe ochłapy?

Wprowadzenie ustawy Lex Szarlatan to znikomy wydatek dla budżetu państwa. O refundacji szczepień zdecydowanie nie można powiedzieć tego samego.

Żadne państwa – nawet tak zamożne, jak Niemcy czy Norwegia – nie refundują wszystkich dostępnych na rynku leków. Potrzeby związane z medycyną rosną w gigantycznym tempie. Ważne, że szczepienia są i że jest możliwość ich przyjęcia. Ważne również, że wprowadziliśmy do szkół edukację zdrowotną. Obecne rozwiązanie to wypadkowa naszych państwowych możliwości finansowych. Ta kołdra zawsze będzie za krótka i komuś czasem zmarzną nogi.

Czy w takim razie można wyczytać z Pana odpowiedzi, że leczenie nowotworów spowodowanych przez HPV jest dla naszego systemu tańsze niż zapewnienie najlepszych dostępnych na rynku szczepień?

To kwestia priorytetów. Jeżeli chodzi o szczepienie na HPV, pierwszy ważny krok został wykonany. Pacjent – lub, w przypadku dzieci, rodzice pacjenta – mają wybór między szczepionką A i B. Jestem przekonany, że jeśli pojawią się możliwości finansowe, będą podejmowane dalsze decyzje – między innymi w kwestii zwiększenia przedziału wiekowego objętego pełną refundacją, a być może również obowiązkowości tych konkretnych szczepień.

Oczywiście, że najlepszą sytuacją byłaby ta, w której wyedukowane społeczeństwo samodzielnie podejmuje decyzje związane z przyjmowaniem szczepionek.

Niestety, zalewa nas ogromna fala dezinformacji medycznej. Fala, z którą bardzo trudno sobie poradzić, bo dotyka nie tylko kwestii medycyny, ale również organów państwa.

Wiemy, że to może być – i jest – napędzane przez kraje, które są nam wrogie i którym zależy na tworzeniu podziałów. Celem tej dezinformacji jest między innymi podważanie zaufania do takich instytucji jak Ministerstwo Zdrowia, Narodowy Fundusz Zdrowia czy Rzecznik Praw Pacjenta. Obserwujemy to każdego dnia i musimy podejmować konkretne kroki, by z takimi zmanipulowanymi przekazami walczyć.

Lex Szarlatan a opieka okołoporodowa

À propos zmanipulowanych przekazów i kreatywnych interpretacji wprowadzanych zmian: co z osobami – w tym dyrektorami szpitali – którzy postanowią wykorzystać Lex Szarlatan jako furtkę do cięć kosztów? Co z położnymi, które usłyszą, że na oddziale nie zostanie uzupełniony zapas olejku z szałwii muszkatołowej albo nie pojawią się szale rebozo [popularne akcesoria do niefarmakologicznego łagodzenia bólu porodowego – przyp. aut.], żeby przypadkiem nikt nie posądził personelu o szamańskie działania podlegające karze w ramach nowych przepisów? Co z kobietami, które obawiają się utracenia niefarmakologicznych metod łagodzenia bólu porodowego?

Zgodnie z aktualnym Standardem Organizacyjnym Opieki Okołoporodowej (SOOO):

8. Łagodzenie bólu porodowego obejmuje metody niefarmakologiczne i farmakologiczne.

9. Metody niefarmakologiczne łagodzenia bólu porodowego obejmują w szczególności:

1) utrzymanie aktywności fizycznej kobiety rodzącej i przyjmowanie pozycji zmniejszających odczucia bólowe, w tym spacer, kołysanie się, przyjmowanie pozycji kucznej lub pozycji wertykalnych z wykorzystaniem sprzętów pomocniczych, w szczególności takich jak gumowa piłka, worek sako, drabinki, materac, sznury porodowe, krzesło porodowe;

2) techniki oddechowe i ćwiczenia relaksacyjne;

3) metody fizjoterapeutyczne, w tym masaż relaksacyjny, ciepłe lub zimne okłady w okolicach odczuwania bólu, przezskórną stymulację nerwów (Transcuteneous Electrical Nerve Stimulation – TENS);

4) immersję wodną;

5) akupunkturę;

6) akupresurę.

Farmakologiczne leczenie bólu – a tym jest m.in. znieczulenie zewnątrzoponowe – stanowi medykalizację porodu i powinno być wprowadzone w momencie wystąpienia wskazań do jego zastosowania:

37. Farmakologiczne metody łagodzenia bólu porodowego są wdrażane w przypadku braku oczekiwanej skuteczności zastosowanych metod niefarmakologicznych lub wystąpienia wskazań medycznych do ich zastosowania. Rozpoczęcie farmakologicznego łagodzenia bólu porodowego każdorazowo jest poprzedzone badaniem położniczym oraz przeprowadzoną i udokumentowaną przez lekarza położnika oceną natężenia bólu lub identyfikacją wskazań medycznych oraz uzyskaniem zgody kobiety rodzącej na zastosowanie proponowanej metody.

Nowy kształt Ustawy o Prawach Pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta w żadnym stopniu nie wpływa na takie kwestie. Podejmowaliśmy jako instytucja Rzecznika Praw Pacjenta działania wobec placówek medycznych, które nie oferowały pacjentkom żadnej metody leczenia bólu porodowego.

Narodowy Fundusz Zdrowia zwiększył wycenę porodów ze znieczuleniem zewnątrzoponowym. Tu oczywiście pojawiają się problemy z dostępnością anestezjologów czy wymaganiami stawianymi przed personelem mającym taką analgezję zapewniać. Intensywnie działamy nad poprawą tej sytuacji.

Na skutek naszych kilkudziesięciu wystąpień widzimy zmiany w wielu placówkach. Oczywiście, dalej nie jesteśmy usatysfakcjonowani, ponieważ odsetek znieczuleń jest zbyt niski. Zdajemy sobie z tego sprawę.

Trochę uciekł Pan z zasadniczej części pytania. Wspomniał Pan o tym, jakie kroki są podejmowane w kierunku zapewnienia szerszego dostępu do znieczulenia zewnątrzoponowego. To oczywiście bardzo ważne zagadnienie, jednak pytałam o coś zgoła innego – metody niefarmakologiczne. Nowy, obowiązujący od maja Standard Organizacyjny Opieki Okołoporodowej, miał zapobiegać medykalizacji porodów w sytuacjach, gdy nie jest to konieczne i pacjentka jej nie chce. Czy niemedykalizowanie z nowego SOOO nie kłóci się przypadkiem z zapisami Lex Szarlatan?

Nie. Ani trochę. Nie ma tu konfliktu, ponieważ Lex Szarlatan nie dotyczy osób wykonujących zawody medyczne – a więc również położnych czy lekarzy pracujących na oddziałach położniczych.

Znowelizowana ustawa nie jest i nigdy nie miała być wymierzona w specjalistów.

Jej rolą jest ukrócenie działań osób żerujących na pacjentach.

Posłowie nie mogą siać dezinformacji

A co, jeśli taką żerującą osobą jest poseł lub posłanka?

Jeżeli okazałoby się, że jakiś poseł oferuje na przykład niesprawdzone, niemające żadnego potwierdzenia w Evidence-Based Medicine metody leczenia i będzie z tego tytułu czerpał korzyści – czy to majątkowe, czy osobiste – będziemy wobec takiego posła podejmować działania.

Jeżeli ktoś będzie namawiał pacjentów do leczenia nieuleczalnych chorób metodami, które nie mają żadnego potwierdzenia w świecie nauki – na przykład słynnymi swego czasu czepkami z Indonezji – zareagujemy.

A jeśli taki poseł lub posłanka nie zaoferuje żadnego czepka ani leczenia, ale postanowi budować swoje poparcie i rozpoznawalność, udzielając wywiadu w oglądanym przez setki tysięcy internautów podcaście, w którym stwierdzi, że szczepienia powodują bezpłodność, a kwalifikujący do szczepień lekarze nie wykluczają przeciwwskazań u pacjentów?

Gdy znowelizowana ustawa wejdzie w życie, będziemy mogli skutecznie działać w tego typu sytuacjach. Po pierwsze, dementując tak nieprawdziwe zmanipulowane przekazy, a po drugie jednoznacznie oznaczając takie osoby jako siejące dezinformację medyczną. Ta ustawa jest równa wobec wszystkich.

Na zdjęciu Oliwia Gęsiarz
Oliwia Gęsiarz

Absolwentka położnictwa, logopedka, pedagożka. Na co dzień marketing managerka OKO.press. Poza pracą propaguje położnictwo, w którym każda osoba ma prawo zakończyć swoją ciążę wtedy, kiedy chce i tak, jak chce.

Komentarze