0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Mateusz Mirys / OKO.pressIl. Mateusz Mirys / ...

Zachodnie media często nazywają rosyjską inwazję na Ukrainę „wojną Putina”. Zgodnie z tą logiką rosyjscy żołnierze nie odpowiadają za zabójstwa, gwałty, grabieże i inne popełnione zbrodnie, ponieważ ta wojna „nie jest ich”, tylko to „wojna Putina”.

W ukraińskiej redakcji „Slidstvo.Info” badam zbrodnie wojenne w Ukrainie i identyfikuję rosyjskich wojskowych, którzy je popełnili. Większość jest sądzona przez ukraiński wymiar sprawiedliwości zaocznie. Są jednak rzadkie przypadki, gdy żołnierze ci trafiają do ukraińskich więzień. To wyjątkowa okazja, by spojrzeć wrogowi w oczy i zapytać: „Dlaczego?”.

Na przykładzie trzech wywiadów z rosyjskimi żołnierzami, oskarżanymi o zbrodnie wojenne, pokażę, dlaczego o odpowiedzialności warto mówić też w odniesieniu do jednostek.

Areszt śledczy w Kijowie. Po przekroczeniu progu do jednego z długich korytarzy o szarych ścianach czuć intensywny zapach papierosów. Na metalowych drzwiach, zamykanych na trzy różne zamki, napis: „Cela do przetrzymywania jeńców wojennych”.

Dla większości rosyjskich jeńców Kijowski Areszt Śledczy jest jedynie punktem przejściowym, nie zatrzymują się tu na długo, są wysyłani do specjalnych obozów. Są jednak i tacy, którzy spędzają w nim lata. Chodzi o rosyjskich wojskowych oskarżanych o popełnienie zbrodni wojennych. Niektórzy zostali już skazani wyrokiem sądu, wobec innych nadal trwa postępowanie przygotowawcze lub proces sądowy, a jeszcze inni występują w sprawach jako świadkowie.

Ukraina przestrzega Konwencji Genewskich, dlatego warunki dla rosyjskich jeńców są więcej niż akceptowalne: w celach są nawet telewizory i czajniki. Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża co półtora miesiąca dostarcza Rosjanom listy z domu oraz pyta o ich potrzeby i życzenia.

MKCK zapewnia im również odzież, więc nie ma tu mowy o więziennych mundurach – Rosjanie noszą bluzy polarowe i spodnie (dżinsowe lub inne). Tymczasem Ukraińcy przetrzymywani w rosyjskiej niewoli z powodu głodu tracą dziesiątki kilogramów, codziennie doświadczają tortur (takich jak rażenie prądem czy bicie pałkami), a latami nie są im przekazywane listy z domu.

Przeczytaj także:

„Co mnie to obchodzi”. Brak skruchy za zabójstwa cywilów

Jednym z tych, którzy od lat siedzą w Kijowskim Areszcie Śledczym, jest desantowiec Nikołaj Kartaszew, ma obecnie 23 lata. Jest sądzony za zabójstwo mężczyzny, cywila, podczas okupacji miasta Bucza w obwodzie kijowskim. Do niewoli Kartaszew trafił w wieku 20 lat, a na wojnę przeciwko Ukrainie – mając 19 lat.

Wywiad z nim nagrywamy w niewielkim pokoju widzeń, gdzie znajduje się stół, dwie ławki, okno i kaloryfer.

Kartaszew zgadza się rozmawiać przed kamerą, ma nadzieję, że w jakiś sposób pomoże mu to wrócić do Rosji. Pochodzi z Nowoszachtyńska, miasta w obwodzie rostowskim Federacji Rosyjskiej, które liczy około 100 tysięcy mieszkańców. Całe życie Nikołaj Kartaszew żył pod rządami Putina – gdy się urodził, ten już rozpoczął swoją pierwszą kadencję prezydencką. „Skoro go wybierają, to znaczy, że na razie jest najlepszy ze wszystkich” – tak tłumaczy swój stosunek do Władimira Putina.

Nikołaj Kartaszew podczas wywiadu z Władysławą Kobko. Fot. Slidstvo.Info

Ukraińscy żołnierze wzięli Kartaszewa do niewoli w lutym 2023 roku w obwodzie ługańskim. Podczas przesłuchań próbował ukryć, że na początku inwazji trafił do Buczy. Zaprzeczanie stało się bezcelowe, gdy Kartaszew trafił do Głównego Zarządu Śledczego Policji Ukrainy. W tym czasie ustalono już nazwiska żołnierzy 234. pułku 76. dywizji desantowo-szturmowej Federacji Rosyjskiej, w której służył również Kartaszew. Żołnierze z tego pułku dokonywali masowych morderstw w Buczy w obwodzie kijowskim.

Kartaszew szczegółowo opowiada o dniu, w którym otworzył ogień do cywilnego mężczyzny w Buczy. Miało to miejsce trzeciego dnia wielkiej wojny, 27 lutego 2022 roku. Strzałem z moździerza „Nona” rosyjscy żołnierze zabili 24-letniego mieszkańca Buczy Walerija Kołtunowa, który pracował jako ochroniarz w supermarkecie.

„Przez radio przyszedł rozkaz: ci, którzy są ubrani na czarno, to wrogowie, bo wcześniej ostrzeliwali naszą kolumnę i zniszczyli część sprzętu. Kiedy więc zobaczyliśmy człowieka w czarnym ubraniu, otworzyliśmy do niego ogień” – mówi Kartaszew.

Walerij, ranny mieszkaniec Buczy, zdążył jeszcze zadzwonić po pogotowie ratunkowe, jednak załoga nie mogła dotrzeć do rannego z powodu ostrzałów. Młody mężczyzna zmarł wskutek utraty krwi.

O tym, że cywil z Buczy nie przeżył, Nikołaj Kartaszew dowiedział się już w ukraińskiej niewoli.

Na pytanie, jakie emocje wywołała w nim ta informacja, Nikołaj odpowiada obojętnie i z zimną krwią: „Żadnych”. W jego głosie nie ma nawet śladu skruchy ani empatii. Co więcej, użycie broni przeciwko ludności cywilnej Nikołaj Kartaszew uważa za uzasadnione, ponieważ według niego miejscowi nie chcieli podporządkować się okupantom.

Dziennikarka: Ale rozumiał pan, że ludność cywilna jest ludnością chronioną? Nie wolno jej zabijać ani torturować.

Nikołaj Kartaszew: Więc nie wolno jej chwytać za broń, tak?

Dziennikarka: Myślał pan, że idzie walczyć przeciwko ludności cywilnej?

Nikołaj Kartaszew: No a co? Wasi poszli do Kijowa, wasze wojska uciekły.

Dziennikarka: To znaczy, że trzeba walczyć z cywilami?

Nikołaj Kartaszew: A cywile biorą broń i strzelają po nogach. I co, mam patrzeć, aż wypuszczą mi kulę w głowę?

Dziennikarka: Może to oznacza, że nie jesteście tu mile widziani? Że to inne państwo?

Nikołaj Kartaszew: A co mnie to obchodzi.

Dziennikarka: Ale wtargnęliście do obcego kraju. W jakim sensie „Co pana to obchodzi”? Przecież nie jesteście u siebie w domu.

Nikołaj Kartaszew: Jestem żołnierzem. Służę w armii rosyjskiej. Kazali mi – pojechałem.

Dziennikarka: Czyli rozumiał pan, że walczycie przeciwko cywilom, a nie przeciwko armii, bo – jak pan mówi – armii tam nie było.

Nikołaj Kartaszew: To zrozumiałem już później, trochę później, może tydzień lub dwa, jak wkroczyliśmy do Buczy.

W tej rozmowie Nikołaj Kartaszew potwierdza udział w celowych atakach na ludność cywilną. Odpowiedzialność przerzuca na wyższe dowództwo, ale nie zaprzecza otwartej wojnie przeciwko cywilom, którzy nie czekali na Rosjan i próbowali stawiać opór okupacji. „Jeden Ukrainiec więcej, jeden mniej. Co mnie to obchodzi” – mówi rosyjski żołnierz.

Kultura bezkarności

Rozstrzelany ochroniarz supermarketu Walerij Kołtunow był jedną z pierwszych ofiar rosyjskich desantowców w Buczy. Podczas niemal trzygodzinnego wywiadu Nikołaj Kartaszew szczegółowo opowiada o kolejnych czterech zbrodniach w mieście, których był świadkiem lub współsprawcą. Wymienia nazwiska swoich kolegów ze służby, którzy dopuszczali się przestępstw.

Na przykład pewnego dnia jego „towarzysz broni”, Denis Monachow, zastrzelił z kałasznikowa kobietę o imieniu Oksana. Rosjanie zaprowadzili ją do łaźni na podwórzu jednego z domów w Buczy, zgwałcili, a następnie zabili. Właściciel domu, Wołodymyr Szepitko, który wrócił do domu po wyzwoleniu, znalazł nagie ciało kobiety w piwnicy. Rosjanie zawinęli je w futro córki właściciela, które znaleźli w jego domu.

„Była całkowicie rozebrana, miała na sobie tylko futro. Połowa głowy była roztrzaskana przez kule. Znęcano się nad nią. Miała kłute rany, odcięte sutki” – wspomina Wołodymyr Szepitko.

Desantowiec Nikołaj Kartaszew opowiada, że dowódcy nie ukarali osób odpowiedzialnych za to brutalne morderstwo. Starszy stopniem oficer jedynie zrugał żołnierzy za popełnioną zbrodnię.

„Nic więcej im nie zrobił. Tylko nakrzyczał i o wszystkim zapomniano. Nikt już więcej o tym nie wspominał” – zeznaje Nikołaj Kartaszew.

Zamordowana kobieta pozostawiła rodziców oraz niepełnoletnią córkę. Ten przypadek dowodzi, że przesłankami okrucieństw rosyjskich wojskowych są bezkarność i brak odpowiedzialności.

Jakie zagrożenie mogła stanowić młoda kobieta? Po co było ją gwałcić, kaleczyć i rozstrzelać?

To nie jedyny przypadek, gdy podczas wywiadów słyszałam o obojętności dowódców wobec zbrodni popełnianych przez żołnierzy.

Milcząca zgoda: oficer, który ukrył zbrodnię

W kijowskim areszcie śledczym siedzi rosyjski oficer Roman Pliewako – zawodowy wojskowy, który poświęcił armii niemal całe swoje życie. Oczekuje na wymianę na jeńców ukraińskich, przetrzymywanych w Rosji. Służył w jednostce wojskowej, w której szkolono poborowych. W marcu 2022 roku dobrowolnie zgłosił się na wojnę w Ukrainie. Do niewoli trafił w sierpniu 2024 roku w obwodzie kurskim w Rosji, kiedy Ukraina rozpoczęła tam operację ofensywną.

Na początku pełnoskalowej inwazji Pliewako dowodził załogą czołgu stacjonującą na trasie żytomierskiej w pobliżu dwóch wsi – Mrija i Myła – w obwodzie kijowskim. Ta arteria łączyła Kijów z Buczą, Irpieniem, Borodzianką oraz Makarowym, zajętymi przez Rosjan, i była jedyną drogą ratunku dla tysięcy ukraińskich cywilów, którzy próbowali wydostać się z terenów okupowanych.

Jednak po wyzwoleniu obwodu kijowskiego drogę tę nazwano „drogą śmierci”. Wzdłuż niej powstał cmentarz spalonych samochodów – Rosjanie ostrzeliwali je, nie dając ludziom możliwości ucieczki. Na odcinku trasy żytomierskiej w pobliżu wsi Mrija i Myła, według danych Prokuratury Generalnej Ukrainy, zginęło 18 cywilów, w tym dziecko. Kolejnych sześć osób zostało rannych, ale udało się ich uratować.

Roman Pliewako podczas wywiadu z Władysławą Kobko. Fot. Slidstvo.Info

„Było tam kilka spalonych pojazdów wojskowych, a także samochody cywilne. Były spalone. Niektóre z nich miały ślady po strzałach – otwory po kulach” – zeznał podczas wywiadu Roman Pliewako.

W rozmowie 35-letni oficer jest wyraźnie zdenerwowany i niespokojny. Boi się powiedzieć coś „zbędnego”, co po powrocie do Rosji mogłoby obrócić się przeciwko niemu. Czeka tam na niego syn oraz druga żona, z którą ożenił się miesiąc przed trafieniem do niewoli. Na lewej ręce Rosjanina zauważam duży tatuaż po angielsku: „Jeśli chcesz pokoju – szykuj się do wojny”.

Jedna z egzekucji na trasie żytomierskiej wydarzyła się na jego oczach. Jego były podwładny Dmitrij Łapszakow, który został oddelegowany do innego oddziału, ostrzelał cywilny samochód Toyota, którym jechał 45-letni mieszkaniec Irpienia Ołeksandr Stepaneczko. Mężczyzna został ranny, po czym Łapszakow podszedł i zabił go z bliska. Przyznał się do tego podczas rozmowy telefonicznej z kolegą – od organów ścigania otrzymaliśmy nagranie tej przechwyconej rozmowy:

– Dzisiaj jechał jeszcze jakiś Toyotą. Macham mu, żeby podniósł ręce, żebym widział, że nie ma broni. Zastrzeliłem go.

– No i kto tam siedział?

– Jakiś facet w średnim wieku. Już charczał, do cholery. Dobiłem go z automatu. Samochód podpaliłem, spłonął.

Córka Ołeksandra Stepaneczki, Łarysa Stepaneczko, dowiedziała się o losie ojca po wyzwoleniu obwodu kijowskiego: jego zwęglone ciało leżało obok zniszczonego samochodu.

„Ponieważ leżał twarzą do ziemi, twarz częściowo się zachowała. I z tego, co zobaczyłam… właściwie twarzy już nie było, nie było ust, tylko zęby. Rozpoznałam tatę właśnie po zębach. Ten uśmiech widziałam przez całe dzieciństwo, całe życie” – opowiadała ze łzami w oczach.

Po opuszczeniu obwodu kijowskiego i wkroczeniu na terytorium Białorusi dowódcy kompanii z 5. Brygady Pancernej, wśród nich Roman Pliewako, mieli złożyć pisemny raport o zadaniach wykonywanych w Ukrainie. W tym również wspomnieć o bezprawnych działaniach swoich współtowarzyszy służby.

Jednak zdecydował się tego nie robić i zataił przed wyższym dowództwem fakt rozstrzelania cywila przez swojego podwładnego Łapszakowa. W rezultacie nikt nie poniósł żadnej kary za tę zbrodnię. Na moje pytanie, dlaczego postanowił przemilczeć zbrodnię wojenną, Roman Pliewako nie potrafił odpowiedzieć.

Albo w ten sposób zaaprobował zabójstwo cywila, albo był przekonany, że nawet gdyby dowództwo dowiedziało się o tej sprawie – i tak nic by z tym nie zrobiło.

KYIV REG., UKRAINE - Apr. 02, 2022: A destroyed and burnt cars seen on a Kyiv-Zhytomyr highway 20 km from Kyiv.
Obwód kijowski, Ukraina – 2 kwietnia 2022 roku. Zniszczone i spalone samochody widziane na autostradzie Kijów-Żytomierz, 20 km od Kijowa. Fot. Slidstvo.Info

W tej sprawie Roman Pliewako występuje jako świadek. A takich świadków wśród Rosjan są dziesiątki tysięcy. Filozofka Hannah Arendt nazwała to „banalnością zła” – sytuacją, w której masowa przemoc staje się możliwa nie tylko z powodu rozkazów dyktatora, lecz także przez milczący udział tysięcy ludzi.

Jedni wydają rozkazy, inni je wykonują, a jeszcze inni udają, że nic się nie stało. Właśnie w taki sposób ciężkie zbrodnie stopniowo stają się normą.

Normalizacja ciężkich zbrodni jest obecnie charakterystyczna również dla rosyjskiej armii. Na przykład niektórzy rosyjscy dowódcy wydają podwładnym rozkazy, by nie brać do niewoli ukraińskich żołnierzy, którzy złożyli broń i nie stanowią już zagrożenia. Jest to sprzeczne z Konwencją Genewską, a egzekucja pozasądowa stanowi zbrodnię międzynarodową.

„Myślę, że i tak dojdzie do wymiany”. Iluzja bezkarności

W lutym 2026 roku sąd w Kijowie skazał rosyjskiego żołnierza Władimira Iwanowa na dożywocie za popełnienie zbrodni wojennej. Żołnierz rozstrzelał dwóch ukraińskich jeńców wojennych w styczniu 2025 roku w obwodzie kurskim. Wcześniej grupa żołnierzy, wśród których był także Władimir Iwanow, otrzymała rozkaz, by brać do niewoli jedynie oficerów, natomiast sierżantów i szeregowców – rozstrzeliwać.

Dwóch ukraińskich żołnierzy, którzy usłyszeli, że mają zostać straceni, próbowało się ratować i zaczęło uciekać. W tym momencie Władimir Iwanow otworzył ogień z kałasznikowa.

Władimir Iwanow: Padły strzały.

Dziennikarka: A kto strzelał?

W.I.: Ja.

Przyznając się do rozstrzelania jeńców, Władimir Iwanow podczas wywiadu niespodziewanie się roześmiał. W ogóle nie żałuje tego, co się stało i nawet nie dopuszcza myśli, że może spędzić resztę życia w więzieniu w Ukrainie.

„Myślę, że i tak dojdzie do wymiany. Ukraińskich żołnierzy tam (w Rosji) też siedzi wystarczająco dużo” – mówi zuchwale.

Władimir Iwanow podczas wywiadu. Fot. Slidstvo.Info

Przez ponad cztery lata otwartej wojny Ukraina ani razu nie wymieniła rosyjskiego jeńca wojennego, który dopuścił się ciężkiej zbrodni wojennej. Według informacji Prokuratury Generalnej Ukrainy w ukraińskiej niewoli przebywa 22 rosyjskich jeńców, wobec których prowadzone są postępowania karne.

Historia uczy, że zło staje się masowe nie tylko wtedy, gdy pojawia się dyktator. „Maszynę śmierci” można uruchomić wtedy, gdy miliony „małych ludzi” stają się jej trybikami.

W Ukrainie ta rosyjska „maszyna śmierci” jest napędzana całkowitym brakiem współczucia i skruchy oraz poczuciem, że rosyjskim wojskowym wszystko wolno. Kartaszew, który otwarcie mówi: „Co mnie to obchodzi”, czy Iwanow, który śmieje się z tego, że odebrał ludziom życie, świadczą o tym, że nie jest to wojna tylko człowieka na Kremlu. Za każdym wielkim złem stoi osobisty wybór „małego człowieka”.

Tłumaczenie Solomiia Harbich

Na zdjęciu Władysława Kobko
Władysława Kobko

Zajmuje się dziennikarstwem od 2020 roku. Ukończyła z wyróżnieniem Kijowski Narodowy Uniwersytet im. Tarasa Szewczenki. Pracuje w niezależnej ukraińskiej redakcji śledczej „Slidstvo.Info”, która istnieje od 2012 roku i specjalizuje się w ujawnianiu korupcji i nadużyć, a także w badaniu zbrodni wojennych. Zajmuje się głównie dokumentowaniem zbrodni wojennych oraz identyfikacją rosyjskich żołnierzy, którzy są w nie zamieszani.

Komentarze