Nie można zakazać lekarzom pracy na kontraktach, bo gdyby każdy lekarz pracował na etacie tylko w jednym miejscu, system by runął z braku lekarzy — twierdzą samorządy lekarskie. A jednocześnie alarmują, że Polska kształci za dużo lekarzy i zmarnujemy na ich edukację 15 mld zł
Czy lekarz może pracować przez 96 godzin non stop? W Polsce może. Udowodnił to ostatnio młody lekarz ze Szpitala Południowego w Warszawie — Dawid Kacprzyk. A przynajmniej udowodnił, że można za taką pracę pobierać wynagrodzenie.
Mamy za mało, czy za dużo lekarzy?
Historia młodego lekarza, która w ostatnich dniach rozpaliła opinię publiczną, ma kontekst polityczny, bo 28-latek nie dość, że był członkiem Koalicji Obywatelskiej, warszawskim radnym z jej ramienia i szefem młodzieżówki KO, to jeszcze — jak ujawnił portal Zero — jako tzw. koordynator SOR, stworzył w Szpitalu Południowym specjalną szybką ścieżkę opieki medycznej dla polityków KO i ich rodzin. Łącznie z aranżacją specjalnego saloniku VIP, by nie musieli czekać na SOR razem ze zwykłymi pacjentami.
To wszystko stało się aferą obciążającą Koalicję Obywatelską — zdaniem wielu, na miarę legendarnych ośmiorniczek. Nie tylko ze względu na stworzenie za publiczne pieniądze w publicznym szpitalu opieki medycznej dla polityków poza kolejkami i w standardzie luksusowej opieki prywatnej. Również dlatego, że jako młody, początkujący lekarz, jeszcze bez specjalizacji, został zatrudniony jako koordynator SOR, do czego specjalizację powinien mieć.
Ale także dlatego, że jako ów początkujący lekarz w 2025 roku zarobił 1,7 mln zł.
Jak to możliwe?
Według raportu Biura Maklerskiego Banku Pekao, który zrobił spore zamieszanie w debacie publicznej kilka tygodni temu, polscy medycy są jednymi z najlepiej wynagradzanych w Europie. Ich średnie zarobki to bowiem 2,9-krotność przeciętnego wynagrodzenia.
Bardzo aktywny w debacie publicznej lekarz Bartosz Fiałek nazwał to manipulacją.
„Ten wykres mówi więc bardziej o tym, że polska średnia pensja jest niska, niż o tym, że lekarze są u nas świetnie wynagradzani. Ładny slajd. Bardzo brzydka manipulacja” – napisał Fiałek na X.
To jednak nie manipulacja, a jeden z bardzo powszechnych sposobów na analizę danych, by punktem odniesienia uczynić średnią krajową.
Za znacznie większą manipulację należałoby uznać opowieści o tym, ile zarabiają lekarze w Polsce na postawie kwot podanych w ustawie o najniższym wynagrodzeniu zasadniczym w zawodach medycznych. Według tych danych zasadnicza pensja lekarza specjalisty w 2026 roku to niecałe 13 tys. zł brutto miesięcznie.
I to nie dlatego, że to tzw. goła pensja. Dlatego, że dotyczy jedynie pracowników etatowych w placówkach ochrony zdrowia, czyli zaledwie ok. 30 proc. lekarzy pracujących w Polsce.
Pozostałe 70 proc. pracuje na kontraktach i to właśnie z tej grupy regularnie wypływają szokujące informacje o zarobkach. W ostatnich dniach już zresztą doniesienia o 1,7 mln zł zarobionym w rok przez Dawida Kacprzyka zdążyły zostać pobite przez lekarza z wynagrodzeniem sięgającym 3 mln zł.
Odpowiedź na pytanie, jak to możliwe, że 28-latek bez specjalizacji zarobił łącznie 1,7 mln zł, jest następująca: pracował w Szpitalu Południowym na etacie jedynie jako lekarz stażysta. Całą resztę zarobił w ramach swojej działalności gospodarczej.
Tu znowu należy posłużyć się danymi, bo statystyki pokazują, że nie wszyscy lekarze na kontraktach zarabiają tak zawrotne kwoty.
Według Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji z września 2024 roku mediana kontraktu lekarza specjalisty to ok. 24,6 tys. zł miesięcznie. Jedynie 1 proc. lekarzy zarabia na kontrakcie miesięcznie miedzy 100 a 300 tys. zł, co rocznie daje kwotę 1,2-3,6 mln zł.
Tylko że tymi danymi też można dać się zmanipulować. Bo to informacje o pojedynczych kontraktach, a wielu lekarzy jednocześnie pracuje na kontraktach w kilku miejscach.
I dotąd nie dało się tego obrazu złożyć w całość. Do tej pory system widział bowiem tylko zanonimizowane pensje z poszczególnych placówek, przez co nie było wiadomo, ile dany medyk zarabia łącznie. Dałoby się, gdyby AOTMiT mogła zbierać dane o wynagrodzeniach medyków powiązane z numerem PESEL konkretnego lekarza. Albo z numerem prawa wykonywania zawodu. Wtedy poznalibyśmy rzeczywiste łączne zarobki lekarzy, a nie wartość ich pojedynczych kontraktów.
Środowisko lekarskie od dawna się jednak przed tym broniło, a rząd się uginał. Teraz właśnie przestał po tym, jak afera w Szpitalu Południowym wybuchła mu w twarz. We wtorek 16 czerwca rząd przyjął w końcu projekt ustawy regulujący właśnie tę kwestię.
W dalszym kroku zapewne będzie próbował nakładać na kontraktowców jakieś limity zarobków. Przyznał to niemal wprost rzecznik rządu Adam Szłapka.
I tutaj dochodzimy do sedna tej historii. Co powie lobby lekarskie, kiedy rząd będzie próbował ograniczyć wysokość zarobków, wprowadzając limit miesięcznych wynagrodzeń osiąganych łącznie w kilku miejscach?
Usłyszmy to samo, co lobby lekarskie mówi od lat na pomysły zakazania lekarzom pracy na kontraktach, by wszyscy pracowali na umowach o pracę. Bez pominięcia Kodeksu pracy. Bez udawania przedsiębiorcy. Bez arbitrażu podatkowo-składkowego. I w jednym miejscu — czyli bez przemęczenia wystawiającego na ryzyko błędów medycznych.
I to samo, co mówi, gdy padają pomysły, by zakazać lekarzom łączenia pracy w prywatnej i publicznej ochronie zdrowia (o takiej propozycji w styczniu 2026 roku mówił prezes PiS Jarosław Kaczyński i z takim samym postulatem w środę 17 czerwca wyszedł klub Lewicy).
Czyli co?
Ano, że nie można tego przeprowadzić, bo cały system ochrony zdrowia nam się zawali! Bo mamy za mało lekarzy, dlatego właśnie muszą pracować w wielu miejscach jednocześnie. I dlatego też muszą pracować na kontraktach. Inaczej musieliby przestrzegać kodeksowego czasu pracy i musieliby pracować mniej. A wtedy kołdra zrobiłaby się za krótka.
Słyszymy to od lat i od pojedynczych lekarzy zabierających głos publicznie i od samorządów lekarskich. Niedawno Naczelna Izba Lekarska wykonała badanie sondażowe wśród lekarzy i poinformowała, że tylko 15 proc. z nich popiera całkowity zakaz łączenia pracy w sektorze publicznym i prywatny. Dlaczego?
Bo to maiłoby się skończyć paraliżem szpitali. Trzy czwarte lekarzy — informowała NIL — uważa, że lekarze masowo odpłynęliby do sektora prywatnego. Publiczne szpitale stanęłyby w obliczu niemożności obsadzenia dyżurów, kolejki jeszcze by się wydłużyły, a to wszystko spowodowałoby zagrożenie dla ciągłości leczenia pacjentów.
Jednym słowem — mamy za mało lekarzy, żeby wprowadzać taki rozdział.
Zresztą wobec eksplodowania tematu zarobków lekarzy Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej w środę 17 czerwca wydało stanowisko „w sprawie braków kadrowych, czasu pracy oraz wynagrodzeń lekarzy”.
O samych brakach kadrowych jest w nim niewiele i nie wprost, ale jednak mowa tam o patologii konkurowania placówek medycznych finansowanych ze środków publicznych o tę samą kadrę medyczną.
Znaczy: mamy za mało lekarzy, skoro trzeba o nich tak ostro konkurować.
Ale jednocześnie ta sama Naczelna Izba Lekarska alarmuje od dawna, że mamy za dużo lekarzy! A w zasadzie, że zaraz będziemy ich mieć za dużo. I to nawet uwzględniając fakt, że populacja Polski się kurczy, ale i starzeje.
Nie jest to żadne nieporozumienie. Ta walka o ograniczanie napływu nowych kadr do własnej branży, by nie zwiększać zanadto konkurencji na rynku, trwa od dawna. Ale odkąd rząd w końcu postanowił zareagować na krzyki o tym, że brakuje lekarzy i zwiększył znacząco liczbę miejsc na uczelniach medycznych na kierunkach lekarskich, walka staje się coraz bardziej bezpośrednia.
I tak oto oprócz serwowania ogólnej narracji, w połowie 2024 roku NIL opublikował raport, z którego wynika, że Polska potrzebuje obecnie ok. 4,1 lekarza na 1000 mieszkańców. Natomiast szacunki Izby mówiły, że w 2023 roku było to 3,4-3,6 lekarza na 1000 mieszkańców, więc mamy lukę do zasypania na poziomie ok. 15 proc.
Ale ona zostanie szybko zasypana, jak tylko bieżące roczniki już studiujące skończą edukację i zacznie powstawać nam wręcz nadpodaż lekarzy. Momentem przełomowym ma być 2034 rok.
Według tej analizy w 2048 roku Polska ze względu na starzenie się społeczeństwa będzie potrzebować ok. 5,14 lekarza na 1000 mieszkańców, ale zbyt duża liczba miejsc na studiach na kierunkach lekarskich spowoduje, że będziemy mieć 6,3 lekarza.
NIL podkreślała, że skoro część lekarzy nie będzie nam potrzebna w Polsce i nie będzie dla nich pracy, będą wyjeżdżać za granicę. A Polska straci miliardy złotych na produkowaniu lekarzy na „eksport”. Dokładnie 15 mld zł do 2048 roku.
Dlatego NIL podniosła alarm i naciskała, by od 2027 roku obciąć liczbę miejsc na kierunkach lekarskich o połowę, do ok. 4100 miejsc rocznie. Alternatywnie stopniowo zmniejszać liczbę miejsc co roku o ok. 9 proc. do osiągnięcia około 4200 miejsc rocznie w roku 2030 roku.
Ministerstwo Zdrowia najwyraźniej przejęło się tą analizą. Zaledwie kilka dni temu branżowy portal Rynek Zdrowia informował, że tegoroczny limit przyjęć na medycynę może być ostatnim tak wysokim naborem na studia lekarskie (ok. 9 tys. miejsc), a w kolejnych latach resort te limity może zacząć obniżać.
Wnioski są dwa.
Po pierwsze organizacje lekarskie, które reprezentują interesy jednej grupy zawodowej i są po prostu jej lobbystami, nie za bardzo potrafią się zdecydować, czy lekarzy mamy za dużo czy za mało (aby przeprowadzić zasadne reformy systemu ich zatrudniania).
Po drugie, Ministerstwo Zdrowia nie potrafi skleić analitycznie dwóch narracji i wyciągnąć wniosków. Mamy za mało lekarzy, dlatego nie możemy zlikwidować kontraktów. Jeśli utrzymamy kontrakty i system, w którym jeden lekarz dwoi się i troi, będziemy mieli za dużo lekarzy.
Dziennikarka ekonomiczna, absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz podyplomowych Studiów Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Publicystka, producentka wideo online, autorka podcastów, host w studio TV na żywo. Byłam przywiązana do tematyki gospodarczej od kilkunastu lat, głównie w zakresie makroekonomii, finansów i bankowości oraz rynku mieszkaniowego. Obecnie gospodarka jest dla mnie interesująca przede wszystkim w połączeniu z kontekstem społecznym oraz politycznym. Wcześniej byłam związana ze Spidersweb.pl, Money.pl i Onetem, a jeszcze wcześniej z „Gazetą Giełdy Parkiet”. Współpracowałam także z „Dziennikiem Gazetą Prawną” i „Gazetą Wyborczą”.
Dziennikarka ekonomiczna, absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz podyplomowych Studiów Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Publicystka, producentka wideo online, autorka podcastów, host w studio TV na żywo. Byłam przywiązana do tematyki gospodarczej od kilkunastu lat, głównie w zakresie makroekonomii, finansów i bankowości oraz rynku mieszkaniowego. Obecnie gospodarka jest dla mnie interesująca przede wszystkim w połączeniu z kontekstem społecznym oraz politycznym. Wcześniej byłam związana ze Spidersweb.pl, Money.pl i Onetem, a jeszcze wcześniej z „Gazetą Giełdy Parkiet”. Współpracowałam także z „Dziennikiem Gazetą Prawną” i „Gazetą Wyborczą”.
Komentarze