Prowadzone przez Polską Akcję Humanitarną centrum edukacyjne w Bejrucie zostało zniszczone przez izraelski pocisk. W odbudowanej placówce młode Libanki i Libańczycy szukają dla siebie i swoich rodzin nadziei i perspektyw w kraju niemal ich pozbawionym
W różnych zakątkach globu słowo „wojna” kojarzy się z różnymi konfliktami: innymi w Etiopii, innymi w Birmie, jeszcze innymi w Armenii. Tutaj w Bejrucie ludzie, mówiąc o wojnie, na ogół mają na myśli ubiegłoroczne walki Hezbollahu i Izraela. To jeden z kluczowych frontów konfliktu bliskowschodniego. Trwa nieustannie od powstania Hezbollahu w latach 80. ubiegłego stulecia, a trzykrotnie, co około jedno pokolenie, przeradza się w pełnoskalowy konflikt – ostatni raz właśnie jesienią 2024 roku.
Jeden z tysięcy izraelskich pocisków, które spadły wtedy na Liban, zniszczył budynek, w którym mieściło się Centrum GLOW.
To prowadzone od 2020 roku przez Polską Akcję Humanitarną w Bejrucie centrum pomocy dla grup szczególnie narażonych na chaos, w którym od lat grzęźnie Liban, a przede wszystkim dla ludzi młodych (większość populacji Libanu stanowią osoby poniżej 35. roku życia).
Pocisk nadleciał kilkadziesiąt godzin przed zawieszeniem broni.
To historia tego jednego pocisku.
Od tamtego ostrzału minął rok. Jest listopad 2025 roku, jeden sąsiedni budynek został zupełnie zniszczony, drugi opuścili wszyscy mieszkańcy, zostały tylko usługi na parterze. Bejruckie Centrum GLOW udało się jednak odbudować i właśnie zaczyna się uroczyste otwarcie.
Przy wejściu do budynku widzę apteczkę, ale nie ma na niej znaku czerwonego krzyża, jest za to czerwony półksiężyc (z kolei w Izraelu byłby to znak gwiazdy Dawida). Patrząc na nią, myślę o tym, że już od roku nie spadły tu bomby. Nie wiem jeszcze, że kolejne uderzą nieopodal już za kilka dni, przypominając, że konflikt Hezbollahu z Izraelem trwa nieustannie od czterdziestu lat.
Polska Akcja Humanitarna pojawiła się w Libanie w 2020 roku, przychodząc z pomocą ofiarom eksplozji saletry amonowej w bejruckim porcie. Skala zniszczeń była ogromna, był to jeden z największych nieatomowych wybuchów w historii.
Dla kraju, który graniczy jedynie z wrogim Izraelem i pogrążoną wtedy od lat w wojnie domowej Syrią, morze było głównym oknem na świat – tą drogą szło 80 proc. libańskiego eksportu.
Ale była to tylko jedna z wielu plag libańskich, które spadły na ten kraj.
W latach 60. i 70. XX wieku Liban nazywany był „Szwajcarią Bliskiego Wschodu”, słynął ze świetnych uczelni, zamożni Arabowie trzymali w tutejszych bankach majątki, obok Izraela Liban uznawany był za jedyną demokrację w regionie. W 1975 roku wszystko się skończyło, kraj pogrążył się w wieloletniej wojnie domowej. W tym roku mija pół wieku od owego początku końca.
W tym czasie pogłębiała się korupcja (obecnie Liban jest na mizernym 154. miejscu na świecie w Corruption Perceptions Index), nepotyzm, oligarchia. Ponadto przez długi czas różne jego regiony były okupowane przez Izrael i Syrię (a mówimy o kraju malutkim, kilkukrotnie mniejszym od województwa mazowieckiego), za sprawą Hezbollahu rosły wpływy Iranu, a armia libańska tradycyjnie była dopiero którąś najsilniejszą w kraju. Jednak jeszcze w 2009 roku „New York Times” uznał Bejrut za najciekawsze miasto do odwiedzenia dla turystów z całego świata, tym razem nazywając go „Paryżem Bliskiego Wschodu”.
Kolejna fala kłopotów zaczęła przykrywać kraj w 2019 roku. Wówczas załamał się system finansowy, okazało się, że libański bank centralny latami działał jak piramida finansowa. W efekcie co trzeci Libańczyk utracił dostęp do swoich oszczędności, wartość waluty spadła o 95 proc. Niezadowolenie wylało się na ulice, a podczas Rewolucji 17 października na ulice wyszedł co piąty Libańczyk.
Jak podawało w 2024 roku działające na miejscu Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej, w latach 2019-2024 stopa ubóstwa, która wcześniej wynosiła 10-20 proc., wzrosła do 80 proc.; Liban przez dwa lata nie miał też prezydenta, a kraj zaczęto nazywać „Titanikiem bez orkiestry”. Według Biura Narodów Zjednoczonych ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej „w szczycie kryzysu dotkniętych nim było co najmniej 1,3 miliona ludzi, w tym blisko 900 tysięcy wewnętrznie przesiedlonych. Ponad 560 tysięcy przekroczyło granicę z Syrią po 23 września 2024 roku […]”.
W 2024 roku około 3,7 miliona osób – w tym obywatele Libanu, uchodźcy syryjscy, palestyńscy oraz migranci – potrzebowali pilnej pomocy. Na domiar złego dzień po ataku Hamasu na Izrael z 7 października 2023 roku w wojnę włączył się także Hezbollah – wbrew woli władz w Bejrucie. Konflikt, który szczyt osiągnął w trakcie ubiegłorocznej wojny, dodatkowo osłabił kraj – i zniszczył Centrum GLOW, w którym teraz jestem.
– Miesiąc po wybuchu wojny przeszliśmy na zajęcia online. Z kolei w lutym, po zniszczeniu budynku, wynajęliśmy inną, tymczasową siedzibę – mówi Enaya Ali Al-Dor, menadżerka Centrum GLOW, tłumacząc, że w ten sposób setki uczących się w GLOW nawet w najtrudniejszych chwilach nie miały dłuższej przerwy w zajęciach.
Zwiedzam ich odbudowaną siedzibę. Dziś jest wielkie otwarcie, balony, przemowy i ciasteczka, ale w salach praca już wre. Polska Akcja Humanitarna wybrała trzy umiejętności, których uczą się chętni: to fotografia, szydełkowanie i naprawa sprzętu technicznego jak komórki czy komputery. W ten sposób uczestnicy mają się wyszkolić i odnaleźć na rynku pracy (choć niektórzy robią to też dla pasji), a 10 proc. najzdolniejszych otrzyma dodatkową pomoc w założeniu własnego biznesu. Są też zajęcia mobilne, z nimi jeździ się do regionów: od druku 3D przez pisanie CV po radzenie sobie z emocjami przez dzieci. To działania pozytywistyczne, ciche, nie z pierwszych stron gazet.
– Są tu kobiety i mężczyźni różnych religii – szyici, sunnici czy chrześcijańscy maronici – o różnych światopoglądach z różnych regionów – mówi mi Rasha Kousa, menadżerka programowa partnerskiej organizacji International Humanitarian Relief, która obsługuje Centrum.
– Kto jest kim, poznajemy łatwo, choćby po akcencie, on dużo zdradza. Literacki arabski jest ten sam od Mauretanii po Irak, ale różnice dialektalne są łatwe do wychwycenia – podkreśla Rasha. Poza tym jest cały system mikroznaków: od rodzaju zakrycia głowy u kobiet po blizny noszone dumnie na czołach przez pobożnych mężczyzn, które powstają od wielokrotnych pokłonów. Centrum to miejsce integracji, gdzie spotykają się najróżniejsi Libańczycy, co w kraju 18 grup wyznaniowych jest istotne.
Młodzi mieszkańcy Libanu są niezadowoleni ze swojej sytuacji i perspektyw – badania Arab Barometer pokazały, że stopień rozczarowania jest wśród nich bardzo wysoki, wielokrotnie wyższy nawet niż wśród Libijczyków, Sudańczyków czy nawet Palestyńczyków.
Załamanie nastrojów wśród młodych potwierdza w rozmowie ze mną pracownica jednej z bejruckich organizacji zajmujących się młodzieżą. Z ostrożności prosi o anonimowość, tak w Libanie bywa:
– Młodzi ludzie są coraz większymi pesymistami. Wielu z nich obserwuje, jak przyjaciele emigrują i sami widzą coraz mniej możliwości dla siebie. Ciężko pracują i niewiele otrzymują w zamian – wyjaśnia. – Są zmęczeni, zmartwieni, żyją w napięciu. Chcą się szkolić, pracować, mieć poczucie stabilności. Mają wielki potencjał, ale brakuje warunków do jego realizacji.
Dodaje, że mierzą się z wysokimi kosztami edukacji, brakiem pracy, ograniczoną mobilnością, presją rodziny, słabym stanem psychicznym, niestabilnym otoczeniem, które utrudnia długoterminowe planowanie.
Rozmawiamy na kilka dni przed 15. rocznicą samospalenia Mohameda Bouaziziego. W grudniu 2010 roku ten 26-letni uliczny handlarz z niewielkiego tunezyjskiego miasta z desperacji i na znak protestu wobec konfiskaty jego straganu, publicznie odebrał sobie życie. Zapoczątkowało to Jaśminową Rewolucję w Tunezji i było pierwszą kostką domina, która doprowadziła do Arabskiej Wiosny: obalenia rządzących w kilku arabskich krajach oraz wybuchu wojen w Libii, Jemenie i Syrii. Bilans Wiosny, która w dużej mierze była pasmem rewolucji i protestów ludzi młodych, jest jednak mizerny. Ani nie przyniosła demokratyzacji regionu, ani wzrostu poziomu życia, ani nie zwiększyła szans na rozwój.
– Wielu przechodzi u nas szkolenia, a następnie nie ma ich gdzie wykorzystać, gdyż rynek jest zbyt mały – dodaje moja rozmówczyni.
Amani jest 30-letnią Libanką z szyickiej dzielnicy Dahija.
– W GLOW znalazłam swoją drugą rodzinę. Uczę się tu fotografii. Chciałabym kiedyś otworzyć studio fotografii dzieci. Tak, dzieci to najtrudniejsi modele, ale jestem cierpliwa. W ten sposób polepszyłabym też nieco naszą sytuację finansową. Mój mąż jest elektrykiem, mamy średnie jak na Liban zarobki, a ostatnio wszystko tak podrożało i dlatego coraz częściej kobiety pomagają mężom, pracując poza domem – mówi, a ja pytam, które pokolenie miało łatwiej: jej czy jej rodziców?
– My mamy trudniej. Co rusz dochodzi do kolejnego kryzysu, wielu młodych wyjeżdża z kraju. My z mężem zdołamy jeszcze opłacić dzieciom szkołę czy opiekę zdrowotną, ale co mają powiedzieć ubożsi? – wyjaśnia mi Amani, a ja myślę sobie, że w świecie, w którym w użyciu jest kilka miliardów smartfonów i większość mieszkańców Ziemi zawsze trzyma w kieszeni dobrej jakości aparat cyfrowy, nauka fotografii nabiera nowego znaczenia.
W GLOW większość uczestników zajęć, których spotykam, jest młodych. Region MENA (Bliski Wschód i Afryka Północna) należy do najmłodszych na świecie – większość jego populacji jest poniżej 30. roku życia. Badanie Arab Barometer z 2023 „Spojrzenie młodych” pokazuje, że wśród krajów regionu najgorsze nastroje panują właśnie wśród Libańczyków: najwyższy ich odsetek twierdzi, że jakość ich życia jest gorsza niż jakość życia ich rodziców, a najmniej, bo poniżej 1 proc., jest zadowolonych ze swojej sytuacji materialnej. Skalę rozczarowania uświadamia dysproporcja z państwami trawionymi poważnymi kryzysami, gdzie odsetek usatysfakcjonowanych i tak jest znacznie wyższy: nawet w Palestynie i Libii to około jedna trzecia.
Rozczarowanie sytuacją w kraju ma jeszcze inny aspekt. Amani jest mamą trójki małych dzieci – mają rok, dwa i cztery lata. Z jednej strony to dużo, bo więcej niż średnio: współczynnik dzietności w zajmującym pod tym względem odległe 159. na świecie Libanie jest niski – niższy niż w takich krajach rozwiniętych jak Finlandia, Czechy czy Australia – i wynosi 1,71 dziecka na kobietę (za CIA Factbook; przy współczynniku zastępowalności pokoleń, który wynosi 2,1 i oznacza liczbę dzieci, które urodzone przez jedną kobietę zapewnią stały poziom populacji kraju).
Z drugiej jednak strony to mało, a w krajach arabskich rodzi się ich coraz mniej. Deutsche Welle podsumowało niedawno stan badań na temat owej „cichej rewolucji” w regionie. Najpierw w 2016 roku European Association for Population Studies opublikowało badania, w których czytamy: „Historycznie, dla wszystkich okresów, w których prowadzono pomiary, w regionie MENA obserwowano najwyższy poziom dzietności na świecie (z wyjątkiem Afryki Subsaharyjskiej) – i wciąż utrzymuje on ten status. [Jednak] na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci dzietność w większości krajów MENA gwałtownie się załamała – średnio obniżyła się przeszło dwukrotnie: o ile około roku 1960 kobieta rodziła tam 7 dzieci, o tyle w 2012 było to już tylko 3 dzieci”.
W ten sposób
region MENA „doświadczył największego spadku wskaźnika dzietności na świecie na przestrzeni ostatnich 30 lat”.
W kolejnej dekadzie spadkowy trend się utrzymał, a „Middle East Fertility Society Journal” pisze wręcz o „epidemii” bezdzietności w regionie.
W Libanie demografia ma jednak również drugie dno – jest kwestią polityczną. Istnieje tutaj system demokracji multikonfesyjnej: od zarania libańskiej państwowości obowiązuje umowa, zgodnie z którą prezydentem kraju może być jedynie chrześcijanin maronita, premierem sunnita, a marszałkiem parlamentu szyita. Opiera się ona na wynikach ostatniego przeprowadzonego spisu powszechnego. Szkopuł w tym, że miał on miejsce w 1932 roku i od tego czasu już nigdy nie liczono oficjalnie obywateli, aby nie ryzykować destabilizacji Libanu. W tym czasie Liban przestał być już jedynym państwem na Bliskim Wschodzie z większością chrześcijańską (stanowią już najpewniej nie nieco ponad 50 proc., a około 32 proc. – dziś wszystkie kraje regionu są w większości muzułmańskie). Dzietność wśród libańskich muzułmanów jest wyższa niż wśród chrześcijan, a każde kolejne dziecko ma potencjalne znaczenie dla stabilności systemu politycznego.
Zaglądam do innej sali w Centrum GLOW. Trwają w niej zajęcia z szydełkowania. Same kobiety, a pośrodku efekty ich 80-godzinnego kursu: stos zrobionych na drutach cudów. Od młodej dziewzyny siedzącej w rogu dostaję w prezencie małego Smerfa – dam mu na imię Mohamed, na cześć największego arabskiego piłkarza, Salaha.
Później poznam Mariam, uczestniczkę warsztatów w średnim wieku. Z krewnymi żyje w mieszkaniu w lichym bloku w bejruckim obozie palestyńskim, a tak naprawdę w kilkudziesięciotysięcznym mieście w mieście, Burj el Barajneh.
– Pochodzę ze wschodniej Syrii, z miejscowości położonej blisko Iraku. Miałam tam dobre życie – opowiada Miriam. – Ośmioro dzieci, były na uniwersytecie, sama pracowałam jako nauczycielka. A później przyszła wojna i Państwo Islamskie. Rozdzieliliśmy się. Straciłam wielu bliskich, dwóch synów zginęło, mąż trzy lata spędził w Asadowskim więzieniu. Ja uciekłam tutaj.
Gdzie mąż jest teraz? Leży tutaj, za ścianą. Jest ciężko chory, ma problemy z oddychaniem, a ja muszę zdobyć pieniądze na lekarstwa dla niego. Tutaj nie mogę pracować w szkole i również dlatego poszłam na zajęcia z szydełkowania do Centrum GLOW. Chce pan coś kupić? Proszę, może tę? O czym marzę? O lepszej przyszłości dla moich dzieci – tutaj, bo do Syrii już nie wrócimy. I o legalnym statusie, bo teraz nie jestem ani uchodźczynią, ani obywatelką Libanu. Po prostu tutaj mieszkam i próbuję sprzedać to, co zrobię na drutach – opowiada Miriam.
Do pokoju wchodzą dwie młode dziewczyny: jej 20-letnia siostrzenica Sidra i 21-letnia córka Sania.
– Żyjemy tu w 13 osób. Przerwałyśmy edukację i nie mamy możliwości jej kontynuować, nie udało nam się też znaleźć pracy. Tak, dobrze nam tu, Liban to nasz nowy dom, nie chcemy wracać do Syrii. Marzenia? Chciałybyśmy tylko móc się dalej uczyć – mówią zgodnie.
Bo opowieść o młodych w Libanie to również opowieść o uchodźcach. Liban ma dziś najwyższy na świecie odsetek uchodźców per capita oraz na kilometr kwadratowy. Po 2011 roku do tego nieco ponad 5-milionowego kraju uszło około 1,5 miliona Syryjczyków, którzy dołączyli do setek tysięcy innych uchodźców – z Palestyny czy Iraku. Dla wielu z nich kontakt z Libańczykami oznacza również kontakt z ludźmi o innym światopoglądzie, znacznie bardziej liberalnym.
Widać to w badaniu Arab Barometer z 2019 roku, w którym sprawdzano stosunek Arabów do praw kobiet. W przypadku takich pytań, jak „czy kobieta może być głową państwa”, „czy obie płcie powinny mieć równe prawo do rozwodu” bądź „czy obie płcie powinny mieć równe prawo spadkowe” każdorazowo obywatele Libanu są najbardziej liberalni, znacznie zresztą górując nad innymi społeczeństwami w regionie. Na przykład w ostatniej kwestii twierdząco odpowiada 65 proc. Libańczyków, na drugim miejscu są Irakijczycy z wynikiem 29 proc., a wśród Palestyńczyków odsetek ów wynosi zaledwie 8 procent.
I tego można byłoby się spodziewać. Jest jednak coś jeszcze w tych badaniach, może i ciekawszego. Otóż młodsi Libańczycy na ogół są nieco bardziej konserwatywni od pokoleń swoich rodziców i dziadków, a np. w przypadku pytania, „czy mąż powinien mieć decydujące słowo w rodzinie” różnica jest znaczna: zgadza się z tym 55 proc. Libańczyków w wieku 18-29 oraz mniej, bo 48 proc. spośród tych, którzy przekroczyli 30. rok życia.
Ostatnie zajęcia, na które wpadam, dotyczą nowoczesnych technologii. Uczestniczy w nich 21-letnia Jana. Odwiedzę ją później w jej domu, choć szybko dowiaduję się, że w Bejrucie mieszka od niedawna.
– Przyjechaliśmy tu z południa Libanu po 8 października 2023 roku, dwa lata temu – mówi Jana. Ona i jej najbliżsi, którzy wraz z nami siedzą teraz w pokoju w ich mieszkaniu, są uchodźcami wewnętrznymi – z południa kraju, z pobliża izraelskiej granicy, uciekły już setki tysięcy Libańczyków. Wioska Jany została zbombardowana, a dom uszkodzony.
A potem wybuchła pełnoskalowa wojna Hezbollahu z Izraelem, uczelnie przestały działać, ale ona, studentka informatyki, nie chciała przerywać nauki. Wtedy dowiedziała się o działającym w trybie online Centrum GLOW i dołączyła. Uczyła się, jak naprawiać sprzęty, rozwiązywać problemy techniczne, jak zbudowane są komórki czy komputery.
– Moje marzenia? – zastanawia się Jana, a jej rodzice uważnie słuchają, co powie córka. – Chciałabym być informatyczką i zająć się cyberbezpieczeństwem. Ale w Libanie żyjemy każdym dniem, przyszłość jest niepewna. Rodzice mówią, że moje pokolenie ma lepsze życie niż ich, kiedy byli w moim wieku. Sama nie wiem.
Później Jana poszła na poziom zaawansowany, już stacjonarnie. Na razie zostaną tu, w bejruckiej Dahiji, bo wojna na południu się wciąż toczy, nie widać jej końca.
Takie kobiety jak Amani, Miriam i Jana mogą wciąż się szkolić w Centrum GLOW. Dzieje się to dzięki środkom Polskiej Akcji Humanitarnej i funduszom polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Liban to jeden z 10 krajów, gdzie PAH jest obecna.
Dziś otwiera się w Bejrucie na nowo Centrum GLOW i na nowo pomaga Libańczykom, zwłaszcza tym młodym, a miejscowi w odrodzeniu GLOW widzą jaskółkę odrodzenia kraju.
Tylko w tym roku kursy ukończy tu ponad półtora tysiąca osób, a od założenia Centrum GLOW to już kilka tysięcy beneficjentów.
Za każdym uczestnikiem stoi inna historia.
Tak jak za każdą zrzuconą bombą.
Autor był w Libanie na zaproszenie Polskiej Akcji Humanitarnej.
Działania Polskiej Akcji Humanitarnej w Libanie współfinansowane są w ramach polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.
Jest reporterem, autorem książek, m.in. nagrodzonego podwójną Nike „Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku" i „Odrzanii". Pochodzi z Gliwic, mieszka w Katowicach.
Jest reporterem, autorem książek, m.in. nagrodzonego podwójną Nike „Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku" i „Odrzanii". Pochodzi z Gliwic, mieszka w Katowicach.
Komentarze