Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Michal Ryniak / Agencja Wyborcza.plFot. Michal Ryniak /...

Do tej pory demonstracje antyaborcjonistów odbywały się pod szpitalem św. Wojciecha raz w miesiącu. Pod koniec marca w opublikowanym w mediach społecznościowych video Kaja Godek zapowiedziała, że w kwietniu zgromadzeń będzie więcej.

Przeczytaj także:

Poza planowanym na 19 kwietnia publicznym różańcem Fundacja Życie i Rodzina zorganizuje „pikiety informacyjno-edukacyjne”, czyli – w praktyce – kolejne wydarzenia, na których demonstrowane będą krwawe banery z rozczłonkowanymi płodami i wizerunkiem Adolfa Hitlera. Dostępny w Biuletynie Informacji Publicznej harmonogram zgromadzeń zgłoszonych w Gdańsku wskazuje, że

manifestacje przy szpitalu na Zaspie zaplanowane są na bez mała cały kwiecień.

I choć niewykluczone, że część zgromadzeń zgłosiły inne, niezwiązane z Fundacją Życie i Rodzina osoby, zapowiedź Godek nie pozostawia złudzeń: spokój i bezpieczeństwo pacjentek, noworodków oraz personelu medycznego znów zostaną zakłócone.

Antyaborcjoniści uważają, że bronią życia. Podkreślają, że ich działania nikogo nie krzywdzą i dążą do ratowania dzieci nienarodzonych. Pomijają przy tym jednak pewien istotny, choć niewygodny szczegół: dzieci, które są już na świecie.

Prawdziwa obrona życia

Anna* rodziła w szpitalu św. Wojciecha pod koniec zeszłego roku. Jak sama przyznaje, nie planowała porodu akurat w tej placówce, jednak gdy dowiedziała się, że sytuacja uległa komplikacji, decyzja była oczywista: „Gdy dowiedziałam się podczas badania u lekarki prowadzącej, że jest źle, od razu wiedziałam, że chcę jechać na Zaspę. Potrzebowaliśmy razem z dzieckiem trzeciego stopnia referencyjności; dobrze wyposażonej neonatologii i opieki specjalistów”.

Lekarze od momentu przyjęcia Anny do szpitala walczyli o życie jej synka.

"Mały urodził się z głębokim niedotlenieniem. Gdy został wyjęty z brzucha, praktycznie nie oddychał.

Wszystko działo się bardzo szybko. Oni go tam ratowali. Masa personelu dookoła; pełno specjalistycznego sprzętu, którego nazwy trudno zapamiętać".

Niewiele później dziecko kobiety trafiło na noworodkowy OIOM.

„Oboje byliśmy w pełni zaopiekowani. Gdy dochodziłam do siebie w szpitalu, została dla mnie wydzielona osobna sala. Personel wiedział, że nie mam synka przy sobie, więc nie umieścił mnie wśród kobiet mogących w każdej chwili przytulić swoje dzieci. Dbali w tej całej sytuacji również o mój komfort. Odwiedzała mnie pani psycholog. Opiekowały się mną cudowne położne. Nawet pani salowa, która przecież nie musiała poświęcać mi swojego czasu, przychodziła tak po prostu, żeby porozmawiać i okazać wsparcie”.

Jak zauważa Elena Miś, psycholożka i działaczka społeczna, stan psychiczny matek, których dzieci przebywają na OION-ie (Oddziale Intensywnej Opieki Neonatologicznej) przede wszystkim wymaga otoczenia szczególną uważnością i opieką: „Kobieta oprócz potrzeby stałego przepływu informacyjnego i specjalistycznego kontaktu w kontekście zdrowia jej dziecka powinna czuć się zaopiekowana również pod względem emocjonalnym.”

„Nie każda kobieta potrzebuje od razu bezpośredniego kontaktu z psychologiem, ale bezwzględnie każda potrzebuje życzliwej uważności i troski specjalistów w jej otoczeniu, w tym szczególnym i trudnym czasie. Już sam połóg – jako stan fizjologiczny – niesie za sobą ryzyko wystąpienia całego spektrum objawów w zakresie zaburzeń nastroju, objawów o charakterze depresyjnym, depresyjno-lękowym i tak dalej. Dokładając do tego realny lęk – związany bezpośrednio ze stanem dziecka, ale też to na przykład lęk przed utratą kontroli; frustrację, poczucie winy, złość – ryzyko wystąpienia depresji poporodowej znacznie rośnie, a trudności psychiczne dynamicznie się rozwijają, dając efekt »śnieżnej kuli«” – dodaje specjalistka.

W drodze do dziecka mijała krwawe banery

Anna opuściła szpital sama. Jej synek został na oddziale. Nadal walczył o życie i zdrowie. Kobieta odwiedzała go najczęściej, jak to było możliwe. To wtedy na swojej drodze napotkała protestujących pod placówką przedstawicieli Fundacji Życie i Rodzina.

"Chcąc odwiedzić dziecko, musieliśmy przechodzić bezpośrednio obok tego protestu. Widzieliśmy banery i słyszeliśmy ten przeraźliwy dźwięk. Brzmiał jak połączenie płaczu z jękiem z horroru. Głośność na cały regulator. Nie dało się nie zauważyć manifestacji. Nie było możliwe ominięcie jej i wejście na teren szpitala tak jak zazwyczaj.

To nie jest łatwe dla osoby, która marzy o tym, żeby usłyszeć płacz swojego dziecka. My sami czekaliśmy na ten pierwszy dźwięk; na to, jak synek zacznie płakać. Działania protestujących tylko pogłębiały naszą traumę".

Elena Miś zauważa: "Jeśli spojrzymy na kobietę w takiej sytuacji jak na silnie zorganizowany, zdeterminowany mechanizmami przetrwania organizm oraz ujrzymy ogromny wysiłek adaptacyjny do tak ekstremalnie trudnych okoliczności, jaką jest niewątpliwie sytuacja zagrożenia życia dziecka, trudno znaleźć kontekst, w którym zmierzenie się z takim zjawiskiem społecznym byłoby chociażby neutralne. Jest to dodatkowy stresor, który może nieść za sobą zagrożenie w postaci destabilizacji poczucia bezpieczeństwa, osłabić mechanizmy adaptacyjne, przeciążyć, wyczerpać, zdezorientować.

Niezależnie od wartościowania samego zjawiska, jest to przede wszystkim niepotrzebne i – z perspektywy psychologicznej – po prostu dodatkowo obciążające psychicznie".

Niech realnie pokażą, że są za życiem

Anna dodaje, że rozumie potrzebę manifestowania poglądów przedstawicieli środowisk antyaborcyjnych. Podkreśla jednak, że – jej zdaniem – obecna forma protestów Fundacji Życie i Rodzina krzywdzi postronne osoby.

"Skoro twierdzą, że są za życiem, niech to realnie pokażą. Niech wspierają hospicja. Niech pomagają tu i teraz tym dzieciaczkom, które potrzebują pomocy.

Stanie w miejscu i krzyczenie pod oknami szpitala jest łatwe. Pokazali, że potrafią to robić. Wszyscy już to wiedzą. Teraz mogliby pokazać też codziennymi czynami, że potrafią również nie traumatyzować osób, które znalazły się w trudnej sytuacji.

Osoby, które są zmuszone do przechodzenia między protestującymi, idą do szpitala z niemałym ciężarem. Każdy dźwiga bagaż doświadczeń. Chcą odwiedzić bliskich – często w ciężkim stanie. Czasem to rodzice tacy jak my – idący z niepewnością tego, czego dowiedzą się po wejściu i czy będą mogli zobaczyć swoje dziecko podpięte pod masę kabelków na OIOM-ie".

Stres nie pozostaje obojętny dla noworodków

Anna wspomina, że inne mamy małych pacjentów miały podobne odczucia:

„Rozmawiałam z nimi w pokoju laktacyjnym. Jedna powiedziała, że odwiedzi swoje dziecko wieczorem, gdy sytuacja się uspokoi. Uczestnicy zgromadzenia mieli bezpośredni wpływ na przebywające na oddziale dzieci – w tym wcześniaki. One z pewnością również wyczuwały ten stres. To nikomu nie pomagało”.

Jak zauważa Elena Miś, mimo że noworodek nie ma zdolności poznawczych do interpretowania bodźców czy zjawisk społecznych umożliwiających mu zrozumienie kontekstu protestu za szpitalnymi oknami, potrafi je pośrednio współodczuwać z opiekunem: „Opierając się chociażby na zjawisku koregulacji: stan psychiczny matki, jej obciążenia, stres mogą istotnie wpływać na procesy regulacyjne dziecka. Bezpośrednio oczywiście takie zjawiska nie mają wpływu, ale pośrednio zdecydowanie tak”.

Realne ryzyko dla dobrostanu kobiet

Anna opowiada: „Nie wyobrażam sobie nawet, co musiały czuć kobiety po poronieniach, które wychodziły ze szpitala słysząc ten przeraźliwy płacz dobiegający z głośników. Protestującym kompletnie zabrakło wyobraźni. Nie mają pojęcia, jakie osobiste tragedie dźwigają pacjentki”.

Czy można zakładać, że metody stosowane obecnie przez protestujących mają wpływ na dobrostan kobiet, które przebywają w tym czasie na oddziałach – na przykład w związku z komplikacjami ciążowymi, poronieniem czy właśnie w oczekiwaniu na aborcję? Zdaniem Eleny Miś – jak najbardziej: "Takie sytuacje mogą mieć znaczący wpływ na ich dobrostan. To, w jaki sposób i jak silnie, zależy od stopnia nasilenia objawów okresu okołoporodowego czy różnic indywidualnych. To dodatkowe obciążenie, które nosi realne ryzyko.

Biorąc pod uwagę kontekst sytuacji okołoporodowej oraz – na przykład w przypadku, gdy dziecko po porodzie przebywa na OION-ie – sytuacji zagrażającej zdrowiu i życiu dziecka: ten dobrostan bez dodatkowych potencjalnych obciążeń powinien być priorytetem".

Przebywając w szpitalu, a potem odwiedzając w nim synka, Anna widziała wiele dzieci w ciężkim stanie i rodziców, którzy codziennie starają się korzystać z każdej chwili, którą mogą spędzić z maluchami.

„Do końca życia będę wdzięczna całemu personelowi szpitala na Zaspie. Dużo dobrego tam się dzieje. Tam każdego dnia odbywa się walka. To jest prawdziwa ochrona życia w pełnym tych słów znaczeniu”.

O tym Godek nie wspomina

Antyaborcjoniści opierają swoje działania na skrajnych przekazach. Krwawe banery, przerażające dźwięki, wprowadzające w błąd transparenty. Stosują metody, których jedynym celem jest zakazanie aborcji niezależnie od okoliczności. Nie zważają przy tym na dobro kobiet i dzieci, które zmuszone są mierzyć się z dodatkową traumą, przed którą nie mają szansy uciec.

Działacze Fundacji Kai Godek pomijają w swojej narracji bardzo istotny aspekt: poziom opieki, jaki oferuje Szpital św. Wojciecha.

Tylko w 2025 roku na gdańskiej Zaspie hospitalizowano 2757 noworodków. Najmniejsze dziecko ważyło zaledwie 490 gramów. Najbardziej skrajny wcześniak urodził się w 22 tygodniu ciąży. Najdłuższa hospitalizacja trwała aż 111 dni.

Antyaborcjoniści nie wspominają, że to właśnie w tym szpitalu kobiety nie tylko z Pomorza, ale i z innych części kraju mogą z powodzeniem realizować marzenia o porodach drogami natury po wcześniejszym cesarskim cięciu. Nie dodają, że odsetek cesarskich cięć wynosi tu jedynie 26 proc., a krocze nacinane jest zaledwie u jednej na 25 rodzących. Milczą o tym, że w szpitalu św. Wojciecha wykonano w zeszłym roku 74 obroty zewnętrzne, a skuteczność tej procedury wyniosła bez mała 80 proc.

Tego Kaja Godek i jej zwolennicy nie dostrzegają. O tym nie krzyczą pod oknami placówki. To przecież sprawy kobiet i dzieci narodzonych. Tutaj życie poczęte staje się napoczęte. A takie – jak widać – antyaborcjonistów już nie interesuje.

*imię zostało zmienione

Na zdjęciu Oliwia Gęsiarz
Oliwia Gęsiarz

Absolwentka położnictwa, logopedka, pedagożka. Na co dzień marketing managerka OKO.press. Poza pracą propaguje położnictwo, w którym każda osoba ma prawo zakończyć swoją ciążę wtedy, kiedy chce i tak, jak chce.

Komentarze