Antoni Macierewicz musi rozwiązać sprzeczność między starą teorią wybuchu, który znacznie wyprzedzał uderzenie samolotu o ziemię, i nową teorią wybuchu, który dzięki współdziałaniu rosyjskich kontrolerów nastąpił tuż przed katastrofą. OKO.press podpowiada: najlepiej wrócić do hipotezy wybuchu już na ziemi.

Siódma rocznica katastrofy 10 kwietnia 2010 to dla władz PiS, a dokładniej dla Antoniego Macierewicza, okazja, by w atmosferze podniosłej narodowej żałoby ostatecznie udowodnić to, co niezachwianie głosi od sześciu lat: był zamach.


(...) jedyną hipotezą wyjaśniającą przebieg wydarzeń jest to, że do rozpadu samolotu doszło na skutek eksplozji w powietrzu i działań osób trzecich.

Antoni Macierewicz, "28 miesięcy po Smoleńsku", raport Zespołu Parlamentarnego - 10/08/2012

fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta


Nieprawda. Jest raport Millera, są konkurencyjne teorie spiskowe.


Ale to nie takie proste, a poranna (10 kwietnia 2017) wypowiedź Wacława Berczyńskiego rozczarowuje nie tylko dlatego, że stwierdził, że nie wiadomo, jak doszło do zamachu.

Brzytwa Ockhama rdzewieje

Ustalanie przyczyn katastrofy przypomina zwykle analizę naukową – wychodzi się od faktów i poszukuje konkluzji, która będzie najlepiej je wyjaśniała, po drodze rezygnując z hipotez, które się nie potwierdziły. Prawdziwy analityk kieruje się przy tym zasadą, że „nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę”, znaną jako brzytwa Ockhama, która na zasadzie ekonomii myślenia występuje przeciwko wszelkiej „scholastyce” rozumianej jako bezkrytyczne i dogmatyczne wytwarzanie twierdzeń pozbawionych uzasadnienia.

(Inna rzecz, że w XIV w. lista tych uzasadnień wyglądała inaczej niż dziś: „Nie wolno przyjąć niczego bez uzasadnienia, że ono jest, musi ono być oczywiste albo znane na mocy doświadczenia, albo zapewnione przez autorytet Pisma Świętego”).

Komisja Millera gromadziła fakty i szukała najbardziej uzasadnionych wyjaśnień, to one stanowiły konkluzję.  W pracy Macierewicza i jego zespołów jest odwrotnie: wychodzi się od konkluzji i szuka poszlak, które je uzasadnią.

Czego wymaga zdrowie psychiczne

U Macierewicza twierdzenie o wybuchu czyli zamachu jest założeniem niepodważalnym. Pewność, że był wybuch, okazuje się wręcz fundamentem zdrowia psychicznego narodu czy jednostki.


Tylko człowiek niezdrowy mógłby udowadniać, że samolot nie rozpadł się w powietrzu

Antoni Macierewicz, "Warto rozmawiać", TVP 1 - 15/09/2016

Fot . Slawomir Kaminski / Agencja Gazeta


Zaskakująca definicja zdrowia psychicznego.


Takie podejście ma cechy teorii spiskowych czy wręcz myślenia paranoicznego (co nie musi oznaczać, że jego autor jest paranoikiem – gen. Piotr Pytel twierdzi, że Macierewicz powiedział mu, że hipoteza zamachu to tylko polityczna gra). To sposób myślenia opierający się na jakimś fundamentalnym założeniu,  które wyjaśnia wszystkie znane fakty tworząc z nich spójną całość. Oznacza dla umysłu wysiłek usuwania sprzeczności z faktami, które nie potwierdzają owego fundamentalnego założenia.

(Autor tego tekstu przez wiele lat pracował w szpitalu psychiatrycznym i miał okazję obserwować, jak działa taki system i jak pomysłowe są reinterpretacje sprzeczności na poziomie psychopatologii jednostki. Pewien pacjent np. sądził, że jest obiektem inwigilacji prowadzonej przez stworzenia przypominające wiewiórki. Od bliskich sobie osób, do których zachował resztki zaufania, usłyszał, że one wiewiórek nie widzą. Zatroskany wskazał na ręcznik suszący się na kaloryferze. Nie widzicie ich, bo się chowają – oświadczył).

Wątki porzucone, tylko dwa przykłady

Teoria zamachu urodziła  się z opóźnieniem. W kampanii prezydenckiej przeciwko Bronisławowi Komorowskiemu – od końca kwietnia do początku lipca 2010 – Jarosław Kaczyński o zamachu nie mówił i nikogo o nic nie oskarżał. W spocie wyborczym zwracał się nawet „do przyjaciół Rosjan” i dziękował im za „odruchy współczucia i sympatii, za każdą łzę, za każdy znicz”.

Politycy PiS zaczęli mówić o „zamachu” dopiero po przegranej Kaczyńskiego w wyborach.

Głównym akuszerem teorii spiskowych  jest oczywiście Antoni Macierewicz. Jego parlamentarny zespół, powołany 8 listopada 2011, który obradował od 14 grudnia 2011 do 10 kwietnia 2015, wykonał tu wielką pracę umysłową. Niektóre hipotezy uległy już zapomnieniu.



Na przykład wątek sztucznej mgły. Antoni Macierewicz mówił w 2011 r.„Nagle wyszła mgła, mówią świadkowie.

Nie wiemy skąd, nie było jej przecież w żadnej prognozie, nic jej nie zapowiadało, a nagle wszystko zostało zasłonięte”.

Raport Millera gromadzi wiele faktów, które temu zaprzeczają. Kolejne komunikaty meteorologiczne, informacje od rosyjskich kontrolerów i doniesienia od polskich pilotów jaka-40,  który wylądował w Smoleńsku wcześniej, wskazywały, że potężna mgła była już grubo wcześniej, zanim do Smoleńska doleciał tupolew. Ograniczała widoczność poziomą do 400, a nawet 200 metrów, przy minimalnej wymaganej 1000 m.

Zanim wątek mgły został porzucony, ekspert Macierewicza, Stefan Bromski, wpisał go w rozbudowaną koncepcję ataku terrorystycznego. Terroryści rozpylili nad Smoleńskiem „sztuczny smog”, a następnie sygnałem radiowym uruchomili bombę w powietrzu.

Inny porzucony przez Macierewicza wątek to dobijanie rannych. Na spotkaniu z wyborcami w Kielcach 9 kwietnia 2013 powiedział: 

„(…) po latach badań mogę powiedzieć z olbrzymią dozą pewności i prawdopodobieństwa, że relacje o tym, że trzy osoby przeżyły, są wiarygodne”.

Było to o tyle zaskakujące, że już rok wcześniej wątek dobijania rannych został zdezawuowany nawet przez „Gazetę Polską”. Miał zresztą charakter tylko uzupełniający, ukazywał okrucieństwo i determinację zamachowców i nie wnosił niczego do najważniejszej sprawy – wyjaśnienia samego zamachu.

I tu jest zasadnicza kwestia, czyli wybuchu bądź serii wybuchów. Umysł Macierewicza zmaga się z faktami, które wskazują, że katastrofa była po prostu wynikiem błędnych decyzji pilotów, którzy podjęli nieracjonalną decyzję o podejściu do lądowania i kierując się fałszywym rozpoznaniem wysokości (zamiast  wysokościomierza barycznego korzystali z radiolokacyjnego mierzącego wysokość nad ziemią, a lecieli nad głębokim jarem), nie zdołali już unieść maszyny. W dodatku odejście na drugi krąg opóźniło zbyt późne wyłączenie systemu automatycznego pilota, który na tym lotnisku nie miał zastosowania.

Innymi słowy Macierewicz próbuje uciec spod brzytwy Ockhama spójnego, potwierdzonego dowodami wyjaśnienia. Szuka dowodów, że doszło do wybuchu.

Teoria wybuchu znacznie wcześniejszego

Przez wiele lat Macierewicz twierdził, że wybuch musiał nastąpić znacznie wcześniej nim doszło do uderzenia w brzozę (o ile w ogóle doszło) i był przyczyną upadku samolotu.


Gdy kapitan wydaje decyzję "odchodzimy", wszyscy w kokpicie działają jednomyślnie i nie ma miejsca na dyskusję, sprawny samolot odlatuje. Jeśli dzieje się inaczej, to znaczy, że musiało stać się coś, co uniemożliwiło realizację decyzji kapitana.

Antoni Macierewicz, "Gazeta Polska" - 22/03/2017

fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Gazeta


Brawo, panie ministrze. To "coś" to było zderzenie z brzozą.


Kluczowym dowodem tej teorii ma być stwierdzenie, że samolot rozpadł się na tysiące kawałków i że były one rozsiane na dużym terenie. Im tych kawałków więcej i im dalej od miejsca upadku samolotu się pojawiają, tym bardziej uzasadniona jest  hipoteza zamachu.


Zgodnie ze wspólną opinią znawców problematyki te tysiące odłamków, niektóre wielkości dłoni, świadczą o eksplozji. Nie ma odłamków bez eksplozji. Samolot rozpadał się w powietrzu na dziesiątki tysięcy fragmentów przed miejscem gdzie stała brzoza

Antoni Macierewicz, konferencja prasowa - 27/01/2014

fot. Slawomir Kaminski / Agencja Gazeta


Są odłamki bez eksplozji. A przed brzozą znaleziono ich jeden lub dwa


Aby to uzasadnić Macierewicz i jego eksperci próbowali rozumować per analogiam. Powtarzali, że Tu-154M nie mógł w wyniku zderzenia z ziemią rozpaść się na 60 tys. kawałków (jak oszacowali eksperci archeologowie w 2010 r.), skoro po zamachu na Boeinga 747 nad Lockerbie w 1988 roku znaleziono zaledwie 10 tysięcy fragmentów. Ta analogia ma jednak pewną wadę – opiera się na zasadniczym przekłamaniu. W Szkocji zebrano aż cztery miliony (!) szczątków samolotu, z których 10 tys. posłużyło do rekonstrukcji kadłuba.



Opierając się na ustaleniach komisji Millera, w październiku 2016 r. Macierewicz uznał „bez żadnych wątpliwości”, że do wybuchu musiało dojść wcześniej, skoro znaleziono dwa fragmenty samolotu w odległości kilkudziesięciu metrów przed brzozą. Zażartował nawet, że zasłuży na Nobla ten, kto to wyjaśni.


Jeśli pan udowodni, jak to możliwe, że szczątki skrzydła były 60 m przed tą brzozą, to dostanie pan nagrodę Nobla, jak ten mężczyzna, który urodzi dziecko

Antoni Macierewicz, sejmowa komisja obrony - 21/10/2016

FOT. KUBA ATYS / AGENCJA GAZETA


Udowodniliśmy, jak to było możliwe. Chcemy tego Nobla!


Nobel dla OKO.press

Już wcześniej 15 września 2016 r. Macierewicz mówił: „Te części nie mogły się odbić od brzozy i cofnąć, ani nie mogły się w inny sposób oderwać, bo

tam nie ma innych przeszkód  naturalnych, o które [samolot] mógł uderzyć, żeby było jasne, nie ma drzewa, ani masztu, ani nie leciał żaden inny samolot.

To musiała być inna przyczyna, niewątpliwie samolot zaczął rozpadać się w powietrzu dużo przed brzozą”.

OKO.press bez najmniejszego trudu – po prostu czytając raport komisji Millera – znalazło wyjaśnienie (i zażądało od Macierewicza Nobla). Doskonale wiadomo bowiem, że tupolew uderzył w coś przed brzozą. I to nie raz. To wtedy odpadły niewielkie kawałki poszycia.

„W odległości 1099 m i 5 m poniżej poziomu DS 26 [czyli lotniska], nastąpiło pierwsze zetknięcie samolotu z przeszkodą terenową, przycięcie na wysokości 10 m wierzchołka brzozy rosnącej w parowie w pobliżu BRL [bliższa radiolatarnia]”.

Potem doszło do „następnych zderzeń z kolejnymi drzewami i krzakami. Pomimo że samolot zaczął się już wolno wznosić, ze względu na ukształtowanie terenu jego wysokość nad ziemią obniżyła się z 10 m w rejonie BRL [bliższej radiolatarni] do 4 m i (…) samolot zderzył się z następnymi przeszkodami:

  • dwie kępy młodych brzózek – przycięte krawędzią lewego skrzydła;
  • grupa młodych brzózek, topoli i innych drzew – połamane krawędzią natarcia lewego skrzydła samolotu”.

Załączniki ilustrują to zdjęciami uszkodzonych drzew i zdjęciem „owalnego wgniecenia na krawędzi natarcia skrzydeł”, które powstało podczas uderzeń o te drzewa.

Na oczyszczonym nagraniu z kokpitu słychać jak osiem sekund przed katastrofą nawigator kończy odliczanie wysokości:  „100, 90, 80, 60, 50, 40, 30 i – już krzycząc – 20”. Podaje wysokość nad poziomem terenu, posługuje się wysokościomierzem radiolokacyjnym (błąd, który był jedną z przyczyn wypadku). Następnie słuchać głuche odgłosy czy głośne szumy przypominające szuranie, zapis uderzeń o drzewa. Uderzenie o brzozę zapisało się jako „odgłos przypominający niszczenie konstrukcji w kolizji dużej prędkości”. Potem padają już tylko przekleństwa, okrzyk „Jezu” i krzyki „aaaaa”.

Hipoteza wybuchu w ostatniej chwili (WOC)

Aby uciec spod brzytwy Ockhama Macierewicz po prostu ignoruje te wszystkie dowody. I stwierdza, że przed brzozą nie było „innych przeszkód  naturalnych, o które [samolot] mógł uderzyć”.

Paradoksalnie, trudniej Macierewiczowi sprostać innej przeszkodzie, jaką stanowią ogłoszone 3 kwietnia 2017 ustalenia prokuratury Ziobry, która przedstawiła wyniki swojego śledztwa.



Rzecz w tym, że prokuratorzy ani słowem nie wspomnieli o wybuchu. Oskarżyli natomiast rosyjskich kontrolerów lotu w Smoleńsku o umyślne doprowadzenie do katastrofy (zaostrzając zarzut, który w 2015 r. postawił tym samych kontrolerom poprzedni zespół prokuratorów).

Macierewicz próbuje wyjść z twarzą. Podkreśla, że  sam ustalił podobnie: „materiał dowodowy zebrany przez zespół oraz Komisję Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, której przewodniczy dr. inż. Berczyński jest bardzo przekonywujący i pokazuje, że […] kontrolerzy dążyli do spowodowania katastrofy”.

Jednocześnie nie może zrezygnować z teorii wybuchu, na której  od lat buduje smoleńską narrację. Stwierdza po prostu, że zamach w Smoleńsku składał się z dwóch etapów. W pierwszym, kontrolerzy celowo sprowadzili samolot na niską wysokość. W drugim doszło do wybuchu na niskiej wysokości. A wszystko po to, by ukryć zamach pod pozorem zwykłej kraksy lotniczej.


Gdyby nie sprowadzono samolotu tak nisko, wówczas dużo trudniej byłoby stworzyć całe zamieszanie, z którym mamy do czynienia. Samolot, który by się rozpadł 50, 60, 150 metrów nad ziemią, nie mógłby udawać naturalnej katastrofy

Antoni Macierewicz, TV Republika - 04/04/2017

fot. Adam Stepien / Agencja Gazeta


Działania kontrolerów wskazują, że nie chcieli, by Tupolew lądował


Sprzeczność między hipotezami

Hipotezy wybuchu znacznie wcześniejszego i wybuchu ostatniej chwili w znacznym stopniu się jednak wykluczają.

Pierwsza domaga się dowodów w postaci wielu szczątków samolotu rozrzuconych na znacznej przestrzeni przed upadkiem samolotu, druga uzasadnia, dlaczego ich nie było.

Pierwsza staje się tym wiarygodniejsza, im wcześniej doszło do wybuchu, druga – im później.

W pierwszej uderzenie w brzozę nie może być przyczyną katastrofy, a najlepiej, gdyby go nie  było wcale. W drugiej uderzenie w brzozę staje się zwieńczeniem doskonałej realizacji zadania, które wykonali rosyjscy kontrolerzy: najpierw uśpili czujność pilotów, odwodząc ich od lądowania, a potem fałszując informacje naprowadzili na brzozę.

W pierwszej wybuch (lub seria wybuchów) jest najważniejszy. W drugiej, wybuch jest właściwie zbędny. Co gorsza, nie ma na niego miejsca, a dokładniej – czasu.

Hipoteza wybuchu na ziemi

W tej sytuacji OKO.press proponuje Antoniemu Macierewiczowi, aby dla zachowania spójności wyjaśnienia opartego na spisku z udziałem Rosjan i strony polskiej (w tym samego Donalda Tuska), wrócił do hipotezy, że wybuch nastąpił już na ziemi. Tyle, że w poprzedniej wersji był to wybuch ostatni z trzech, teraz byłby jedynym i wcale niekoniecznie tylko w salonce prezydenta.


Końcowym etapem katastrofy był wybuch w prezydenckiej salonce już po uderzeniu samolotu w ziemię

Antoni Macierewicz, Raport zespołu Macierewicza - 10/04/2015

fot. "Fakty" TVN


"Obrażenia ciała Lecha Kaczyńskiego są typowe dla wypadków komunikacyjnych"


Oczywiście to rozwiązanie ma wady. Jego także nie potwierdzają fakty: nie ma śladów po jakimkolwiek wybuchu, także badanie ciał nie wskazuje na wybuch. Nie wiadomo też, jak rozumieć, że wybuch nastąpił tak późno i po co w ogóle był.

Czy był przewidziany jako ostateczne zabezpieczenie, że wszyscy zginą na wypadek, gdyby ocaleli w katastrofie (byłby wtedy odpowiednikiem dobijania rannych, o czym Macierewicz mówił wcześniej)?

Czy też był rozwiązaniem rezerwowym, na wypadek, gdyby zawiedli kontrolerzy lotu?

Wybuch na ziemi ma jeszcze jedną wadę: nie zdejmuje winy z pilotów, choć łagodzi ją fakt, że kontrolerzy byli chytrzy.

Ma za to ogromne zalety: tłumaczy, dlaczego nie było wcześniejszych śladów wybuchu i dlaczego rejestratory wybuchu nie zarejestrowały. No i nie ma już problemu brzozy, której udział w katastrofie jest doskonale udokumentowany.

Berczyński idzie na łatwiznę

W poniedziałek 10 kwietnia 2017 rano przewodniczący Komisji Badania Wypadków Lotnictwa Państwowego MON Wacław Berczyński zlekceważył cały ten problem dwóch teorii i po prostu wrócił do pierwszej: „Samolot zaczął rozpadać się w powietrzu i zaczął gubić części, które spadały na ziemię znacznie przed tzw. brzozą. Brzoza nie miała żadnego wpływu na katastrofę. Było tłumaczenie, że samolot uderzył skrzydłem o brzozę, stracił kawałek skrzydła, obrócił się upside down i to była przyczyna katastrofy, ale to nie jest prawda” – powiedział TVP Info.

Tę rozczarowującą OKO.press wypowiedź osłabia nieco odpowiedź Berczyńskiego na pytanie o przyczynę katastrofy. Odparł, że „w tej chwili jeszcze nie wiemy”.


Abonament na wolność słowa

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”, „Narkopolacy”, „Bieg na Majdan”. Doktor psychologii. Feminista.


Popularne:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym