Jeszcze niedawno Laura Loomer nazywała Ukrainę krajem nazistowskich apologetów. Po jednym alarmie lotniczym w Kijowie zmieniła zdanie, porozmawiała z Zełenskim, dwa razy zadzwoniła do Trumpa, a prezydent USA pochwalił jej materiał. Jej nagła wolta mówi coś nie tylko o niej, ale też o tym, dokąd przesuwa się MAGA.
Wołodymyr Zełenski przyjechał do Waszyngtonu na pogrzeb senatora Lindseya Grahama, jednego z najważniejszych republikańskich zwolenników pomocy dla Ukrainy. Wyjeżdżał w znacznie lepszej sytuacji politycznej, niż można się było spodziewać jeszcze kilka miesięcy wcześniej.
Spotkanie z Donaldem Trumpem nie przypominało awantury w Gabinecie Owalnym z lutego 2025 roku.
Zełenski rozmawiał z senatorami obu partii, a następnie z galerii Senatu obserwował głosowanie otwierające drogę do uchwalenia sankcji przeciw państwom kupującym rosyjską ropę. Projekt, którego Graham był jednym z najgorętszych orędowników, długo czekał na zgodę republikańskich przywódców. Teraz uzyskał nową dynamikę.
Media zaczęły mówić o przełomie i zmianie stanowiska Trumpa. Ale tu lepiej zachować ostrożność. Prezydent wielokrotnie wykonywał gwałtowne zwroty, a ustawa sankcyjna nie została jeszcze ostatecznie przyjęta. Izba Reprezentantów wróci do niej najwcześniej we wrześniu, Biały Dom zachowuje dystans, a sam projekt daje Trumpowi dużą swobodę w stosowaniu kar.
Zmiana atmosfery w Waszyngtonie nie wzięła się jednak znikąd. Złożyły się na nią sukcesy Ukrainy na polu walki, coraz większe zniecierpliwienie Putinem, wielomiesięczny nacisk Grahama i innych republikańskich jastrzębi, zabiegi Zełenskiego oraz próba przekonania Trumpa, że presja gospodarcza może doprowadzić Rosję do negocjacji. W tej nowej konstelacji pojawiła się również Laura Loomer.
Pojechała do Kijowa, choć jeszcze niedawno nazywała Ukrainę krajem nazistowskich apologetów, powtarzała rosyjską propagandę i atakowała Zełenskiego. Po pierwszym alarmie lotniczym ogłosiła, że się myliła.
W czasie podróży dwa razy rozmawiała przez telefon z Trumpem. Potem usiadła naprzeciw ukraińskiego prezydenta i przeprowadziła z nim wywiad. Przywódca Stanów Zjednoczonych pochwalił materiał.
Dla władz w Kijowie wybór rozmówczyni nie wymagał długiego zastanowienia. Loomer nie jest dziennikarką, której udziela się wywiadu ze względu na prestiż redakcji. Nie ma stanowiska w Białym Domu ani formalnej roli w amerykańskiej polityce zagranicznej. Ma za to numer do Trumpa, a prezydent odbiera od niej telefony.
Zełenski od miesięcy szuka skutecznego dojścia do przywódcy USA.
Spotkanie z osobą, która może zadzwonić do niego bez pośrednictwa aparatu dyplomatycznego, Rady Bezpieczeństwa Narodowego i całej oficjalnej drabiny administracji, było okazją, której Kijów nie miał powodu odrzucać. Zwłaszcza że po powrocie zaczęła przekonywać swoich odbiorców, iż obraz Ukrainy krążący w prawicowych mediach był fałszywy.
Nie wiadomo, co dokładnie wydarzyło się podczas tej podróży.
Czy Amerykanka naprawdę zmieniła zdanie pod wpływem alarmów, rozmów i tego, co zobaczyła na miejscu? Czy raczej jako jedna z pierwszych wyczuła, że w otoczeniu Trumpa zmienia się ton wobec Ukrainy?
To rozróżnienie ma znaczenie, ponieważ nie jest ona kolejną prawicową influencerką, która wróciła z zagranicy z nowym zestawem poglądów. W świecie Trumpa zajmuje pozycję trudną do opisania językiem urzędów i stanowisk. Jest blisko prezydenta, ale pozostaje poza administracją. Jego doradcy próbują trzymać ją na dystans, on sam publicznie ją chwali i słucha jej ostrzeżeń. Regularnie dostarcza mu informacje o ludziach, których uważa za nielojalnych, zbyt umiarkowanych albo potajemnie pracujących przeciwko niemu.
Po jednej z jej prezentacji w Gabinecie Owalnym pracę stracili urzędnicy Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Wśród osób, przeciw którym prowadziła później kampanie, znaleźli się szef Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, jego zastępczyni, prokuratorzy i pracownicy innych instytucji federalnych. Nie każda interwencja kończy się dymisją. Wystarczająco wiele kończy się jednak tak, że formalnie prywatna osoba uczestniczy w rozstrzyganiu, kto może pracować dla państwa.
Dlatego jej kijowska wolta zainteresowała nie tylko obserwatorów prawicowego internetu. Jeśli nieoficjalna kontrolerka lojalności zaczyna mówić o Ukrainie jak o sojuszniku, może to oznaczać więcej niż osobiste olśnienie. Być może część MAGA zaczyna porzucać język, w którym Zełenski był oszustem, Ukraina sztucznym państwem, a każda pomoc dla Kijowa prezentem dla skorumpowanych Europejczyków.
Nie ma jednak podstaw, żeby ogłaszać nawrócenie całego ruchu. Widać kilka nagłych zmian tonu i parę osób, które jeszcze niedawno powtarzały rosyjskie argumenty, a dziś próbują przekonać do Ukrainy konserwatywnych odbiorców. Loomer jest wśród nich najważniejsza, ponieważ jej poglądy nie zawsze pozostają wyłącznie poglądami.
Żeby zrozumieć, czy MAGA rzeczywiście przesuwa się w sprawie Ukrainy, trzeba najpierw ustalić, kim jest dla Donalda Trumpa i skąd właściwie się wzięła.
Laura Elizabeth Loomer urodziła się w 1993 roku w Tucson, w żydowskiej rodzinie związanej z medycyną. Ojciec jest reumatologiem, matka pielęgniarką.
Dom był konserwatywny, ale według jej własnej relacji także pełen przemocy. Jeden z dwóch braci chorował na schizofrenię. Kiedy miała 12 lat, rodzice się rozstali, a ojciec wysłał ją i drugiego syna do prywatnej szkoły z internatem na ranczu na pustyni w Arizonie. Dostęp do internetu i telefonów był tam ograniczony. Po latach pisała, że właśnie wtedy nabawiła się lęku przed odcięciem od świata.
Po maturze wyjechała do Mount Holyoke College w Massachusetts, jednej z najstarszych amerykańskich uczelni dla kobiet. Wytrzymała jeden semestr. Twierdziła później, że od początku była tam szykanowana z powodu konserwatywnych poglądów. Przeniosła się na katolicki Barry University pod Miami, gdzie studiowała dziennikarstwo telewizyjne. Także tę uczelnię szybko zaczęła przedstawiać jako teren ideologicznego konfliktu.
W trakcie studiów protestowała między innymi przeciw międzyreligijnym obchodom rocznicy 11 września, ponieważ w programie znalazła się modlitwa muzułmańska.
W 2014 roku trafiła na konferencję organizowaną przez Davida Horowitza, jednego z patronów amerykańskiej radykalnej prawicy. Zobaczyła tam wystąpienie Jamesa O’Keefe’a, założyciela Project Veritas, grupy specjalizującej się w prowokacjach z ukrytą kamerą.
Po wykładzie oznajmiła mu, że zrobi wszystko, żeby dla niego pracować. O’Keefe wspominał później, że jej natarczywość była tak duża, iż początkowo podejrzewał prowokację. Wkrótce jednak dostała pierwsze zadania.
Na ostatnim roku studiów postanowiła sprawdzić, czy Barry University pozwoli założyć organizację pod nazwą „Studenci sympatyzujący ze wsparciem dla Państwa Islamskiego w Iraku i Syrii”. Rozmowy z pracownikami uczelni nagrywała ukrytą kamerą. Urzędnicy próbowali skłonić ją do zmiany nazwy i przedstawienia działalności jako pomocy humanitarnej.
Project Veritas zmontował materiał jako dowód, że polityczna poprawność skłoniła katolicki uniwersytet do zaakceptowania klubu popierającego ISIS.
Uczelnia zawiesiła studentkę, zarzucając jej między innymi podawanie fałszywych informacji, zakłócanie pracy szkoły i tworzenie wrogiej atmosfery. Jeden z nagranych pracowników złożył zawiadomienie w sprawie rejestrowania rozmowy bez jego wiedzy. Ostatecznie zawarto ugodę, dzięki której mogła ukończyć studia w terminie.
W tej historii jest już prawie cała jej późniejsza metoda. Najpierw konstruuje sytuację, w której rozmówca może się skompromitować. Potem publikuje najbardziej obciążającą wersję zdarzeń, usuwa komplikujące obraz wątpliwości i przedstawia siebie jako ofiarę instytucji próbującej ją uciszyć. Prowokacja, skandal i kara nie są kolejnymi etapami kryzysu. Razem tworzą osobliwy produkt.
W następnych akcjach coraz mniej chodziło o zdobywanie informacji. W dniu wyborów prezydenckich w 2016 roku przyszła do lokalu wyborczego w burce i poprosiła o kartę do głosowania jako Huma Abedin, najbliższa współpracowniczka Hillary Clinton.
Prowokacja miała dowodzić, że brak obowiązku okazywania dokumentu ze zdjęciem umożliwia oszustwa wyborcze. W rzeczywistości pokazywała przede wszystkim, że można wejść do lokalu w kostiumie, podać cudze nazwisko i uruchomić kamerę.
Po odejściu z Project Veritas znalazła pracę w kanadyjskim portalu Rebel Media. Podczas nowojorskiego marszu przeciw prawu szariatu nałożyła burkę na figurę „Nieustraszonej dziewczynki”, ustawioną naprzeciw byka z Wall Street. Feminizm, przekonywała, nie daje się pogodzić z islamem. Posąg miał przemówić jej językiem, choć nikt go o zdanie nie pytał.
Kilka dni później weszła na scenę Delacorte Theatre w Central Parku podczas „Juliusza Cezara”. Tytułowy bohater miał blond grzywkę, za długi czerwony krawat i nowojorski akcent, jego żona mówiła zaś jak Melania Trump. Widziałem ten spektakl i pisałem w „Tygodniku Powszechnym” o awanturze, jaką wywołał na prawicy.
Loomer poczekała do sceny zabójstwa Cezara. Włączyła nagrywanie w telefonie, wbiegła na scenę i zaczęła krzyczeć, że teatr oswaja przemoc polityczną przeciwko prawicy. Ochrona wyprowadziła ją z amfiteatru, policja zatrzymała za wtargnięcie i zakłócanie porządku, a po incydencie przedstawienie grano dalej. Jeszcze tej samej nocy umieściła w mediach społecznościowych własną opowieść, trafiła do programu Seana Hannity’ego i zdobyła około 20 tysięcy nowych obserwujących.
Całość przygotowano staranniej, niż wynikałoby z wersji o spontanicznym oburzeniu. Prawicowy aktywista Mike Cernovich wcześniej obiecał tysiąc dolarów osobie, która przerwie spektakl.
Domena strony „Free Laura”, przeznaczonej do zbierania pieniędzy na obronę zatrzymanej, została zarejestrowana przez właściciela Rebel Media sześć godzin przed rozpoczęciem przedstawienia. Ona sama utrzymywała później, że było to wyłącznie zabezpieczenie na wypadek aresztowania.
W teatrze znalazła formę działania, która nie wymagała już nawet udawania dziennikarskiego śledztwa. Wystarczyło wybrać widowisko, wtargnąć do środka i sprawić, żeby przez kilka minut opowiadało o niej. Zarzut, zatrzymanie i zbiórka pieniędzy nie były kosztami prowokacji. Stanowiły jej pożądany dalszy ciąg.
Próbowała też wejść do polityki wyborczej, choć zaczęła od roli skazanej na porażkę. W 2020 roku zdobyła republikańską nominację do Izby Reprezentantów w mocno demokratycznym okręgu na Florydzie i przegrała z urzędującą Lois Frankel. Dwa lata później rzuciła wyzwanie republikańskiemu kongresmenowi Danielowi Websterowi, tym razem w prawyborach. Przegrała niewielką różnicą, po czym odmówiła uznania wyniku.
W obu kampaniach była outsiderką, ale każda porażka powiększała jej pozycję w ruchu, który bardziej cenił gotowość do walki niż mandat.
Po odejściu z Rebel Media publikowała między innymi w InfoWars Alexa Jonesa, „Geller Report” i serwisach związanych z American Freedom Defense Initiative. Trafiła do środowiska, w którym katastrofa rzadko bywa po prostu katastrofą. Zwykle stoi za nią ukryty reżyser, a oficjalna wersja wydarzeń służy zatajeniu prawdziwego celu.
Najdalej posuwała się po masowych strzelaninach. Utrzymywała, że masakry w szkołach w Parkland na Florydzie i Santa Fe w Teksasie zostały zainscenizowane, a występujący w mediach uczniowie byli „aktorami kryzysowymi”. Po zamordowaniu dziesięciu afroamerykańskich klientów supermarketu w Buffalo przez białego suprematystę ogłosiła, że cała zbrodnia mogła być mistyfikacją Demokratów, przygotowaną po to, aby wywołać konflikt rasowy.
W 2023 roku udostępniła nagranie głoszące, że zamachy z 11 września były operacją przeprowadzoną od wewnątrz, powiązaną z brakującymi pieniędzmi w Pentagonie. Rok później towarzyszyła Trumpowi podczas obchodów rocznicy ataków w Nowym Jorku i Shanksville. Zapytana o wcześniejsze wpisy, nie odpowiedziała. Później wycofała się z tej wersji i przyznała, że zamachów dokonali islamscy terroryści.
Spisek znajdowała również w chorobie. Podczas republikańskich prawyborów oskarżyła Casey DeSantis, żonę konkurującego z Trumpem gubernatora Florydy, o wyolbrzymianie raka piersi, aby wzbudzić współczucie dla kampanii męża. Promowała też pogłoskę, że Kamala Harris korzystała podczas debaty z ukrytej słuchawki. Kilka dni później tę drugą historię powtórzył Trump na wiecu.
Szablon jest prosty. Ofiary strzelaniny grają role, choroba staje się narzędziem kampanii, zamach kryje tajną operację, a każdy przeciwnik działa na czyjeś zlecenie. W tej opowieści przypadek właściwie nie istnieje. Istnieją jedynie spisek oraz Laura Loomer, która rzekomo dostrzegła go wcześniej niż inni.
Po powrocie Trumpa do Białego Domu jej nazwisko zaczęło funkcjonować w Waszyngtonie jak czasownik. Zostać „loomered” znaczyło znaleźć się pod publicznym ostrzałem za brak lojalności wobec prezydenta, a następnie stracić stanowisko, nominację albo szansę na zatrudnienie. Ona sama porównuje swoją działalność do pracy dziennikarza śledczego. Z sympatią przywołuje też senatora Josepha McCarthy’ego, znanego z polowania na domniemanych komunistów.
Zasięg jej interwencji szybko wykroczył poza administracyjne czystki. Trump wycofał kandydaturę lekarki Janette Nesheiwat na stanowisko naczelnej lekarki Stanów Zjednoczonych dzień przed przesłuchaniem w Senacie, po tym, jak aktywistka zakwestionowała jej kwalifikacje i wypomniała poparcie dla szczepień.
Latem sekretarz wojsk lądowych polecił akademii wojskowej West Point anulować ofertę pracy dla Jen Easterly, byłej szefowej federalnej agencji cyberbezpieczeństwa. Decyzja zapadła po wpisach przypominających, że ekspertka pracowała w administracji Bidena.
Potrafiła też wpłynąć na działanie całego urzędu. Kiedy opublikowała nagrania rannych palestyńskich dzieci przywożonych do Stanów Zjednoczonych na leczenie i nazwała je „islamskimi najeźdźcami”, Departament Stanu zawiesił wydawanie wiz turystycznych mieszkańcom Strefy Gazy. Marco Rubio tłumaczył później, że decyzję podjęto po pytaniach członków Kongresu. Ona ogłosiła jednak, że wcześniej rozmawiała z nim przez telefon.
Nie każdą późniejszą dymisję czy zmianę polityki można przypisać wyłącznie jej. Biały Dom regularnie umniejsza jej rolę, ona zaś ma oczywisty interes w powiększaniu listy własnych zwycięstw. Powtarza się jednak ta sama sekwencja: wskazuje nazwisko lub sprawę, uruchamia publiczną kampanię, a instytucja reaguje. Wpływ osoby bez stanowiska mierzy się już nie liczbą spotkań z prezydentem, lecz tym, jak szybko urzędnicy zaczynają działać po jej wpisie.
Wróćmy do Ukrainy. Loomer nie jest jedyną osobą z otoczenia Trumpa, która mówi dziś o Kijowie i Zełenskim inaczej niż jeszcze kilka miesięcy temu. Podobną woltę wykonał Tim Pool, jeden z najpopularniejszych prawicowych podcasterów.
Wcześniej atakował amerykańską pomoc i rozpowszechniał rosyjskie narracje. Jego program znalazł się także w sieci potajemnie finansowanej przez rosyjskie media państwowe, choć sam utrzymywał, że nic o tym nie wiedział. Teraz napisał, że Ukraina walczy o przetrwanie przeciw „złemu dyktatorowi” i że jej zwycięstwo leży w interesie Stanów Zjednoczonych.
Poparcie dla Ukrainy nigdy jednak całkowicie z ruchu Trumpa nie zniknęło. Radiowy komentator Mark Levin od początku pełnoskalowej inwazji atakował zarówno Putina, jak i republikańskich izolacjonistów. Kiedy Trump w lutym 2025 roku nazwał Zełenskiego dyktatorem, Levin publicznie stanął po stronie ukraińskiego prezydenta i przypomniał, że wojnę rozpoczęła Rosja.
Sebastian Gorka, odpowiedzialny w Białym Domu za walkę z terroryzmem, również obciążał Putina pełną odpowiedzialnością za inwazję i dopuszczał udział państw NATO w zabezpieczeniu przyszłego pokoju.
Nie oznacza to przyjęcia polityki Bidena. Proukraińscy trumpiści niechętnie mówią o obronie liberalnego ładu, wieloletnich zobowiązaniach i pomocy udzielanej bez rachunku wystawionego Europie. Chętniej przedstawiają Rosję jako partnera Chin i Iranu, Putina jako przywódcę, który rozumie wyłącznie siłę, a ukraińską armię jako stosunkowo tani sposób osłabiania przeciwnika Ameryki.
Nad takim przełożeniem ukraińskiej sprawy na język prawicy od kilku lat pracuje Steven Moore, były szef biura republikańskiego kongresmena i założyciel Ukraine Freedom Project. Organizacja sprowadza do Ukrainy konserwatywnych komentatorów, pokazuje im skutki rosyjskich bombardowań i aranżuje spotkania z ukraińskimi żołnierzami, politykami oraz duchownymi. Moore nie próbuje przekonywać odbiorców opowieścią o abstrakcyjnych zasadach. Mówi o prześladowaniu chrześcijan, sojuszu Moskwy z Teheranem i Pekinem oraz o tym, że nagradzanie Putina jest oznaką słabości. W czerwcu 2026 roku jego organizacja ponownie przywiozła do Ukrainy grupę amerykańskich konserwatywnych dziennikarzy i komentatorów.
Jeżeli w MAGA zachodzi zmiana, nie polega ona na powrocie do republikańskiej polityki sprzed Trumpa. Ukraina zostaje raczej przepisana na język ruchu: mniej demokracji i solidarności Zachodu, więcej siły, religii oraz rywalizacji z Chinami. Loomer i Pool są widocznymi przykładami tego przesunięcia, ale nie dowodami masowego nawrócenia.
Podobnie należy ostrożnie oceniać zmianę atmosfery w Waszyngtonie. Nie ma jednego wydarzenia, osoby ani telefonu, które przekonały Trumpa do Ukrainy. Znaczenie mają postępy ukraińskiej armii, presja w Kongresie, praca wykonana przez Grahama przed śmiercią, perspektywa sankcji uderzających w nabywców rosyjskiej ropy, zabiegi Zełenskiego i rosnące przekonanie części republikanów, że Putin reaguje jedynie na siłę.
Loomer nie stworzyła tej konstelacji. Nie ma też dowodu, że jej rozmowy z Trumpem przesądziły o jakiejkolwiek decyzji. Jej udziału nie można jednak całkowicie pominąć. Należy do niewielkiej grupy ludzi, którzy mogą kontaktować się z prezydentem bez przechodzenia przez oficjalne kanały, a następnie tłumaczyć jego otoczeniu i wyborcom, która opinia jest jeszcze podejrzana, a która stała się już dopuszczalna.
Nie wiadomo, czy kijowski alarm naprawdę ją przekonał, czy po prostu zauważyła, że Trump odsuwa się od dotychczasowej linii. Jedno nie wyklucza drugiego. W jego otoczeniu rzadko da się wskazać chwilę, w której zapada decyzja. Jest rozmowa, wpis, telefon, publiczna pochwała. Potem okazuje się, że stanowisko uznawane jeszcze wczoraj za podejrzane mieści się już w granicach lojalności.
Loomer sama nie zmieniła amerykańskiej polityki wobec Ukrainy. Mogła jednak pomóc nadać tej zmianie język zrozumiały dla MAGA. Wobec tego jej wyjazd do Kijowa przestaje być wyłącznie osobistą woltą.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Komentarze