Stany Zjednoczone kończą 250 lat jako najpotężniejsze państwo świata i najdziwniejsza demokracja Zachodu zbudowana na nieufności. Ameryka przekonywała świat, że jej sukces może być także obietnicą dla innych. Dziś wygląda jak kraj, który nie jest już pewien, kto właściwie ma prawo tę obietnicę składać.
Europa wyobraża sobie narodziny Ameryki jako historię ludzi zakochanych w wolności. To tylko część prawdy. Równie ważnym uczuciem była nieufność. Purytanie, którzy w XVII wieku opuszczali Anglię, nie uciekali wyłącznie przed prześladowaniami religijnymi.
Uciekali także przed instytucjami, którym przestali wierzyć. Nie ufali królowi, który ich zdaniem uzurpował sobie władzę nad sumieniem. Nie ufali biskupom Kościoła anglikańskiego, bo widzieli w nich bardziej urzędników Korony niż pasterzy. Nie ufali hierarchii kościelnej, która przypominała im katolicyzm, od którego reformacja miała przecież odejść.
Dlatego stworzyli coś bardzo amerykańskiego, zanim jeszcze zaistniała Ameryka. Ich zbory nie podlegały biskupom. Każda wspólnota wybierała własnego pastora, sama decydowała o swoich sprawach i zawierała między wiernymi dobrowolne przymierze.
Kongregacjonalizm opierał się na założeniu, że żadna ziemska instytucja nie powinna monopolizować prawdy ani sprawować niekontrolowanej władzy. Nawet Kościół.
Źródeł amerykańskiej wyobraźni politycznej trzeba szukać nie w XVIII wieku i nie w sali obrad w Filadelfii, lecz sto pięćdziesiąt lat wcześniej, w małych wspólnotach Nowej Anglii, które uczyły się żyć bez biskupa, bez arystokracji i z bardzo ograniczonym zaufaniem do każdej zwierzchności. Politolog Daniel Elazar pisał z kolei, że amerykański konstytucjonalizm wyrasta z protestanckiej teologii przymierza: z przekonania, że każda władza jest ograniczona przez umowę, a rządzący pozostają stroną kontraktu, nie jego właścicielem.
Nie należy jednak robić z purytanów przedwczesnych liberałów. Nieufność wobec biskupów, króla i odległej hierarchii nie oznaczała wiary w pluralizm. Ich wspólnoty potrafiły być surowe, duszne i bezwzględne wobec tych, którzy myśleli inaczej. Procesy czarownic w Salem pokazały, jak łatwo wspólnota zbudowana na lęku przed zepsuciem może sama wytworzyć mechanizm prześladowania.
Na tym polegał paradoks purytańskiej Nowej Anglii. Podejrzliwość wobec odległej władzy mogła iść w parze z opresyjną kontrolą wewnątrz lokalnej wspólnoty.
Purytanie nie chcieli biskupa nad sobą, ale chętnie pilnowali siebie nawzajem. To nie była jeszcze wolność w nowoczesnym sensie. To była szkoła samorządności, dyscypliny i nieufności.
Trzeba też pamiętać, że Nowa Anglia nie była całą Ameryką. Wirginia, Pensylwania czy Maryland miały inne początki, inne interesy i inne religijne układy odniesienia. Purytańska genealogia wyjaśnia jednak jeden z najtrwalszych amerykańskich odruchów: przekonanie, że każda władza, nawet własna, wymaga kontroli.
Purytanie nie wierzyli, że człowiek jest z natury dobry. Pod wpływem Kalwina byli przekonani, że każdy nosi w sobie skazę grzechu pierworodnego, a więc również skłonność do pychy, nadużycia i podporządkowywania sobie innych.
Władza nie psuła człowieka. To człowiek, jako istota omylna i grzeszna, zagrażał każdej władzy, którą otrzymywał.
Z tego przekonania wyrasta amerykańska podejrzliwość wobec państwa. Nie chodziło o przekonanie, że rząd jest zły sam w sobie, tylko o coś bardziej fundamentalnego: skoro nie można bezgranicznie ufać pastorowi, tym bardziej nie należy ufać gubernatorowi, ministrowi czy prezydentowi. Każdy z nich prędzej czy później ulegnie pokusie rozszerzenia swoich kompetencji.
Historyk Edmund Morgan pisał, że purytańskie wspólnoty próbowały pogodzić dwie pozornie sprzeczne idee: konieczność istnienia silnego porządku oraz głęboką nieufność wobec tych, którzy ten porządek sprawują. To napięcie nie zostało rozwiązane. Zostało wpisane w samą konstrukcję amerykańskiego życia publicznego.
Kiedy sto pięćdziesiąt lat później ojcowie założyciele projektowali konstytucję, nie zaczynali od pytania, jak stworzyć sprawny rząd. Znacznie bardziej interesowało ich,
jak sprawić, żeby żadna instytucja nie mogła zdominować pozostałych.
James Madison pisał w „Federaliście”, że gdyby ludzie byli aniołami, rząd nie byłby potrzebny. Gdyby zaś aniołowie rządzili ludźmi, niepotrzebne byłyby żadne mechanizmy kontroli. Ponieważ jednak ani jedno, ani drugie nie jest prawdą, republika musi opierać się na wzajemnym ograniczaniu władz.
Kolonie zbuntowały się przeciwko Koronie nie tylko w imię abstrakcyjnej wolności, lecz przeciw konkretnym nadużyciom: podatkom bez reprezentacji, ingerencji parlamentu, wojsku stacjonującemu w koloniach, arbitralnej władzy Jerzego III. Dlatego Deklaracja Niepodległości brzmi momentami jak akt oskarżenia albo pozew.
Uniwersalny język praw człowieka zostaje użyty do uzasadnienia bardzo konkretnego zerwania politycznego.
Pierwsza próba urządzenia niepodległej Ameryki była skrajnie ostrożna. Konstytucja z 1777 roku tzw. Artykuły Konfederacji i Wieczystej Unii (Articles of Confederation) stworzyła państwo tak słabe, że nie potrafiło skutecznie ściągać podatków, prowadzić wspólnej polityki ani egzekwować własnych decyzji. Słabość rządu doprowadziła do zwołania w 1787 r. Konwencji Konstytucyjnej w Filadelfii, gdzie uchwalono nową ustawę zasadniczą.
Konstytucja z 1787 roku była więc nie tylko owocem nieufności wobec władzy, ile odpowiedzią na lęk przed państwem zbyt słabym, które może nie przetrwać własnej wolności.
Kiedy delegaci spotkali się w Filadelfii, nie byli rewolucjonistami marzącymi o stworzeniu nowego człowieka. W większości byli prawnikami. George Washington przewodniczył obradom, ale ton dyskusji nadawali ludzie tacy jak James Madison i Alexander Hamilton: uczeni w prawie, przyzwyczajeni do myślenia kategoriami kompetencji, zobowiązań i procedur.
Europa od stuleci rozważała ideę umowy społecznej. Hobbes, Locke i Rousseau zastanawiali się, skąd bierze się legitymizacja władzy i dlaczego ludzie godzą się jej podlegać. Amerykanie zrobili coś znacznie bardziej praktycznego. Filozoficzną metaforę zamienili w dokument.
Umowa przestała być narzędziem myślenia o państwie. Stała się państwem.
Ten kontrakt nie narodził się jednak w atmosferze jednomyślnego zachwytu. Delegaci mogli napisać konstytucję, ale nie mogli po prostu narzucić jej krajowi. Musieli przekonać stany, a więc wspólnoty polityczne przywiązane do własnej suwerenności, nieufne wobec odległej władzy i świeżo pamiętające, przeciwko czemu wystąpiły w wojnie o niepodległość.
Federaliści przekonywali, że bez silniejszego rządu republika się rozpadnie: nie będzie w stanie ściągać podatków, prowadzić wspólnej polityki zagranicznej, regulować handlu ani egzekwować własnych decyzji. Antyfederaliści odpowiadali, że nowa konstytucja tworzy władzę zbyt odległą, zbyt sprawną i zbyt łatwo odrywającą się od obywateli. Ceną zgody stała się obietnica Karty praw, czyli pierwszych dziesięć poprawek.
Były one nie tylko katalogiem wolności, lecz także aktem nieufności wobec państwa, które dopiero co powołano.
Amerykański kontrakt powstał więc od razu jako dokument kwestionowany przez własnych sygnatariuszy. Zawarto go, a następnie natychmiast obudowano zabezpieczeniami przed jego nadużyciem. To bardzo amerykański moment: stworzyć władzę i od razu założyć, że będzie próbowała się rozrosnąć.
Konstytucja zajmuje w USA miejsce trudne do porównania z jakimkolwiek europejskim odpowiednikiem. Nie jest zwykłą ustawą zasadniczą, ale kontraktem, którego stronami są obywatele i państwo.
Ten sposób myślenia promieniuje daleko poza politykę. W amerykańskiej kulturze prawnej umowa ma rangę niemal moralnego zobowiązania. Jeżeli dwie dorosłe osoby zawarły kontrakt dobrowolnie, rolą państwa nie jest poprawianie jego skutków, lecz dopilnowanie, aby został wykonany. Europejczyk częściej oczekuje od państwa korekty nierówności. Amerykanin częściej oczekuje, że sędzia zapyta przede wszystkim: co strony rzeczywiście uzgodniły?
Ten sposób myślenia powraca w orzecznictwie Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych.
Europejczyka często zaskakuje, że sędziowie nie zaczynają od pytania, jakie rozwiązanie byłoby najbardziej sprawiedliwe społecznie. Znacznie częściej zastanawiają się, co rzeczywiście wynika z tekstu konstytucji i czy państwo ma prawo wyjść poza kompetencje, które obywatele kiedyś mu powierzyli.
Nie znaczy to jednak, że Sąd Najwyższy jest neutralnym notariuszem amerykańskiego kontraktu. Przez całą historię walczył o władzę nad ustalaniem jego znaczenia. W sprawie Dred Scott v. Sandford z 1857 roku uznał, że osoby pochodzenia afrykańskiego nie należą do wspólnoty politycznej opisanej w konstytucji i nie mogą korzystać z praw przysługujących obywatelom.
Z kolei w Brown v. Board of Education z 1954 roku odwrócił logikę segregacji i stwierdził, że szkoły oddzielne rasowo nie mogą być równe.
Raz więc Sąd zamykał drzwi do kontraktu, innym razem uchylał je szerzej.
Podobnie było w gospodarce. Na początku XX wieku w sprawie Lochner v. New York Sąd bronił swobody umów tak daleko, że unieważnił przepisy ograniczające czas pracy piekarzy.
W praktyce chronił wolność kontraktowania silniejszego pracodawcy z dużo słabszym pracownikiem. Trzy dekady później, w West Coast Hotel v. Parrish, uznał jednak, że stan może wprowadzić płacę minimalną dla kobiet.
W Wickard v. Filburn pozwolił Kongresowi szeroko regulować gospodarkę, nawet produkcję zboża przeznaczoną na własne potrzeby farmera, jeśli miała ona wpływ na handel między stanami.
Kontrakt, który wcześniej chronił rynek przed państwem, zaczął dopuszczać znacznie silniejszą władzę państwa nad rynkiem.
Spór o Sąd Najwyższy nie jest więc sporem technicznym.
To walka o to, kto ma ostatnie słowo w sprawie kontraktu: żyjąca większość, dawno zmarli autorzy, sędziowie, stany czy obywatele. Amerykanie nieustannie mówią, że konstytucja obowiązuje. Największy konflikt zaczyna się wtedy, gdy trzeba ustalić, co ona właściwie znaczy.
Dlatego w amerykańskim sporze prawnym tak często wygrywa silniejszy. Nie dlatego, że państwo zawsze staje po stronie bogatszych czy wpływowszych. Wygrywa ten, komu kontrakt przyznaje rację albo kto potrafi przekonać sędziów, że racja już w tym kontrakcie była.
Jeżeli wolność słowa chroni wypowiedzi uznawane przez większość za szkodliwe, jeżeli prawo do posiadania broni prowadzi do skutków, których wielu obywateli się obawia, jeżeli zawarta dobrowolnie umowa okazuje się niszcząca dla słabszej strony, odpowiedzią amerykańskiego prawnika nie jest wezwanie do obejścia reguł, tylko pytanie, czy istnieje demokratyczna większość gotowa zmienić sam kontrakt.
Amerykański kontrakt od początku był pod tym względem głęboko niepełny. Deklaracja Niepodległości ogłaszała, że „wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi”, lecz republika rodziła się jako państwo niewolników i właścicieli niewolników. W chwili uchwalenia konstytucji niemal jedna piąta mieszkańców nowego państwa pozostawała własnością innych ludzi. Ojcowie Założyciele nie rozwiązali tego paradoksu. Wpisali go do kontraktu, odkładając rozstrzygnięcie na przyszłość.
Przez następne niemal sto lat Ameryka prowadziła spór o to, czy człowiek może być jednocześnie osobą i przedmiotem prawa własności. Wojna secesyjna i Trzynasta Poprawka zniosły niewolnictwo, a Czternasta i Piętnasta próbowały dopisać byłych niewolników do amerykańskiego kontraktu jako jego pełnoprawne strony. Na papierze. Przez kolejne stulecie segregacja rasowa, prawa Jima Crowa, odmowa prawa głosu na Południu i długie zmagania ruchu praw obywatelskich pokazywały, jak wielka może być odległość między obietnicą a wykonaniem umowy.
Jeszcze wyraźniej widać to w historii amerykańskiej imigracji.
Stany Zjednoczone lubią opowiadać o sobie jako o kraju przybyszów, ale od początku bardzo precyzyjnie decydowały, jacy przybysze mogą stać się pełnymi uczestnikami wspólnoty. Ustawa naturalizacyjna z 1790 roku otwierała drogę do obywatelstwa jedynie dla „wolnych białych osób”.
Później przyszły kolejne filtry: Chinese Exclusion Act, kwoty narodowościowe z lat dwudziestych XX wieku, Ellis Island, jako wielka brama i sito zarazem.
Reforma z 1965 roku zmieniła język selekcji, ale nie zakończyła samego sporu. Ameryka przez całą swoją historię zadawała imigrantom to samo pytanie: czy pasujecie do naszej umowy, czy tylko chcecie z niej skorzystać?
Ten sam sposób myślenia widać tam, gdzie Europejczyków Ameryka najbardziej zdumiewa. Dlaczego kraj będący najbogatszą gospodarką świata nie gwarantuje powszechnego płatnego urlopu macierzyńskiego? Dlaczego ochrona pracownika jest słabsza niż w niemal całej Europie? Dlaczego ciężka choroba potrafi oznaczać finansową katastrofę?
Europejska odpowiedź brzmi zwykle: ponieważ państwo nie wywiązuje się ze swoich obowiązków. Amerykańska tradycja częściej odpowiada inaczej. Kontrakt między obywatelem a państwem nigdy nie obejmował tak szerokiego katalogu świadczeń socjalnych.
W wielu krajach Europy po II wojnie światowej uznano, że bezpieczeństwo ekonomiczne staje się prawem obywatelskim. W Stanach Zjednoczonych podobny konsensus nigdy się nie ukształtował. Ochrona zdrowia dalej pozostaje przede wszystkim sprawą rynku, zatrudnienia i prywatnego ubezpieczenia, a nie bezpośrednim zobowiązaniem państwa wobec obywatela.
Ta różnica nie wynikała wyłącznie z filozofii. Miała konkretne źródła społeczne i gospodarcze. Amerykański ruch pracowniczy był słabszy niż w Europie, a klasa pracująca znacznie częściej dzieliła się według rasy, regionu i pochodzenia. Południowi demokraci przez dekady pilnowali, aby federalne programy społeczne nie podważyły rasowego porządku pracy.
Podczas II wojny światowej, przy kontroli płac, pracodawcy zaczęli przyciągać pracowników ubezpieczeniami zdrowotnymi. Później państwo utrwaliło ten model przez podatkowe uprzywilejowanie świadczeń zapewnianych przez firmę. W ten sposób dostęp do lekarza został związany nie z obywatelstwem, lecz z zatrudnieniem. Choroba stała się więc w Ameryce także problemem rynku pracy: można było stracić zdrowie, pracę i ubezpieczenie niemal w jednym ruchu.
Trzeba przy tym uważać na jedno uproszczenie. Amerykanie nie zawsze odrzucają państwo jako takie. Bardzo często odrzucają przede wszystkim Waszyngton. To jedna z najważniejszych konsekwencji federalizmu. Stan, hrabstwo albo miasto mogą być postrzegane inaczej: jako wspólnota bliższa obywatelowi, lepiej zakorzeniona w lokalnym doświadczeniu i łatwiejsza do kontroli.
Ten sam Amerykanin, który nie chce nowego programu federalnego, może głosować za aktywną polityką własnego stanu.
Dlatego zdanie, że Stany Zjednoczone nie mają płatnych urlopów macierzyńskich albo silnej ochrony pracownika, wymaga dopowiedzenia. Część stanów stworzyła jednak własne programy płatnych urlopów rodzinnych i medycznych, a miasta i stany od lat eksperymentują z podnoszeniem płacy minimalnej, regulacjami czynszów, prawami lokatorów czy ochroną pracowników.
Ameryka rozbija obietnicę ochrony na pięćdziesiąt stanów, tysiące samorządów, rynek, pracodawcę, sąd, fundację, kościół i rodzinę.
Nie znaczy to również, że amerykański kontrakt pozostał nieruchomy. Stany Zjednoczone kilkakrotnie próbowały dopisać do niego nowe zobowiązania. Zwykle działo się to pod naciskiem kryzysu, wojny albo wielkiego społecznego pęknięcia.
Najważniejszym przełomem był Nowy Ład Franklina Delano Roosevelta.
Wielki Kryzys na przełomie lat 20. i 30. XX wieku obnażył słabość państwa, które zbyt długo zakładało, że rynek, przedsiębiorczość i lokalna dobroczynność wystarczą do utrzymania społecznego porządku. Social Security, regulacje rynku pracy, ochrona związków zawodowych i większa rola Waszyngtonu w gospodarce były próbą odpowiedzi na pytanie, czy wolny obywatel może być naprawdę wolny, jeśli starość, bezrobocie albo choroba natychmiast wyrzucają go poza wspólnotę.
Po II wojnie światowej podobną rolę odegrał GI Bill, który milionom weteranów ułatwił dostęp do edukacji, mieszkań i awansu społecznego. W latach sześćdziesiątych Wielkie Społeczeństwo Lyndona Johnsona przyniosło Medicare i Medicaid, czyli federalne programy zdrowotne dla osób starszych i najuboższych.
W tym samym czasie ustawodawstwo praw obywatelskich próbowało wreszcie uczynić realnymi obietnice, zapisane po wojnie secesyjnej w Trzynastej, Czternastej i Piętnastej Poprawce.
Za każdym razem powracał ten sam spór. Jedna Ameryka mówiła, że bez nowych praw wolność pozostaje przywilejem silniejszych. Druga odpowiadała, że każde nowe zobowiązanie państwa oznacza także nową władzę państwa nad obywatelem.
Reforma Baracka Obamy była kolejną odsłoną tego konfliktu. Dla Europejczyków wydawała się umiarkowana: nie tworzyła państwowej służby zdrowia ani nie likwidowała prywatnych ubezpieczycieli. Dla wielu Amerykanów najważniejsze pytanie brzmiało jednak inaczej: czy rząd federalny ma prawo zmusić obywatela do wykupienia ubezpieczenia?
Kulminacją okazała się sprawa National Federation of Independent Business v. Sebelius z 2012 roku.
Sąd Najwyższy rozważał nie to, czy reforma poprawi zdrowie Amerykanów, lecz czy Kongres ma kompetencje, aby nakazać obywatelowi zakup określonego produktu. Przewodniczący sądu John Roberts uratował ustawę, ale zrobił to w bardzo charakterystyczny sposób: uznał, że obowiązek ubezpieczenia nie mieści się w klauzuli handlowej, lecz w kompetencjach podatkowych Kongresu. Nawet wtedy większość sędziów nie chciała stworzyć precedensu pozwalającego państwu dowolnie rozszerzać swoją władzę.
Koszty leczenia w USA należą do najwyższych na świecie. Przez lata setki tysięcy rodzin ogłaszały bankructwo po ciężkiej chorobie, ponieważ rachunki za leczenie przekraczały wartość ich domu i oszczędności. Europejczyk odruchowo uznaje to za porażkę państwa. Wielu Amerykanów widzi przede wszystkim cenę, jaką płaci się za pozostawienie większej przestrzeni wolności jednostce i rynkowi.
I być może dlatego Ameryka po dwóch i pół wieku pozostaje dla Europejczyków tak trudna do zrozumienia. Patrzymy na te same problemy, ale wychodzimy od zupełnie innych założeń.
My częściej pytamy, czego państwo jeszcze nie zrobiło. Oni częściej pytają, czy państwo ma prawo zrobić jeszcze więcej.
Paradoks polega na tym, że państwo zbudowane na tak ograniczonym kontrakcie okazało się największym sukcesem geopolitycznym nowoczesności.
Przez większą część XIX wieku Stany Zjednoczone pozostawały mocarstwem regionalnym. Rosły szybciej niż Europa, przyciągały miliony imigrantów i rozwijały przemysł, ale nadal koncentrowały się przede wszystkim na własnym kontynencie. Punktem zwrotnym okazał się rok 1898.
Krótka wojna z Hiszpanią przyniosła Ameryce Portoryko, Guam i Filipiny, a Kuba znalazła się w jej strefie wpływów. W tym samym czasie Stany Zjednoczone anektowały Hawaje. Republika zrodzona z buntu przeciw imperium sama zaczęła zachowywać się jak imperium.
Najbardziej krwawym dowodem była wojna filipińsko-amerykańska. Filipińczycy, którzy wcześniej walczyli przeciw Hiszpanii, nie chcieli zamienić jednego kolonialnego zwierzchnika na drugiego. Amerykańska odpowiedź była brutalna. W Stanach Zjednoczonych trwał zaś spór o to, czy republika może posiadać kolonie i nadal uważać się za państwo wolności.
Sąd Najwyższy rozwiązał ten problem w sposób bardzo amerykański: prawniczo. W serii orzeczeń znanych jako Insular Cases uznał, że nowe terytoria mogą należeć do Stanów Zjednoczonych, ale nie muszą być w pełni częścią konstytucyjnej wspólnoty. Konstytucja nie podążała automatycznie za flagą. Mieszkańcy Portoryko, Guam czy Filipin znaleźli się pod władzą Waszyngtonu, lecz nie otrzymali pełni praw przysługujących obywatelom stanów.
To był kolejny wariant starego pytania: kto jest stroną amerykańskiego kontraktu?
Po niewolnikach, byłych niewolnikach, kobietach, imigrantach i rdzennych mieszkańcach przyszła kolej na poddanych amerykańskiego imperium. Stany Zjednoczone zaniosły swój kontrakt za ocean, a następnie uznały, że nie wszyscy ludzie żyjący pod amerykańską flagą muszą mieć w nim pełny udział.
Nie był to jednak awans wynikający wyłącznie z politycznej kultury kontraktu. Amerykańską potęgę zbudowały także rzeczy bardziej brutalne i materialne: rozmiar kontynentu, podbój Zachodu, wypchnięcie rdzennych mieszkańców z ich ziem, niewolnicza praca, zasoby naturalne, dwa oceany chroniące kraj przed najazdem, masowa imigracja, wielki rynek wewnętrzny i szczęście historii, dzięki któremu obie wojny światowe nie zniszczyły amerykańskich miast, fabryk i infrastruktury.
Kontrakt nie był więc jedyną przyczyną sukcesu. Był raczej formą, która pozwoliła te zasoby uporządkować, uruchomić i obronić. Stany Zjednoczone miały ziemię, ludzi, kapitał, surowce i geograficzne bezpieczeństwo. Miały też instytucje zdolne zamienić ten potencjał w trwałą przewagę.
Między rokiem 1898 a triumfem amerykańskiej popkultury było jeszcze pół wieku, w którym Stany Zjednoczone nauczyły się używać własnej potęgi. Pierwsza Wojna Światowa pokazała, że Ameryka może przesądzać o losach Europy, ale nie umie jeszcze na trwałe zorganizować świata wokół siebie. Dopiero II Wojna Światowa stworzyła warunki dla prawdziwej hegemonii. Stany Zjednoczone wyszły z niej jako państwo przemysłowo potężne, wojskowo bezkonkurencyjne, niezniszczone na własnym terytorium i zdolne do finansowania nowego ładu.
Bretton Woods, dolar jako waluta centralna Zachodu, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy, ONZ, Plan Marshalla, NATO, sieć baz i gwarancje bezpieczeństwa dla sojuszników stworzyły konstrukcję znacznie trwalszą niż sama przewaga militarna. Dopiero na tej podstawie mogła działać miękka siła. Hollywood, jazz, uniwersytety, Fulbright, Coca-Cola, NASA, później Dolina Krzemowa i Netflix nie unosiły się w próżni.
Opowieść o Ameryce była atrakcyjna także dlatego, że stały za nią lotniskowce, dolar, instytucje, pomoc gospodarcza i obietnica ochrony.
Do tej samej układanki należała USAID.
Agencja powołana przez Johna F. Kennedy’ego w 1961 roku miała oczywiście znaczenie geopolityczne. Powstała po to, aby ograniczać wpływy Związku Radzieckiego w krajach rozwijających się. Zarazem była czymś więcej niż instrumentem zimnej wojny. Każda szkoła zbudowana z amerykańskich funduszy, każda szczepionka, każdy worek zboża i każda paczka z napisem „Gift of the American people” opowiadały światu tę samą historię: Ameryka jest nie tylko potężna. Ameryka jest potrzebna.
Na tym polegał geniusz amerykańskiego przywództwa po 1945 roku. Waszyngton potrafił sprawić, że interes narodowy i atrakcyjność własnego modelu wzajemnie się wzmacniały. Pomoc humanitarna ratowała życie, ale zarazem budowała zaufanie do kraju, który jej udzielał. Uniwersytety kształciły przyszłe elity, ale też wciągały je w amerykański krąg odniesień. Popkultura sprzedawała marzenia, ale również oswajała świat z amerykańską dominacją.
Donald Trump jako pierwszy prezydent od wielu dziesięcioleci świadomie podważa tę opowieść. Nie dlatego, że ogranicza jeden z programów pomocowych czy kwestionuje sens konkretnego sojuszu. Ważniejsze jest to, że wydaje się nie wierzyć w samą ideę miękkiej siły. Świat widzi przede wszystkim transakcję, nacisk i bilans zysków. Tymczasem wielkie mocarstwa utrzymują swoją pozycję nie tylko dzięki armii i gospodarce. Potrzebują jeszcze wiarygodnej historii, którą inni chcą współtworzyć.
Jeżeli Ameryka przestanie być atrakcyjną opowieścią, pozostanie potężnym państwem. Ale będzie już innym mocarstwem niż to, które przez większą część XX wieku potrafiło przekonywać świat, że jego sukces jest także sukcesem innych.
I być może w tym sensie 250-lecie Stanów Zjednoczonych nie jest tylko rocznicą powstania państwa.
Jest pytaniem, czy stary kontrakt nadal potrafi utrzymać wspólnotę, która coraz częściej nie zgadza się ani co do jego treści, ani co do tego, kto ma prawo go interpretować.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Komentarze