0:00
Prawa autorskie: Slawomir Kaminski / Agencja GazetaSlawomir Kaminski / ...
10 grudnia 2021

Mejza się „zawiesił", ale wciąż może być bardzo potrzebny PiS-owi

Wiceminister sportu Łukasz Mejza usuwa się w cień - ale tylko jedną nogą. To efekt publikacji wp.pl na temat biznesowej i parabiznesowej przeszłości polityka i dotychczasowej bierności PiS, które nie wyciągnęło wobec Mejzy żadnych realnych konsekwencji

Wydrukuj

W piątek 10 grudnia Łukasz Mejza ogłosił, że „zawiesza swój udział w pracach Ministerstwa Sportu i Turystyki.” Nie traci posady wiceministra – idzie w resorcie na bezpłatny urlop do czasu „wyjaśnienia sprawy”. Nie opuszcza również Sejmu – tam złożył wniosek o „urlop od wykonywania obowiązków poselskich”. Obwieścił natomiast, że nadal będzie wspierał PiS i Zjednoczoną Prawicę.

O ile już wczoraj OKO.press zwracało uwagę, że jedynym zgodnym z prawem sposobem na „zawieszenie” pracy w resorcie sportu przez Mejzę jest wzięcie przez niego urlopu, o tyle pomysł wzięcia „urlopu od wykonywania obowiązków poselskich” skonsternował nawet szefa klubu parlamentarnego PiS Ryszarda Terleckiego: „Nie ma czegoś takiego jak urlop od obowiązków poselskich” – zdumiał się Terlecki w rozmowie z Justyną Dobrosz-Oracz z „Gazety Wyborczej”.

Ale jednak jest. „Zgodnie z Regulaminem Sejmu poseł może z ważnych przyczyn zwrócić się do Marszałka Sejmu o udzielenie urlopu od wykonywania obowiązków poselskich. Przepisy jednocześnie doprecyzowują, że za czas trwania urlopu dłuższego niż dwa tygodnie nie wypłaca się diety poselskiej" – poinformowało Centrum Informacyjne Sejmu w odpowiedzi na pytania o status Mejzy. Za dwa tygodnie Mejza straci więc prawo do pobierania diety parlamentarnej, która wynosi ok. 4 tysięcy złotych brutto.

PiS apelował, Mejza łaskawie posłuchał

Apele ważnych polityków PiS o to, by Mejza wybawił ich od politycznych kłopotów i sam „zawiesił swoją działalność” rozbrzmiały już w czwartek. To był ten pierwszy moment, w którym kierownictwo PiS zaczęło jakkolwiek działać na rzecz ograniczenia wizerunkowych i politycznych szkód wyrządzanych przez dalsze pozostawanie Mejzy w rządzie.

„Gdybym był Łukaszem Mejzą, którego lubię, zawiesiłbym swoje funkcjonowanie w ministerstwie do czasu wyjaśnienia sprawy. Wtedy rzeczywiście wyglądałoby to lepiej” - mówił więc w RMF minister edukacji Przemysław Czarnek. „Oczekujemy aż zawiesi swoją czynność czy swój udział w pracach ministerstwa do czasu wyjaśnienia sprawy” – mówił z kolei Ryszard Terlecki, szef klubu PiS.

Obietnica cudownych uzdrowień

To z kolei był skutek wizerunkowej katastrofy, jaką okazała się ostatnia, zupełnie kuriozalna konferencja Mejzy. Jak dowiaduje się OKO.Press, Mejza obiecywał PiS-owcom, że zaplanowana na środę konferencja prasowa odwróci karty na jego korzyść i zakończy skandal wywołany publikacjami WP.pl na temat jego interesów z przeszłości.

W opublikowanym 24 listopada materiale „Jak Łukasz Mejza postanowił zarobić na cierpieniu”, dziennikarze WP.pl Szymon Jadczak i Mateusz Ratajczak opisali, jak miała działać należąca do Mejzy firmy Vinci NeoClinic:

  • Reklamowała się ona hasłem „leczymy nieuleczalne” i oferowała chorym na nowotwory, stwardnienie rozsiane, autyzm, chorobę Parkinsona i inne bardzo poważne nieuleczalne choroby „cudowną terapię” za pomocą „pluripotencjalnych komórek macierzystych”.
  • Takiej terapii nie ma. Choć pluripotencjalne komórki macierzyste rzeczywiście są bardzo obiecującym obiektem badań w różnych gałęziach medycyny, do dziś nie prowadzi się żadnych zarejestrowanych procedur medycznych w oparciu o ich wykorzystanie. Nie pozwala na to zarówno brak ukończonych badań klinicznych, jak i fakt, że na obecnym etapie rozwoju medycyny stosowanie w terapii pluripotencjalnych komórek macierzystych grozi śmiertelnie niebezpiecznymi powikłaniami – w tym powstawaniem złośliwych guzów, tzw. potworaków.
  • Koszt „leczenia” oferowanego przez firmę Mejzy miał zaczynać się od 80 tysięcy dolarów. Choć w folderach reklamowych Vinci NeoClinic była mowa o prowadzeniu terapii w Stanach Zjednoczonych, firma szykowała się raczej do wykorzystania kliniki w Meksyku.
  • Firma Mejzy miała aktywnie poszukiwać klientów wśród osób dotkniętych ciężkimi chorobami lub ich rodziców i bliskich. Pacjentów wyszukiwano przede wszystkim w mediach społecznościowych. Służyła do tego sieć kilkunastu różnych stowarzyszeń zarejestrowanych w ciągu niespełna trzech miesięcy przez Mejzę i jego współpracowników. W tekście wp.pl wypowiada się m.in. mama 6-letniej chorej na dystrofię mięśniową dziewczynki, która miała z pomocą internetowych zrzutek uzbierać 1,2 mln złotych na jej „leczenie”.

Mejza opowiadał PiS-owcom, że wystąpią z nim na żywo osoby, które zawdzięczają życie pseudoterapii, którą oferowała Vinci NeoClinic. I że dziennikarze będą tego słuchać z „otwartymi ustami”. Ale na konferencji wystąpił tylko wspólnik Mejzy Tomasz Guzowski chory na poważną chorobę macierzystą. Owszem, twierdził, że został „uzdrowiony” dzięki pseudoterapii pluripotencjalnymi komórkami macierzystymi, nawet wstawał z wózka inwalidzkiego, by to zademonstrować oraz chwalił się, że… odzyskał męską sprawność. Całość sprawiała jednak bardzo nieprzekonujące, momentami tragikomiczne wrażenie. Krytyczne i bardzo krytyczne komentarze posypały się więc z każdej strony politycznych podziałów.

Polityk PiS zapytany przez nas o wrażenia ze środowej konferencji Mejzy: „Nie mam pojęcia, co on sobie myślał. Proszę mnie zwolnić z komentowania tej szopki."

Mejza wciąż w rezerwach PiS

Urlop Mejzy w ministerstwie ma potrwać „do wyjaśnienia sprawy”. Z urlopu od wykonywania obowiązków poselskich Mejza będzie mógł natomiast w każdej chwili powrócić. Oznacza to, że z punktu widzenia PiS pozostaje on w łatwo dostępnej rezerwie w roli poselskiej szabli. Sam Mejza podkreśla, że pozostaje lojalny. „Wbrew pojawiającym się insynuacjom zapewniam, że wspieram i nadal będę wspierać obóz Zjednoczonej Prawicy” – napisał na Facebooku.

To ważne, bo o ile teraz PiS może się bez Mejzy obejść, o tyle może on się stać w Sejmie bardzo potrzebny, gdyby doszło do kolejnej konfrontacji w koalicji rządzącej.

Liczący obecnie 228 posłów klub PiS nie ma już samodzielnej większości parlamentarnej, która wynosi 231 głosów. By utrzymać się u władzy i wygrywać głosowania w Sejmie PiS musi stale korzystać ze wsparcia swych drobnych sejmowych satelitów. To 4 osobowe koło Kukiz’15, 4-osobowe koło Wspólne Sprawy i 3 posłów niezależnych, do których zalicza się również Łukasz Mejza. Razem z tymi 11 posłami PiS może liczyć na łącznie 239 głosów. To sprawia, że zdecydowanie wzrosły pozycje przetargowe Solidarnej Polski, co daje Zbigniewowi Ziobrze większe możliwości politycznego szantażowania Jarosława Kaczyńskiego rozpadem koalicji.

Jest jednak jedno „ale”. Choć teoretycznie Ziobro ma do dyspozycji aż 19 poselskich „szabel”, to w praktyce może liczyć na stuprocentową lojalność mniej więcej połowy ze swych posłanek i posłów. Właśnie dlatego Jarosław Kaczyński musi mieć stałą „rezerwę” głosów na wypadek ostatecznego buntu grupy Ziobry – liczącej na przykład 8,9 lub 10 posłów. To oznacza, że każdy z głosów grupy Kukiza, koła Wspólne Sprawy i posłów niezależnych – w tym Łukasza Mejzy - może stać się tym, który przesądzi o dalszych rządach PiS lub o upadku obozu władzy.

664 tysiące do zwrotu

Interesy Mejzy z przeszłości opisane przez wp.pl sprowadziły na niego zainteresowanie prokuratury i służb. W czwartek 9 grudnia wiceminister musiał się stawić w celu złożenia wyjaśnień w warszawskiej delegaturze CBA.

Z kolei w piątek zakończyła się kontrola lubuskiego Urzędu Marszałkowskiego w sprawie dotacji przyznanych firmie Mejzy. W jej efekcie „Future Volves” (czyli „Wilki Przyszłości”) będzie musiała zwrócić lubuskiemu Urzędowi Marszałkowskiemu nie mniej niż 664 tysiące złotych dotacji z funduszy europejskich. Zarząd województwa lubelskiego rozdzielał te dotacje w tym samym czasie, w którym Mejza był radnym wojewódzkiego sejmiku. Ale Urzędowi Marszałkowskiemu nie chodzi o ten konflikt interesów, tylko o to, że firma Mejzy nie wywiązała się z warunków udzielenia dotacji.

Za unijne pieniądze „Future Volves” miało wspierać przedsiębiorczość w regionie prowadząc szkolenie e-learningowe dla pracowników miejscowych firm. Kontrola wykazała, że część szkoleń trwała znacznie krócej niż przewidywał ich program – na przykład jeden z modułów szkoleniowych przewidziany na pięć godzin zajęć zrealizowano w zaledwie półtorej godziny. Inne szkolenie miało trwać osiem dni, a w rzeczywistości trwało dwa. Do tego firma Mejzy wysyłała części uczestników szkoleń certyfikaty jeszcze przed zakończeniem szkolenia.

Kontrolerzy nie znaleźli też uzasadnienia dla ceny szkoleń zaproponowanej przez firmę Mejzy. „Pomimo wysokich cen szkoleń prowadzonych w formie e-learningowej przez firmę FUTURE WOLVES Łukasz Mejza, Agencja Rozwoju Regionalnego S.A. nie przeprowadziła analizy ceny w stosunku do cen obowiązujących na rynku oraz nie przeprowadziła analizy kalkulacji kosztów tych szkoleń” – napisano w sprawozdaniu z kontroli.

Tą samą sprawą zajmuje się również zielonogórska prokuratura.

Udostępnij:

Witold Głowacki

Dziennikarz, pracował w "Dzienniku" i "Polsce The Times". W Oko.press od 2021 roku. Zajmuje się tematyką polityczną i okołopolityczną.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne