0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / Agencja Wyborcza.plFot. Arkadiusz Wojta...

Co roku w maju wraca ten sam temat: matura. Wielki wysiłek, dezorganizacja, stres dla młodzieży, a także dla nauczycielek i nauczycieli. Na ile to ma sens? – pyta Agnieszka Ciesielska¹, doświadczona polonistka, autorka programów i podręczników, od 2026 roku dyrektorka Liceum im. S. I. Witkiewicza w Warszawie.

Wielogodzinny stres i burczenie w brzuchu

Przyzwyczailiśmy się do tego, ile to trwa, ale czy tak powinno być?

Język polski na poziomie podstawowym, czyli egzamin otwierający każdą majową sesję, jest najdłuższy. Trwa aż 240 minut. Młody człowiek, który coraz częściej ma problem, by wysiedzieć w skupieniu na 45-minutowej lekcji, musi od rana, bez jedzenia, siedzieć, myśleć i pisać aż cztery godziny.

Pozostałe egzaminy są nieco krótsze, jednak średnio trwają i tak około trzech godzin. Mamy więc rozwiązanie stworzone

bardziej pod potrzebę systemu niż realne możliwości młodego człowieka.

Matura powinna sprawdzać umiejętności i wiedzę, a nie testować odporność młodego organizmu na wielogodzinny stres i burczenie w brzuchu.

Przeczytaj także:

Szkoły pod presją matur

Stres, arkusze, przecieki, pytania o sens obowiązującej formuły, organizację sesji egzaminacyjnej czy dezorganizację pracy szkoły – maturalne tematy są jak bumerang. W portalach, prasie, telewizji, wszędzie gdzie się da, roztrząsamy te kwestie, przy okazji tylko zahaczając o szkołę czy sytuację nauczycieli.

Potem dyskusja cichnie aż do kolejnej wiosny. A szkoda, bo właśnie w maju najlepiej widać problemy polskiej szkoły.

W maju szkoły średnie przestają standardowo funkcjonować.

Nauczyciele pracują w komisjach egzaminacyjnych – pisemnych i ustnych. Lekcji dla młodszych klas praktycznie nie ma. Są odwoływane albo prowadzone w okrojonym zakresie. Plan rozpada się na kilka tygodni.

Trzy czwarte społeczności uczniowskiej w liceum ma prawie wolne, bo jedna czwarta – uczniowie najstarszej klasy piszą egzaminy maturalne. I tak rok w rok.

Czy rodzice, społeczeństwo są tego świadomi? Różnie bywa, z pewnością nie wpływa to pozytywnie na ich opinię o stanie nauczycielskim. A przecież nauczyciele, dyrekcja są wtedy w szkole. Kilka osób nawet od czwartej czy piątej rano, bo trzeba odebrać arkusze maturalne od kuriera.

Egzaminy pisemne startują o 9.00 i 14.00, rano jeden przedmiot, po południu drugi, od 4 do 20 maja. Dniówki pracy osób odpowiedzialnych za organizację matury są ponad normę.

Matura pokazuje gorzką prawdę – szkoła działa dzięki przeciążonym ludziom, którzy wykonują jednocześnie zbyt wiele zadań.

W ciągu roku szkolnego nauczycielom i nauczycielkom wydaje się, że są wielofunkcyjni, jakoś udaje się im pogodzić różne zadania. Gdy przychodzi okres matur, system po prostu przestaje być wydolny. Nauczyciele wykonują odpowiedzialną pracę w komisjach maturalnych i nie są w stanie poprowadzić lekcji w klasach młodszych.

Nie da się, bo w komisjach

nie wystyarczy standard jakoś, tu musi być jakość!

Choćby po to, by nikt nie zakwestionował wyników matur z powodu uchybień organizacyjnych.

Język polski, czyli sztuczny świat

Egzaminy maturalne z większości przedmiotów pokazują rozdźwięk między tym, co jest w arkuszu, a tym, co było na lekcjach. W szkolnej codzienności liczy się realizacja podstaw programowych, co oznacza przyswajanie dużej dawki wiedzy encyklopedycznej oraz długą listą lektur. Na egzaminie ważne są umiejętności analizy, porównywania tekstów, rozwiązywania problemów, na co w szkole często już nie starcza czasu.

Dobitnie pokazały ten rozdźwięk ostatnie arkusze z języka polskiego na poziomie podstawowym i biologii na poziomie rozszerzonym. Tegoroczne tematy wypracowań z języka polskiego brzmiały: „Wpływ pracy na życie człowieka i na otaczającą go rzeczywistość” oraz „Kiedy dla człowieka jest ważne, jak postrzegają go inni”.

Problem polega na tym, że młodzi ludzie muszą analizować takie ogólne kwestie w odniesieniu do

obowiązkowych, nieżyciowych lektur, które nie mają dla nich emocjonalnego znaczenia i których nie czytają.

Maturalna weryfikacja wiedzy i umiejętności z języka polskiego mogłaby być osadzona we współczesnym świecie. Różne kryzysy, internet, samotność, zdrowie psychiczne czy presja sukcesu – to byłyby znacznie ciekawsze tematy rozprawek. Praca i jej wpływ na otoczenie... trąci myszką, pachnie pozytywizmem.

Matura pokazuje, że w polskiej szkole raczej dobrze ma się za to nauczanie języków obcych. Korelacja treści szkolnych i maturalnych na egzaminach pisemnych czy ustnych jest zauważalna. Ustna matura z języka obcego a z polskiego — to dwa różne światy. Młodzi ludzie nie boją się ustnych egzaminów z języków obcych. Dlaczego? Bo tam rozmowa przypomina prawdziwą komunikację. Uczeń mówi o codziennych sytuacjach, planach czy współczesnych problemach. Egzamin sprawdza praktyczną umiejętność porozumiewania się.

Na lekcjach języków obcych naprawdę się mówi.

Uczniowie ćwiczą dialogi, dyskutują. Matura ustna jest więc naturalnym przedłużeniem pracy wykonywanej podczas lekcji. W związku z tym egzamin maturalny nie zaskakuje tak bardzo, nie jest źródłem stresu i strachu.

Zupełnie inaczej wygląda ustna matura z języka polskiego. Dla wielu uczniów to jeden z najbardziej stresujących momentów edukacji.

Problemem jest sztuczność tego egzaminu.

Rozmowa łatwo zamienia się w odpytywanie z interpretacyjnych schematów dotyczących lektur, których uczniowie nie rozumieją albo zwyczajnie nie czytają. Trudno oczekiwać autentycznej rozmowy o emocjach czy doświadczeniach młodych, gdy punktem wyjścia staje się średniowieczny „Lament świętokrzyski”, „Skąpiec” Moliera czy „Potop” Henryka Sienkiewicza.

Na lekcjach języka polskiego nie ma czasu na mówienie i to nie jest zarzut wobec nauczycieli. Problem tkwi w podstawie programowej i liście lektur – mimo że została odchudzona. Ogrom czasu poświęca się na „tłumaczenie” przestarzałych tekstów na język zrozumiały dla młodych.

Współczesnych utworów literackich jest na liście lektur naprawdę niewiele. Nasza noblistka Olga Tokarczuk jest reprezentowana tylko przez jedno opowiadanie („Profesor Andrews w Warszawie”). W efekcie uczeń rzadko ma okazję swobodnie dyskutować, argumentować czy budować własną interpretację świata na podstawie bliskich mu tekstów.

Język polski powinien uczyć komunikacji, myślenia i rozumienia współczesności. A egzamin maturalny z polskiego powinien te umiejętności powiązane z wiedzą sprawdzać.

Czy ustne egzaminy są potrzebne?

Matura ustna z języków, polskiego i obcych, obnaża jeszcze jeden absurd.

Wyniki z tych egzaminów nigdzie się nie liczą, nie wpływają na dostanie się na studia. Młodzi pytają o ich sens.

Słyszą, że trzeba je zdać na 30 proc., bo dopełniają one pulę obowiązkowych przedmiotów maturalnych. Czy są zatem potrzebne? Skoro ich harmonogram – od 7 do 30 maja – dezorganizuje pracę wielu szkół.

Są potrzebne! Nie mam co do tego wątpliwości. Matur ustnych nie powinno się likwidować.

Jeśli je zniesiemy, polska szkoła przestanie mówić.

Umiejętność rozmowy, argumentowania, reagowania na pytania i formułowania własnych opinii jest jedną z najważniejszych kompetencji. Człowiek powinien być w stanie zabrać głos na spotkaniu, obronić swoje zdanie, przedstawić prezentację czy po prostu sensownie rozmawiać z innymi.

Dlatego ustne egzaminy mają sens. Może zatem warto rozważyć zmianę ich organizacji i funkcji.

Matury wewnętrzne?

Według mnie dobrym rozwiązaniem byłoby uczynienie ustnych egzaminów wewnętrzną sprawą szkoły. Chodzi o to, by stały się bardziej elementem procesu nauczania niż centralnego systemu egzaminacyjnego.

Mogłyby pełnić funkcję przygotowania do matur pisemnych oraz stanowić warunek dopuszczenia do matury. Warto też rozważyć organizowanie ich wcześniej — na przykład pod koniec pierwszego semestru ostatniej klasy. Dzięki temu szkoły mogłyby spokojniej funkcjonować w maju. Może wówczas wróciłyby lekcje dla uczniów klas młodszych?

Wątków maturalnych jest wiele. Nie odnoszę się tu świadomie do wpływu, jaki AI ma na proces uczenia – do matury również. Ani tym bardziej do tego, jak młodzi ludzie nieuczciwie wspomagają się nowoczesną technologią podczas pisania egzaminów maturalnych i jakie rozwiązania powinna wprowadzać szkoła, która takie egzaminy organizuje. To poważne tematy na odrębne teksty. I bez nich widać, że matura obnaża to, jak nasza szkoła nie jest przygotowana na wyzwania współczesnego świata.

Problem polega na tym, że mówi się o tym głównie w maju. Wtedy media pytają o stres maturzystów, organizację egzaminów, brak lekcji dla klas młodszych czy przecieki. Kilka tygodni później temat znika.

Matura nie jest tylko egzaminem.

Jest lustrem, w którym odbija się stan całego systemu i kondycja polskiej szkoły.

Może właśnie w maju warto więc rozpocząć prawdziwą debatę o zmianach w polskiej szkole?

¹Agnieszka Ciesielska. Od 2026 roku dyrektorka LXIV LO im. S. I. Witkiewicza w Warszawie, wcześniej przez ćwierć wieku pracowała tam jako polonistka, a potem kilka lat uczyła w społecznym licem. Współpracuje z Edukacyjną Fundacją im. Czerneckiego. Bierze udział w pracach Zespołu Dydaktycznego Rady Języka Polskiego przy PAN. Postutorka w Szkole Edukacji Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności i Uniwersytetu Warszawskiego. Ekspertka SOS dla Edukacji. Współautorka programów nauczania polskiego oraz serii podręczników. Entuzjastka edukacji, lubi rozmawiać i pisać o szkole.

Na zdjęciu Agnieszka Ciesielska
Agnieszka Ciesielska

Nauczycielka języka polskiego, od 2022 roku uczy w SLO nr 99 w Zespole Szkół STO na warszawskim Bemowie. Wcześniej przez ćwierć wieku pracowała w LXIV Liceum Ogólnokształcącym im. S. I. Witkiewicza w Warszawie, również jako wicedyrektorka tej szkoły. Współpracuje z Edukacyjną Fundacją im. R. Czerneckiego. Od 2019 roku bierze udział w pracach Zespołu Dydaktycznego Rady Języka Polskiego przy Polskiej Akademii Nauk. Postutorka w Szkole Edukacji Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności i Uniwersytetu Warszawskiego. Ekspertka SOS dla Edukacji. Współautorka programów nauczania języka polskiego oraz serii podręczników do nauki języka polskiego. Entuzjastka edukacji, lubi rozmawiać i pisać o szkole.

Komentarze