0:00
Prawa autorskie: il. Weronika Syrkowska/OKO.pressil. Weronika Syrkows...
18 września 2022

Matematyka jest piękna i chcę to uczniom pokazywać. [Hawranek pyta, jak ratować szkołę]

- Dzieci zachowują się idealnie, nie biegają, bo ustalamy zasady – wiedzą, że idziemy na lekcje, a nie na zakupy dla siebie. Klienci sklepów często z uśmiechem omijają wózkami uczniów rozłożonych na podłodze, bo widzą, że dzieci się uczą – rozmowa z Agatą Markowicz-Narękiewicz, nauczycielką matematyki

Wydrukuj

Od początku staram się uczniów i rodziców zarazić pomysłem, by trenować matematykę codziennie. Jak? Na pierwszej lekcji pytam dzieci, które uprawiają jakiś sport lub grają na instrumencie: po co chodzisz na treningi? Po co ćwiczysz? Nie szkoda ci czasu? I wtedy od dzieci wychodzi, co daje trening. Proszę więc uczniów, by w ramach treningu codziennie robili dwa dowolne przykłady - z podręcznika, z książki, mogą też je sobie sami ułożyć.

Chodzi o to, by uczniowie poczuli się bezpiecznie, by wiedzieli, że nikt ich nie wyśmieje, że mają prawo nie rozumieć i nikt im nie powie: już piąty raz to tłumaczę, a ty nic nie rozumiesz, gamoniu. Jak pytam ucznia, ma prawo nie mieć ochoty odpowiedzieć - bo nie wie, bo się wstydzi, nie dociekam. Jak poczuje się bezpiecznie, zobaczy, że nic się nie stanie, jak źle odpowie, to zacznie odpowiadać.

Tłumaczę dzieciom, jak działa ludzki mózg. Zabraniam im mówić: nie umiem matematyki, bo to tak jakby powiedzieć: jestem głupi, nie umiem myśleć. Powiedz: nie umiem dodawać, nie umiem mnożyć. Matematyka to przecież nie tylko liczenie.

Z Agatą Markowicz-Narękiewicz, nauczycielką matematyki i absolwentką neurokognitywistyki, rozmawia Maria Hawranek.

To kolejna rozmowa z cyklu OKO.press „Jak ratować szkołę”, który rozpoczęliśmy 1 września. Pytamy nauczycieli z różnych szkół w Polsce, jak dobrze uczyć, jak radzić sobie ze złym systemem, przeładowanym programem, nauczycielskim automatyzmem, skostniałą szkolną strukturą i ideologią, która ogranicza wolność szkoły.

Maria Hawranek, OKO.press: Na początek roku szkolnego wręczyła Pani dzieciom bilet lotniczy na matematykę. Były na nim kody QR. Do czego odsyłały?

Agata Markowicz-Narękiewicz: Do strony Matematyka u Sienkiewicza, żeby uczniowie wiedzieli, gdzie mogą znaleźć zdjęcia ze swoimi pracami i mogli pokazać je rodzicom. Drugi kod odsyłał do tekstu o systematycznej pracy, który omówiliśmy. Chciałam sprawdzić, czy dzieci potrafią odczytać kody, bo czasem używam ich na lekcjach.

W jakich sytuacjach?

Na przykład kiedy rozdaję łatwiejsze i trudniejsze zadania tekstowe i nie chcę, by uczniowie wiedzieli, kto jakie dostał i porównywali stopień trudności. Kiedy robię escape roomy, kody odsyłają do kolejnych zadań. Pokazuję im też książki z kodami QR, by wiedzieli, że ich odczytywanie to jest przydatna w życiu umiejętność.

Escape roomy? Muszą wydostać się z zamkniętej klasy?

Nie, ale na przykład otworzyć skrzynkę, która jest zamknięta na zaszyfrowaną kłódkę, a w niej są cukierki albo jabłka. Żeby to zrobić, muszą rozwiązać serię rozmaitych zadań, wymyślam takie, by zaciekawiły każde dziecko – tu labirynt, tam malowanie.

A skąd się w ogóle wzięła Matematyka u Sienkiewicza?

Uczę w dwóch szkołach w Goleniowie – w Szkole Podstawowej nr 8 im. Kardynała Augusta Hlonda i w Szkole Podstawowej nr 2 im. Henryka Sienkiewicza, i to dla niej założyłam profil. Przyszłam tu pięć lat temu i zaczęłam pracować swoimi innowacyjnymi metodami.

Miałam przyzwolenie dyrekcji, ale inni nauczyciele z początku obserwowali i się mnie obawiali, bo myśleli, że oni też będą musieli robić to, co ja.

Rodzicom co prawda tłumaczyłam, jak będę pracować, ale wiem, że czasem trudno im zrozumieć moje podejście, bo znają taką szkołę, do jakiej sami chodzili, a tu nagle pani się bawi, pani gra, pani nie ocenia. Doszłam do wniosku, że najlepiej będzie pokazać, co robię, na otwartej przestrzeni.

Rodzicom?

Wszystkim dorosłym. Rodzicom, żeby zobaczyli, jak się tej matematyki uczymy. Nauczycielom, żeby im pokazać, na czym to polega, ale też udowodnić, że się da – kiedy wcześniej, jeszcze jako dyrektorka, szkoliłam pedagogów czy studentów, często słyszałam zarzut: ach, łatwo pani powiedzieć, bo pani nie prowadzi lekcji. Fanpage wymaga ode mnie prawdomówności – nie mogę napisać, że było wow, jak nie było, bo zaraz uczniowie to zweryfikują. Wiem, że rodzice czytają posty na Facebooku, nawet jak nie komentują, a uczniowie są bardzo zainteresowani tym, co wrzucam też na Instagrama. Dzieci szybko przechodzą na inny tryb nauczania, to rodzice się obawiają, tym bardziej, że matematyka to ważny przedmiot.

Jak to się stało, że z gabinetu dyrektorki wróciła pani do klasy?

Najpierw byłam nauczycielką, potem pełniłam różne funkcje kierownicze w szkole i w kuratorium oświaty. A teraz jestem już na takim etapie życia, że mogę się znów realizować jako nauczyciel. Nauczanie zawsze było moją pasją. Jak poszłam do pracy dużo rzeczy robiłam na wyczucie i dalej tak zresztą pracuję – nie trzymam się kurczowo tego, co przygotowałam, reaguję na to, co interesuje dzieci. Już dawno zafascynowało mnie to, jak różnie uczą się nasze mózgi – że tłumaczę wszystkim tak samo, a w efekcie potrafią zrobić coś zupełnie innego. Żeby to zrozumieć, ukończyłam studia z neurokognitywistyki. Teraz zupełnie inaczej podchodzę do nauczania. Mam wiedzę, doświadczenie i inne cele niż kiedyś.

Dlatego obie dyrekcje szkół pani ufają?

Tak sądzę. W obu mam swobodę działania. Kilka lat temu dostałam nową salę lekcyjną, któryś z uczniów powiedział: fajnie, gdyby na ścianach była tabliczka mnożenia. Miałam ze sobą mazaki kredowe, więc zaraz wypisaliśmy tę tabliczkę na ścianie. Nie pytam dyrektorki: czy mogę coś napisać na ścianie, czy mogę bryły narysować? To jest nasza przestrzeń – uczniów i moja. Dopóki są efekty, mierzone wynikami egzaminów i konkursów oraz zaangażowaniem uczniów w różne inicjatywy, mam swobodę działania.

Efekty w postaci ocen też?

Niekoniecznie – wszystkie kartkówki są u mnie tylko na oceny opisowe. W półroczu robię trzy klasówki na ocenę, uczeń może każdą poprawić do końca roku – bo jeden potrzebuje 10 miesięcy na opanowanie ułamków, a drugiemu wystarczy miesiąc. I tak mój uczeń może mieć 2 na półrocze, a na koniec roku - 5. Na początku dzieci ciągle pytały: czy to będzie na ocenę? Teraz czują się już swobodnie. Wiedzą, że mogą skreślać w zeszytach. Choć z początku mają z tym kłopot, więc żeby pomóc im się przełamać, pokazuję im stare, pokreślone zeszyty poprzednich uczniów. Na matematyce trzeba pracować, działać, nie przejmować się, że wyjdzie zły wynik. Po kartkówce nie tylko sprawdzamy błędy, ale analizujemy, co zrobić, żeby następnym razem się nie pojawiły. Może coś wyraźniej zapisać? Podkreślić?

Na bilecie przeczytałam, że na zajęciach matematyki będziecie odkrywać piękno matematyki zawarte w otaczającym świecie. Jak?

Matematyka jest piękna i chcę to uczniom pokazywać! Na przykład na Dzień Fibonacciego przynoszę owoce, kroimy je i patrzymy, jaki jest w nich podział. Przyglądamy się budowie mrowiska, oglądamy zdjęcia słoneczników, galaktyk. Jak omawiamy figury geometryczne, to dzieci szukają ich w szkole i robią im zdjęcia. Wiedzą, że matematyka jest wszędzie, również w muzyce czy poezji – pokazuję im, ile w muzyce jest ułamków, ile geometrii czy symetrii jest w obrazach.

Teraz mamy taki projekt - tylko proszę się nie śmiać - że zbieramy papiery toaletowe, po dwa listki. Tworzymy z nich kolekcję. Bo okazuje się, że są pełne cudownych, symetrycznych figur geometrycznych!

Tym projektem zaraziłam koleżanki z całej Polski - przysyłają zdjęcia i pytają, czy mamy taki papier, czy nam wysłać. Przy okazji zastanawiamy się, jakie są ceny rolek papierów, który bardziej się opłaca i jak to policzyć, co nie jest łatwe, bo są przecież jedno i wielowarstwowe.

Podobno dużo się też ruszacie na matematyce?

Jak tylko można, wychodzimy z ławek, mierzymy, ruszamy się poza klasą. Mam super wyposażoną pracownię, więc kiedy uczymy się o zależnościach między jednostkami masy, dzieci ważą kaszę, groch i oczywiście mąkę – przynoszę ją, żeby jeden mógł sobie na drugiego chuchnąć. Albo jak omawiamy twierdzenie Pitagorasa, to wychodzimy na korytarz, rozkładam trójkąty, dzieci wybierają, gdzie chcą zastosować twierdzenie, nie musimy tego przecież robić w ławce szkolnej.

To jest pani patent na twierdzenie Pitagorasa?

Ależ nie. W nauczaniu matematyki nie ma jednej najlepszej metody. Do jednej klasy przynoszę sznurek powiązany w supełki i zastanawiamy się, jak Egipcjanie wyznaczali kąty proste, do innej przynoszę klocki, układamy je i uczniowie sami odkrywają to twierdzenie. Czasami oglądamy zdjęcia trawnika w kształcie prostokąta i zastanawiamy się, którędy najszybciej dojść, gdzie jest wydeptana droga i jak ją obliczyć. Wybieram sposób w zależności od uczniów w klasie.

Ale w zależności od czego dokładnie?

Od osobowości uczniów i potrzeb grupy. Kilka lat temu miałam dwie klasy na jednym poziomie, ale zupełnie inaczej z nimi pracowałam. Jedna była typowo akademicka, sami wyszukiwali sobie zadania, pracowali w skupieniu, a druga klasa ciągle musiała być w ruchu. Dużo się bawili np. w żywe liczby – czyli ustalamy, kto jest jaką liczbą, a ja potem wołam po kolei: liczby naturalne – przed tablicę, liczby wymierne – przed tablicę. Robiliśmy też ruchomy układ współrzędnych – naklejam na podłodze dwie osie, zaznaczam skalę, i mówię: Krzysiu na 1:1, i on staje w tym punkcie. A potem: przesuwasz się o tyle i tyle. Albo gdy uczę zależności między kątami, obklejam całą klasę i tablicę taśmą malarską, a oni chodzą po niej i zaznaczają te kąty. W klasie w ogóle mam kilka tablic, uczniowie mogą przy nich pracować w grupach na stojąco.

Prowadzi pani warsztat o tym, jak rozbudzać potrzebę nauki matematyki. Jak?

Robię dużo zadań praktycznych. Idziemy do Lidla albo Netto, gdzie uczniowie ważą, mierzą, liczą. Później oczywiście podsumowujemy i robimy takie zadania też na sucho.

I co w tym supermarkecie robicie?

To zależy od tematu. Uczniowie dostają karty pracy i np. mają odważyć po kilogramie marchewki, dwa kilogramy pomidorów malinowych, kilogram cytryn. Rozpraszają się po sklepie, każde dziecko ze swoją kartą, ważą, spisują cenę, mnożą przez liczbę kilogramów, liczą, ile zapłacą za całe zakupy, a ile reszty dostaną, jeśli zapłacą banknotem 200 zł, albo ile te wszystkie zakupy będą ważyć.

Co na to obsługa? Uprzedza ją pani?

Nie, i do tej pory nikt nie zwrócił mi uwagi. Dzieci zachowują się idealnie, nie biegają, bo ustalamy zasady – wiedzą, że idziemy na lekcje, a nie na zakupy dla siebie. Klienci sklepów często z uśmiechem omijają wózkami uczniów rozłożonych na podłodze, bo widzą, że dzieci się uczą.

W pandemii z uczniami łączyłam się ze sklepu. Kładłam jabłko na wagę i pytałam: ile jabłek potrzebuję, by uzbierał się kilogram?

Jestem też zbieraczką - łapię wszystko, co może się przydać na lekcji, np. okrągłe ulotki z pizzerii. I omawiamy sobie, jaką pizzę warto zamówić – czy dwie o średnicy 30 cm, czy jedną o średnicy 50 cm. Ostatnio jak byłam w pizzerii poprosiłam o gramaturę, by móc uczniom powiedzieć, ile dokładnie waży pizza w tej konkretnej pizzerii na prawobrzeżu w Szczecinie. Uczeń może pójść i sprawdzić, a nie, że robimy tylko abstrakcyjne zadania z podręcznika lub internetu. Najlepiej, jeśli uczą się matematyki życiowo.

Gdzie jeszcze chodzicie?

Po mieście z papierowym planem Goleniowa, na którym zaznaczają, którędy szliśmy. Spacerujemy z krokomierzem albo robimy grę terenową – w konkretnych miejscach miasta mają do zrobienia różne zadania. Rozbiegają się grupkami.

Nie boi się pani odpowiedzialności?

Nie. Jeżeli dzieciom się wytłumaczy, dlaczego nie można robić pewnych rzeczy – np. przejść na drugą stronę ulicy, bo nie tylko może je potrącić samochód, ale też ja jako nauczyciel mogę ponieść konsekwencje – to słuchają.

Brzmi porywająco. Ale na matematyce jest też przecież trochę nudów, rzeczy niepotrzebnych.

Jest, i wtedy ja otwarcie uczniom mówię, że coś jest już dzisiaj rzadko stosowane, np. dzielenie pisemne, i w związku z tym kładę na nie mniejszy nacisk niż na dodawanie, odejmowanie, czy mnożenie. Albo kto dzisiaj wie, czym jest decymetr? Moi uczniowie sami to sprawdzają - idą do pasmanterii i proszą o decymetr wstążki. Nie zawsze ekspedientka wie, co to jest. Innym razem poszliśmy na rynek sprawdzić, czy dorośli odpowiednio stosują kolejność wykonywania działań. Zadanie było proste: 1 + 2x2. Później zastanawialiśmy się, dlaczego niektórzy popełniają błąd.

Wychodzi 5, bo najpierw się mnoży?

Tak, według kolejności wykonywania działań.

Na bilecie lotniczym na matematykę podkreśliła pani, że ważne jest przygotowanie się do zajęć. Zadaje pani dużo zadań domowych?

Rzadko daję obowiązkowe zadania, ale jeśli już to zrobię - nie popuszczam i pytam o nie na każdej lekcji jak zdarta płyta. Nie ma za nie ocen, nie ma kary, jak nie zrobisz, ale trzeba mieć. Raz usłyszałam, jak jeden uczeń mówi do drugiego: już bym wolał pałę dostać, niż ciągle słyszeć to pytanie, czy już mam. Ale przede wszystkim od początku staram się uczniów i rodziców zarazić pomysłem, by trenować matematykę codzienne.

Jak?

Na pierwszej lekcji pytam dzieci, które uprawiają jakiś sport lub grają na instrumencie: po co chodzisz na treningi? Po co ćwiczysz? Nie szkoda ci czasu? I wtedy od dzieci wychodzi, co daje trening. Proszę więc uczniów, by w ramach treningu codziennie robili dwa dowolne przykłady - z podręcznika, z książki, mogą też je sobie sami ułożyć.

To pewnie zrobią łatwe.

Ha, rodzice też tak myślą i nawet się burzą: jak to dowolne? To on przecież zrobi najłatwiejsze! No dobrze, to ja pytam: co jest naszym celem? Chcemy, by uczeń nie zrobił zadania, którego nie umie? Ściągnął z internetu albo od kolegi, a w głowie mu zostało: jestem do niczego, bo nie potrafię zrobić zadania? Jeśli zrobi prostsze zadanie, to poczuje sukces edukacyjny, który go zachęci. Gwarantuję, że nie będzie ciągle wybierał najprostszych, bo się po prostu znudzi. Jak na lekcjach pracują samodzielnie, to widzę, że samoistnie sięgają po więcej. Czasem, jak mamy trudny dział, np. pierwiastki, to podkreślam, że wyjątkowo trzeba bardziej coś wyćwiczyć i proszę o pięć zadań dziennie.

Czy są u pani też takie tradycyjne lekcje – rozwiązywanie zadań pod tablicą?

Tak. Czasem chcę poświęcić komuś więcej czasu, bo akurat się rozproszył, bo jeszcze czegoś nie rozumie, ale pozostałych zachęcam, by nie marnowali swojego czasu, tylko działali. Wykorzystujesz czas na trening na maksa, wtedy w domu nie masz pracy.

A jak ktoś mówi, że nie robi, bo nie rozumie?

To mówię: pokaż mi, jak nie rozumiesz. Z początku uczeń się dziwi: no, ale co mam pokazać, jak nie rozumiem, to nic nie zrobiłem. Tłumaczę: pokaż mi próby zrozumienia, może coś narysowałeś? Rozpisałeś? Pokaż cokolwiek, co zrobiłeś. Zdarzają się też fantastyczne błędy, które omawiam ze wszystkimi uczniami na lekcji – kiedy uczeń popełnił błąd, bo próbował wymyślić jakąś inną metodę. Czasem ich też podpuszczam – np. układają trójkąty z makaronu, i w pewnym momencie mówię: to ułóżcie taki trójkąt, który ma dwa kąty proste. Zawsze ktoś protestuje, że takiego nie ma. To ja mówię: piątkę stawiam. Kombinują, kombinują i dopiero jak widzę, że wszyscy są przekonani, że się nie da, tłumaczymy sobie, dlaczego. Albo biorę kartkę papieru i pytam: co to za figura? Prostokąt, odpowiadają. Czyżby? Przecież ma trzy wymiary, czyli to bryła. Jak obliczyć jej objętość? Obok mnie na biurku leży ryza papieru do ksero. Chodzi o to, by ktoś wpadł na pomysł, że tam jest 500 kartek i łatwiej obliczyć najpierw objętość całej ryzy, a następnie podzielić przez 500.

Wcale nie jest tak, że ci przysłowiowi „dobrzy uczniowie” wpadają na pomysł, jak to zrobić. A mi chodzi o to, żeby nie wtłaczać uczniów w schemat.

To teraz proszę o patent na procenty.

Cała klasa zamienia się w sklep. Rozmawiamy też o tym, dlaczego zapisy na witrynach sklepowych „minus 70 proc.” są błędne.

Dlaczego?

A jak pani odejmie od 600 zł 70 proc.?

Skoro 600 zł to 100 proc…

A chwileczkę. Tu mamy minus 70 proc. - od złotówek nie mogę odjąć procentów. A przez takie błędne skróty myślowe w głowach nam zostaje, że mogę, i potem to jest najczęściej popełniany przez uczniów błąd.

Więc przy procentach sprzedajemy. Uczniowie zbierają paragony, obliczają podatki. W VIII klasie co roku rozkładamy na czynniki pierwsze pensję nauczyciela, bo jest oficjalna, odliczamy wszystkie składki, podatki, uczniowie widzą, na co one idą. Rozmawiamy o tym, dlaczego nie warto być zatrudnionym na czarno, dlaczego warto brać paragony. Chcę, żeby dzieci miały pojęcie, skąd bierze się pieniądz. Jak były PIT-y papierowe to uzupełnialiśmy je na lekcji. Albo przynoszę gazetki, robimy podwyżki, obniżki. Procenty są dla nich bardzo naturalne.

To pani uczniowie wiedzą, skąd biorą się pieniądze na 500 plus, w przeciwieństwie do co piątego Polaka. A nie komentują wysokości pensji nauczyciela?

Nie. Dla nich wszystko powyżej kieszonkowego to dużo.

A jeszcze o statystyce opowiem – nigdy nie omawiamy jej wtedy, kiedy w programie przypada dział „Statystyka”. Uczymy się jej mimochodem po Orkiestrze Wielkiej Pomocy i po wszystkich wyborach – samorządowych, do parlamentu. Nie interesuje mnie, jakie partie wygrały, tylko jak odczytywać wyniki i gdzie szukać informacji na ten temat. Uczymy się podczas porównań odróżniać punkty procentowe od procentów. Wieczorem dzieci słuchają, czy prezenterzy poprawnie porównują wyniki.

Czyli matematykę, niezmienną królową nauk, przynajmniej w obszarze nauczanym w szkole podstawowej i średniej, można dostosować do tego, co dzieje się w świecie?

Oczywiście, o to chodzi! Dzieci muszą widzieć w niej sens, rozumieć i stosować. Na przykład bardzo dużo czasu przeznaczam na wprowadzenie ułamków. Przez ponad tydzień wycinamy, dzielimy koła, budujemy węże, to wszystko bez żadnego zapisu graficznego w zeszycie. Koleżanki często pytają, czy nie szkoda mi na to czasu. Nie. Bo jeśli dzieci ugruntują zrozumienie, czym jest ułamek, skąd się ta 1/2 wzięła, będą z łatwością nim operowały, a z ułamków szybko przejdą do procentów.

Czyli trochę taka nauka mimochodem, jak w metodzie Marii Montessori?

Dokładnie. Na oknach markerem kredowym uczniowie zapisują różne ściągi, np. z pierwiastków. Młodsze dzieci pytają, co to jest, odpowiadam krótko. I już im w głowie zostaje to pojęcie, kiedy wprowadzam je po latach, rozpoznają je z łatwością.

Dużo też gracie na lekcji – w Łamigłami, Rummiklub, Hodowlę zwierząt. Jak to wygląda?

Mam w szkole dużo gier, ale przynoszę też z domu. Jak skończą klasówkę, otwierają sobie szafkę, biorą grę i cichutko grają, np. w domino matematyczne. Gramy też na lekcjach. Prowadzę też kółko z gier dla dzieci z całej szkoły, w różnym wieku. Lubię patrzeć jak ósmoklasista siada do stolika z czwartoklasistą. Takie spotkania uczą ich współpracy. Organizuję też turnieje – oj, jak wtedy ci starsi się stresują, że przegrają z trzecią klasą podstawówki! Mówię im, że nie wiek jest ważny, a poziom, jaki ktoś reprezentuje.

Gry staram się dobierać do klasy, patrzę, co lubią. Na przykład „Liczby w rozumie”, grę trochę podobną do Scrabble, tylko zamiast wyrazów układa się działania matematyczne. Robią to indywidualnie albo w parach i czasem wymyślają takie zadania, że mózg paruje. Na początku siadają do gry z osobami, które lubią, ale później zaczynają dobierać się na zasadzie rywalizacji – szukają kogoś na podobnym poziomie, żeby się nie nudzić.

Pani gra z nimi?

Oczywiście. Jak wprowadzam nową, gram z jedną grupą, a pozostali grają w znane im już gry.

Kiedy? Na co dzień?

Jak widzę, że uczniowie są zmęczeni, że mieli ciężki dzień, albo że lekcja jest na siódmej godzinie, to chcę ich rozruszać. Ja to w ogóle traktuję wszystkie lekcje jak grę aktorską. Wiem, że niektórzy nauczyciele się z tym nie zgadzają i twierdzą, że nauczyciel powinien pokazać swoje człowieczeństwo i powiedzieć na przykład: dzisiaj boli mnie głowa. Ja jestem temu przeciwna.

Nie chciałabym kupić biletu do filharmonii i usłyszeć, że muzyka boli głowa, więc koncert będzie gorszy. Staram się każdą lekcję przeprowadzić najlepiej jak potrafię i aby uczniowie nie odczuli, że mam gorszy dzień.

Wielu uczniów stresuje się klasówkami i kartkówkami. U pani też?

U moich uczniów stresogenni są rodzice, nie ja, bo jak trochę u mnie popracują, to wiedzą, że nie ma się czym stresować, bo każdą ocenę mogą poprawić. Rodziców proszę, by nie karali dzieci za oceny z matematyki. Bo jak dziecko dostanie 1 czy 2 i rodzice zabiorą telefon, to dziecko nie czyta tego w ten sposób, że to za balowanie cały weekend, tylko przez tą głupią matematykę. Czasem rodzice stawiają bardzo wysoko poprzeczkę, oczekują piątek i szóstek, bo to ważny przedmiot. I bywa, że uczeń, który na lekcji umie i jest aktywny, przychodzi na klasówkę sparaliżowany i nie ma nic w głowie. Wtedy rozmawiam z dzieckiem i rodzicem, zawsze w trójkę, bo dziecko jest dla mnie ważne i nie chcę bez niego o nim rozmawiać. Unikamy w ten sposób również głuchego telefonu. Jak miałam ucznia, który bardzo się stresował, pozwoliłam mu na klasówce siedzieć w ławce ze starszą siostrą. Po prostu mu towarzyszyła. Chodzi o to, by uczniowie czuli się na matematyce bezpiecznie, by wiedzieli, że nikt ich nie wyśmieje, że mają prawo nie rozumieć i nikt im nie powie: już piąty raz to tłumaczę, a ty nic nie rozumiesz, gamoniu. Uczeń ma prawo nie mieć ochoty odpowiedzieć - bo nie wie, bo się wstydzi, nie dociekam. Jak poczuje się bezpiecznie, zobaczy, że nic się nie stanie jak źle odpowie, to zacznie odpowiadać.

Egzamin ósmoklasisty to dla większości dzieci przepotężny stres. Jak pomaga im go pani obniżyć?

Przez porządne przygotowanie. Pierwszy egzamin próbny piszą w VII klasie, zwykle robię im trzy, typowe próby, po 100 minut. Żeby nauczyli się wytrwania w skupieniu przez dłuższy czas. Jestem egzaminatorką, więc każdy arkusz sprawdzam zgodnie z kryteriami. Wcześniej wspólnie uczymy się rozwiązywać zadania, najpierw te otwarte, potem zamknięte. Analizujemy arkusze egzaminacyjne z poprzednich lat. Robimy tych zadań dużo. W czasie przygotowań tłumaczę też dzieciom, że egzamin może im nie pójść, i nie szkodzi, bo nie tylko wynik jest ważny, ale też fakt, że nie będą w szkole średniej od razu musieli brać korepetycji z matematyki.

I jak pani innowacyjne metody pracy przekładają się na wyniki egzaminów?

Zacznijmy od tego, że województwo zachodniopomorskie jest na samym końcu we wszystkich rankingach. Uczę w normalnej szkole, nie mam w klasach wybrańców, a jednak uczniowie zyskują wyniki powyżej średniej województwa i kraju. W tym roku jedna z klas miała średni wynik 72 proc, druga - 60., trzecia - 59 proc. Bez szału, ale wielu uczniów miało wysokie wyniki. Raczej nie było zaskoczeń, zdali podobnie jak na egzaminach próbnych.

Nie jest pani fanką oceniania, a jest pani egzaminatorką. Jaki sens mają takie egzaminy na koniec podstawówki?

Selekcja do szkoły średniej.

Jestem zwolenniczką egzaminów, bo szkoły średnie mamy na różnych poziomach, nauczyciele różnie oceniają i kryterium wstępu nie mogą być tylko oceny ze świadectwa.

Poza tym nie wszyscy zdolni uczniowie mogą być laureatami czy finalistami konkursów i olimpiad. A przede wszystkim łatwiej dzieciom napisać egzamin ósmoklasisty w znanej im szkole niż mieć egzamin wstępny przed komisją zupełnie nieznanych osób.

A jak ktoś jest przekonany, że nie umie matematyki? Że jest zawołanym humanistą?

To pokazuję, że humaniści matematyki też potrzebują – w malarstwie, muzyce. Tłumaczę dzieciom, jak działa ludzki mózg. Zabraniam im mówić: nie umiem matematyki, bo to tak jakby powiedzieć: jestem głupi, nie umiem myśleć. Powiedz: nie umiem dodawać, nie umiem mnożyć. Matematyka to przecież nie tylko liczenie.

Wspomniała pani, że traktuje lekcje jak występ. A jak ma pani gorszy dzień? Jak uczniowie dadzą popalić, to co? Jak pani się ładuje?

Zdarza się, że długo coś tłumaczę, długo ćwiczymy, a sprawdzian wychodzi słabo. Albo dużo czasu przeznaczyłam na przygotowanie do lekcji, a niezbyt nam wyszła. Wtedy pojawiają się myśli: może nie nadaję się do tego zawodu? Może czas już odejść? I nie wiem, może dzieci to wyczuwają, bo wtedy dzieje się zwykle coś takiego - dostaję maila: „proszę pani, dostałem 5 w szkole średniej”. Albo przychodzi uczeń i pyta, jak coś zrobić, i już czuję, że jestem potrzebna. A dziś to się już całkiem rozczuliłam. Przyleciały do mnie trzy ósmoklasistki z mojej klasy i podekscytowane wręczyły mi klapsa filmowego ze słowami: jak zobaczyłyśmy to w sklepie, to wiedziałyśmy, że musimy to pani kupić, bo pani będzie tego używać. Teraz muszę się nauczyć, co tu pisać. Też dostałam zadanie domowe.

Agata Markowicz
fot. Jarek Stępień

Agata Markowicznauczycielka matematyki, absolwentka m.in. neurokognitywistyki w patologii i zdrowiu oraz zarządzania oświatą. Egzaminatorka egzaminu ósmoklasisty z matematyki. Trenerka edukacji, wykładowczyni uczelni i ośrodków doskonalenia zawodowego dla nauczycieli. Prowadzi fanpage „Matematyka u Sienkiewicza".

Udostępnij:

Maria Hawranek

Reporterka i podróżniczka. Pisze dla „Dużego Formatu”, „Wysokich Obcasów”, „Tygodnika Powszechnego” i „Przekroju”. Współtwórczyni reporterskiego projektu IntoAmericas.com. Autorka książki „Szkoły, do których chce się chodzić, są bliżej niż myślisz”. Razem z Szymonem Opryszkiem wydała książki „Wyhoduj sobie wolność”, „Tańczymy już tylko w Zaduszki”. Mama Gucia, ich trzyletniego syna.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne