0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja: Mateusz MirysIlustracja: Mateusz ...

Sprawa głośnej publikacji Marcina Kąckiego pokazuje, w jak szczególnym momencie negocjowania kulturowego konsensusu jesteśmy. Z jednej strony stara dobra męska narracja o targanym demonami, walczącym ze złem bohaterze poszukującym kobiety-anioła, który go uleczy, wciąż ma się na tyle dobrze, by zebrać za nią zachwyty. Zarazem feminizm jest już na tyle obecny w mainstreamie, by szybko została poddana krytyce (odsyłam tu do rozmowy Anny Piekutowskiej z Elżbietą Korolczuk czy analizy Karoliny Felberg), a zachwyty, wobec oświadczenia kobiety opisującej molestowanie, szybko ucichły.

#MeToo po raz kolejny wróciło zatem do publicznej debaty – a wraz z nim rozważania na temat równości, sprawiedliwości, seksualnej przemocy i standardów demokratycznych. Sam „reportaż” Kąckiego miał być zresztą również głosem w tej dyskusji, a że autor artykułował w nim dość powszechnie dzielone przekonania, pozwolę je sobie tutaj pokrótce przytoczyć.

Po pierwsze, #metoo (niczym potwór gender, przed którym od lat przecież przestrzega polski Kościół), jest importowaną z Zachodu modą. Po drugie, to rewolucja „nie biorąca jeńców”. Kobiety (z natury wszak delikatne, łagodne i troskliwe) nagle zostały zaślepione „wkurwem”; a ich jedynym celem jest odwet. W tym zaślepieniu nie myślą racjonalnie, nie zważają demokratyczne procedury. Dlatego – to po trzecie – wystarczy być „białym hetero mężczyzną”, by na podstawie tego „przywileju” znaleźć się na celowniku, nawet jeśli nie jest się przemocowcem, wsadza się pedofilów do więzienia i z mechanizmów przemocy można by pisać doktorat.

Budując swój obraz #metoo Kącki – jak wielu innych – nie posługuje się faktami, ale ogólnikami i ewokuującymi emocje obrazami (np. rewolucja ruszająca na „gościnne występy po świecie”). I nie ma w tym nic dziwnego: jest to w końcu fantazja oparta na szeroko dzielonych męskich lękach. A fakt, że wciąż udaje „racjonalny” argument w debacie (i całkiem często jej to uchodzi), tylko pokazuje jak wiele jako społeczeństwo mamy jeszcze do zrobienia.

„Nie bądź taką feministką!”

Bo przecież #metoo nie zaczęło się nagle ni stąd, ni zowąd (niczym diabeł!) opętując rzesze spokojnych kobiet, którym wcześniej przez myśl nie przeszło, że seksistowskie żarciki, obmacywanie w miejscu pracy czy zmuszanie do seksu nie jest fajne. Wszak od lat 70. XX wieku feministki drugiej fali wskazywały, że przemoc seksualna to nie tyle zbiór pojedynczych przypadków naruszeń i przestępstw, ile narzędzie strukturalnej dyskryminacji. Że chodzi tu nie o nieopanowaną żądzę, ale o władzę i naruszenie praw obywatelskich (tu za pionierkę uważa się prawniczkę Catharine Alice MacKinnon, autorkę „Sexual Harassment of Working Women. A Case of Sex Discrimination”). A pracownice zaczęły pozywać firmy, jeśli zostały wyrzucane z pracy po odrzuceniu seksualnych propozycji szefa (wśród nich było wiele kobiet czarnych, jak Dianne William czy Maxine Munford).

Wtedy powstał termin „kultura gwałtu” mający opisywać mechanizmy kulturowe normalizujące przemoc seksualną wobec kobiet: od glamoryzowania męskiej przemocy w popkulturze, przez trywializowanie zaczepek, wyzwisk i molestowania, po przerzucanie winy za gwałt na ofiarę oraz prawo i procedury sądowe, które prowadzą do jej wtórnej traumatyzacji.

Od tego czasu w wielu krajach aktywistki, intelektualistki, prawniczki i ich męscy sprzymierzeńcy pracowali na rzecz zmian prawnych (np. definicji gwałtu), wprowadzenia procedur antydyskryminacyjnych w miejscach pracy, zwiększenia świadomości mechanizmów przemocy seksualnej, zbierania danych.

To dzięki tej olbrzymiej pracy dzisiaj wiemy, że wyobrażenie typowego gwałciciela jako nieznajomego mężczyzny siłą wymuszającego stosunek na broniącej się ze wszystkich sił kobiecie, jest fałszywe. W zdecydowanej większości wypadków sprawcą jest partner, ex-partner, osoba z rodziny, znajomy (według danych amerykańskiego NGO-sa Rape, Abuse& Incest National Network w 80 proc. przypadków ofiara zna sprawcę; według badań francuskich z 2016 91 proc. gwałtów i prób gwałtów było dokonywane przez osoby znajome; według polskiego raportu Fundacji STER z 2015 roku tylko w 8 proc. przypadków gwałcicielem był ktoś obcy).

Jak pokazały badania psychologa Davida Lisaka, opublikowane w pracy „Repeat rape and multiple offending among undetected rapists” (2002) wraz z Paulem M. Millerem, wielu mężczyzn dokonuje gwałtów, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Kiedy w wywiadach psycholog pytał mężczyzn o konkretne czynności bez wymieniania nazwy przestępstwa, spośród 1882 ankietowanych 120 przyznało się do popełnienia w sumie 1225 aktów z użyciem przemocy (gwałtów, pobić, nadużyć w stosunku do dzieci).

Problem walki z przemocą seksualną nie tkwił w braku wiedzy, diagnoz czy narzędzi. Problem tkwił w tym, że postulaty feministyczne (jak i postulaty innych grup systemowo dyskryminowanych) nie były traktowane jako kwestie kluczowe dla dobrego funkcjonowania demokratycznego społeczeństwa.

W Polsce lat 90. i 2000., po transformacji ustrojowej przeprowadzonej pod szumnymi hasłami przywracania demokracji, a ufundowanej na „kompromisie” zwycięskich sił politycznych z Kościołem katolickim, postulaty feministyczne w debacie publicznej były na wszelkie sposoby obśmiewane, bagatelizowane i ignorowane. Słowo „feministka” funkcjonowało jako obelga mająca temperować zachowanie kobiet („nie bądź taką feministką!”), któremu towarzyszyła fraza („nie jestem feministką, ale”).

Zdecydowana większość „obrońców standardów demokratycznych” (mężczyzn, ale też kobiet), którzy po #metoo przyjęli postawę „przemoc seksualna wobec kobiet jest zła i my też ją potępiamy, ale kobiety powinny dochodzić swoich praw metodami przewidzianymi w ramach państwa prawa” wcześniej zupełnie ignorowała feministyczne diagnozy wskazujące na powszechność molestowania. Nie zabiegała o wprowadzanie antydyskryminacyjnych procedur ani nie podkreślała, że prawo do nietykalności cielesnej (również kobiet) jest jedną z fundamentalnych demokratycznych swobód.

Przeczytaj także:

Mizoginizm i seksualne obsesje

Odmalowywanie #MeToo jako swoistego opętania gniewem kobiet niezdolnych do sięgnięcia po inne środki społecznej zmiany, jest więc skrajnym nadużyciem. W logice sennego koszmaru wszystko się jednak zgadza: wypierana męska przemoc wraca do opresorów w postaci fantazji o tym, jak sami padają jej ofiarą.

Bo przecież istnieje w polskim potoczny frazeologizm opisujący spirale przemocy uruchamianą przez irracjonalne oskarżenia, przed którymi jednostka nie ma żadnej racjonalnej obrony. Został on ukuty w odniesieniu do historycznych wydarzeń, w których w potworny sposób straciło życie od pięćdziesięciu do stu tysięcy ludzi (nie licząc ofiar, które zmarły w czasie tortur albo popełniły samobójstwo). W zdecydowanej większości (około 80-85 proc.) były to kobiety.

Chodzi o „polowanie na czarownice” – nie „czarowników”.

Popularna wyobraźnia odsyła czarownice do najbardziej „bajkowej” z epok, jaką miałoby być średniowiecze. Historyczne fakty są jednak inne: jak wskazuje Mona Chollet w „Czarownicach. Niezwyciężonej sile kobiet”, mit czarownicy zrodził się wraz z nowożytnością i wynalezieniem druku. Jego księgą założycielską był „Młot na czarownice” (1487) autorstwa Henricusa Institora (Heinricha Kramera) i Jakoba Sprengera – zarazem praktyczny podręcznik dla inkwizytorów, jak i bestsellerowy wykład mizoginicznych przekonań, łączących kobiecość ze słabością, lubieżnością i diabelskim opętaniem. Wywołał on prawdziwy boom na demonologiczne rozważania, których autorami bywali również szanowani intelektualiści (np. prawnik i teoretyk absolutyzmu Jean Bodin). I chodziło tu o „procesy”, a nie pogromy czy lincze: nie tylko odbywały się one zgodnie z ówczesnym prawem, ale doprowadziły do tego, że zeznania kobiet zaczęły być uznawane przed sądem (a po katowaniu wiele z nich było skłonnych opisywać swoje spółkowanie z diabłem ze wszystkimi detalami).

Cechą dystynktywną polowania na czarownice nie było wymuszanie zeznań torturami ani okrucieństwo egzekucji (to w końcu czasy brutalnych konfliktów religijnych i wojny trzydziestoletniej), ale wyraźny rys mizoginistyczny i seksualna obsesja. Najbardziej narażone były zielarki i znachorki, osoby o silnym charakterze oraz swobodniejsze seksualne.

Ale oskarżenia rzucano również po to, by dosięgnąć ojca, męża czy syna kobiety, pozbyć się niewygodnej kochanki, rozliczyć stare porachunki, czy odsunąć uwagę od siebie. Swoją niewinność najłatwiej było dowieźć, topiąc się: jeśli bowiem podczas „próby wody” podejrzana utrzymywała się na powierzchni rzeki czy jeziora, do którego ją wrzucono, znaczyło to, że jest czarownicą – i wtedy palono ją później na stosie. Te, którym udało się przeżyć proces, często były skazywane na wygnanie i pozbawienie reputacji.

Wszystkie – również te, których nigdy nie oskarżono – internalizowały strach.

Chollet uważa procesy czarownic za zdarzenie historyczne, które głęboko wpłynęło na społeczeństwa europejskie. „Publiczny spektakl kaźni, stanowiący potężne narzędzie siania strachu i sprawowania zbiorowej dyscypliny, zmusił je [kobiety] do tego, by stały się bardziej łagodne, uległe, bezwolne, znalazły miejsce w cieniu i unikały rozgłosu”. Zniszczył – według Anne L. Barstow – żywą kobiecą subkulturę opartą na więziach solidarności i oczyścił pole dla rozwoju nowożytnego indywidualizmu.

Młot na czarownice w okolicach XVII wieku powoli zaczął wychodzić z mody. Ostatni proces o czary na ziemiach polskich (spalono czternaście kobiet) miał się odbyć w 1775 w Doruchowie. Potem okazało się jednak, że była jeszcze Barbara Zdunk, prawomocnie spalona w 1811 roku (sprawa przeszła przez wszystkie instancje pruskiego sądownictwa). A także Krystyna Halmann, która przeszła próbę wody, po której zatłuczono ją wiosłami w Ceynowie w 1836 roku (władza pruska uznała to za samosąd i wsadziła winnych do więzienia).

Cnota i honor

Nie trzeba zresztą szaleństw procesów o czary i okrutnych morderstw. Działanie ostracyzmu w społeczeństwach patriarchalnych nigdy nie było genderowo neutralne. W przypadku mężczyzn wymierzony był on w te osoby, które nie mieściły się w normie heteroseksualnej męskości, odmawiały stosowania przemocy bądź narażania własnego życia (dezerterzy, tchórze). W przypadku kobiet chodziło o kontrolowanie ich seksualności: wystarczyło, że w wątpliwość zostanie postawiona ich „cnota”.

W kwestii seksualności obowiązywał zatem podwójny standard: niewierność kobieca była surowo karana, męska – akceptowana (nakładanie społecznych sankcji na seksualną przemoc nigdy nie była częścią tego nierównego równania). „Mężczyzna honoru” miał dbać o „cześć” kobiet swojej klasy (bo gdyby je zgwałcił, naruszałby dobra innego równego sobie mężczyzny, do którego kobieta „należała”). Mógł sobie jednak dowolnie poczynać z kobietami niżej urodzonymi i od niego zależnymi. Wszak pan domu nie był poddawany ostracyzmowi za „zrobienie dziecka” pokojówce. To ona – nawet wtedy, kiedy padła ofiarą przemocy – spotykała się z potępieniem swojej społeczności.

Nawet symbole degradacji i wykluczenia są tu znaczące. Społeczna śmierć mężczyzny wiązała się z utratą statusu i zdolności honorowej, a symbolizowało je zrywanie epoletów, łamanie szpady, odmowa podania ręki (ale czasem przymus noszenia kobiecych strojów czy wykonywania kobiecych prac).

Kobiety były zmuszane do noszenia „szkarłatnej litery”, publicznie je rozbierano czy golono im głowę. Poniżenie mężczyzny polegało więc na sprowadzeniu go do roli kobiety – odebrania mu oznak i praw, których kobieta nigdy nie mogła mieć. Poniżenie kobiety zaś na sprowadzenie jej do poziomu dziwki.

I wcale nie odeszliśmy od tej logiki tak daleko, jak mogłoby się wydawać.

Publiczny pręgierz

Obelgi używane wobec mężczyzn dalej opierają się na podważaniu ich męskości heteroseksualności („ty cioto", „cwelu”, „impotencie”!), a nie wskazaniu ich przemocowych zachowań („ty gwałcicielu” „ty molestatorze!”). Wciąż w użyciu jest szereg słów piętnujących kobiety wyłamujące się z heteroseksualnej monogamii („kurwa”, „dziwka”, „puszczalska”), które wciąż nie mają męskich odpowiedników (on jest „kobieciarzem”, „erotomanem”, a w najgorszym wypadku „dziwkarzem” – a więc osobą „zbrukaną” nie tyle przez własną niewierność, co zadawanie się z „dziwkami”).

Do dziś każda kobieta, która mówi o doświadczeniu przemocy seksualnej na forum publicznym, musi być przygotowana na to, że w centrum zainteresowania znajdzie się nie zachowanie, osobowość i historia oskarżonego (czy zachowuje się przemocowo i agresywnie, czy respektuje granice, czy umie rozpoznać gwałt i przemoc seksualną), ale jej „cześć” (wygląd, ciało, wiek, ilu miała partnerów, preferencje seksualne, zdrowie psychiczne itd.).

Rewolucyjność #MeToo nie polega na tym, że oto dzięki mediom społecznościowym i hashtagom, nagle można bez prawa do obrony zostać poniżonym i skazanym na społeczną banicję za prawdziwe czy domniemane „winy”. Rewolucyjność #MeToo polega na tym, że po raz pierwszy mechanizmem tym poczuli się zagrożeni mężczyźni, którzy mogli go wcześniej nie zauważać.

Zachowując demokratyczne standardy

Bo nie przypominam sobie specjalnego męskiego wzmożenia, gdy puentą połowy żartów stała się młoda kobieta, po tym, jak wykonała kilka „innych czynności seksualnych” z przytomnym, świadomym, dojrzałym mężczyzną, który sam powinien pamiętać o tym, że ma żonę i jest prezydentem Stanów Zjednoczonych (a idealnie byłoby, gdyby Bill Clinton miał świadomość, że przy skali asymetrii do relacji z Monicą Lewinsky po prostu nie powinien dopuścić).

Nie odnotowałam też fali głosów męskich intelektualistów protestujących przeciw „publicznemu pręgierzowi”, kiedy inna młoda kobieta była upokarzana na oczach setek tysięcy telewidzów za to, że pozwoliła sobie na transmitowaną w programie telewizyjnym cielesną bliskość z mężczyzną w jaccuzzi (wywiad Wojciecha Cejrowskiego z Mają – wtedy Agnieszką – „Frytką” Frykowską, uczestniczką Big Brothera w 2003 roku).

Jeśli macie wrażenie, że zestawienie Lewinsky, Frykowskiej i – dajmy na to – Kąckiego jako ofiar ostracyzmu społecznego jest nieuprawnione... to przyjrzyjmy się temu wrażeniu. Uważacie, że te młode kobiety „same sobie były winne”, bo przecież wiedziały, że ich seksualne relacje będę prowadzić do publicznego skandalu i próbowały tę sytuację kapitalizować? Przecież Kącki też wiódł życie „szczura miejskiego” wikłającego się w różne seksualne przygody, a potem opisał to w poczytnej gazecie, która opatrzyła tekst linkami do zakupu jego książek.

Uważacie, że sprawa Kąckiego jest poważniejsza, bo może mu zniszczyć całą karierę? Frykowska, która przecież nikomu nie zrobiła krzywdy (nawet zarzut wywołania publicznego zgorszenia należałoby przecież postawić stacji telewizyjnej), musiała zmienić imię i do dziś – mimo jej życiowej przemiany – ta sprawa się za nią ciągnie.

Uważacie, że zestawienie stażystki i uczestniczki reality show z uznanym reporterem jest dla kogoś upokarzające? Co w takim razie z „demokratycznymi standardami”, zakładającymi, że prawo do godności i wyborów seksualnych (dokonywanych w granicach prawa), nie zależy od wieku, płci ani liczby wydanych książek?

Na marginesie można dodać, że historia Frykowskiej mogłaby być przypiskiem do analizy Chollet. Osoba, która w wywiadzie u Cejrowskiego określiła się mianem „kobiety wyzwolonej”, później przeszła religijne nawrócenie, po którym publicznie opowiadała o swoim diabelskim opętaniu i egzorcyzmach, którym się poddała. „Największą bronią Diabła jest to, że w niego nikt nie wierzy” – powiedziała w jednym z wywiadów.

Można by to strawestować: największą bronią patriarchatu jest to, że widzą go tylko te, które padają jego ofiarą. I że cała koncepcja sfery publicznej jest historycznie skonstruowana tak, by trudno im było o tym opowiedzieć.

Kogo chroniło prawo do życia prywatnego?

Liberalne rozróżnienie na sferę publiczną i prywatną w kontekście politycznym zaczęło wyłaniać się w drugiej połowie XVIII wieku. Dziś uczymy się o nim przede wszystkim jako o podstawie ochrony jednostki w demokracji. Nie da się jednak ukryć, że równie mocno, jak w dążeniu do ograniczenia absolutystycznej władzy, koncepcja ta była zakorzeniona w ówczesnej ideologii płci.

Wszak tylko dobrze sytuowany mężczyzna miał być wolnym obywatelem: z prawem głosu w sferze publicznej i prawem do życia prywatnego, w które władza nie powinna ingerować. W tym „życiu prywatnym” pozostawał on jednak patriarchalnym panem i władcą podległych sobie osób (kobiet, dzieci, niewolników), których prawo chroniło w bardzo ograniczony i w praktyce nieegzekwowalny sposób.

W praktyce oznaczało to, że jeśli ktoś oskarżał obywatela X. o to, że zdefraudował pieniądze inwestorów, opinia publiczna miała prawo publicznie go prześwietlać. Natomiast jeśli żona powiedziałaby, że ją bije (bo sam seks był jej powinnością i on miał prawo ją do niego zmusić) albo pokojówka, że ją gwałci – były to jego sprawy prywatne, w które opinia nie powinna ingerować. To byłaby co najwyżej sprawa dla sądu (złożonego wyłącznie z podobnych oskarżonemu mężczyzn) sądzącego na podstawie obowiązującego prawa (na którego kształtowanie kobiety nie miały żadnego wpływu).

Przede wszystkim zaś ani pokojówka, ani żona nie podnosiłyby tej sprawy publicznie, bo powodowałoby to ujmę na ich – nie jego – honorze.

Wiele się oczywiście od tego czasu zmieniło... czy może właśnie nie zmieniło się wcale tak dużo? Wszak wielka debata o tym, czy można napisać, że wielki reporter zaniedbuje i instrumentalnie traktuje żonę i dziecko miała miejsce w 2010 roku (przy okazji „Kapuściński non-fiction” Artura Domosławskiego). Wszak przy każdym publicznym oskarżeniu o przemoc seksualną, czy choćby jej wspomnieniu, daje się słyszeć głosy: ale oddzielmy tego zasłużonego mężczyznę (wielkiego obywatela kultury, sztuki czy biznesu) od jego prywatnych spraw (co oczywiście nie zmienia faktu, że dopóki nie ma żadnych rys na wizerunku, można publicznie opowiadać o tym, jakim to jest wspaniałym mężem i ojcem, ciepłym człowiekiem, wspaniałym przyjacielem).

#MeToo w 2017 roku uświadomiło kobietom powszechność przemocy seksualnej, ale jednocześnie pokazało, z jakim ryzykiem wiąże się publiczne wskazywanie osób, które dokonywały seksualnych przekroczeń. Wiele jest powodów, dla których pewnych doświadczeń nie opisuje się publicznie.

Bo nie ma dowodów, sprawa i tak zostanie umorzona.

Bo nie chce się wracać do traumy.

Bo nie jest się gotową na znoszenie hejtu i pogróżek.

Bo odczuwa się strach, że nie będzie się miało szansy na zatrudnienie.

Bo nie chce się „niszczyć życia” człowiekowi, który ma na utrzymaniu dzieci.

Bo boi się procesu o pomówienie.

Bo to jedna nieprzyjemna rozmowa, śliski wzrok, czy mizoginiczny żarcik – za mało, by kogoś o coś oskarżać, wystarczająco dużo, by nie wierzyć w wizerunek publiczny dzielnego sojusznika kobiet.

A więc: o czym nie da się powiedzieć publicznie, o tym trzeba milczeć? A jednak...

Krążą słuchy...

... o różnych panach, również tych publicznie znanych z maszerowania w pierwszych szeregach walki z patriarchatem. O tym, że X podobno nadużywa swojej pozycji redaktora do wchodzenia w seksualne relacje z młodymi dziennikarkami. Że Y rzucał przedmiotami w ścianę w czasie kłótni z partnerką. Że Z. jest toksyczny w relacjach bezpośrednich i wręcz komicznie protekcjonalny w objaśnianiu kobietom świata.

Tyle że to nie są żadne fakty, ani informacja publiczna. To są odczucia, relacje, opowieści przekazywane z ust do ust. Koleżanka koleżance od trzeciej koleżanki. Jednym słowem: to takie kobiece plotki.

Literaturoznawczyni Agnieszka Karpowicz w leksykonie „Od aforyzmu do zinu. Gatunki twórczości słownej” wskazuje, że plotkowanie w wielu kulturach jest kojarzone z kobiecą gadatliwością: „angielskie słowo gossip było pierwotnie określeniem grupy sąsiadek pomagających przy porodzie, francuskie commerage wywodzi się z commere, matka chrzestna, a hiszpańskie określenie comadreria od słowa comadre (sąsiadka, akuszerka)”.

Polska „plotka”, natomiast, wywodzi się z czasownika „plątać” („mówić bez sensu, pleść głupstwa”), które przywołuje skojarzenia z pracami kobiecymi.

Tyle że – zauważa Karpowicz – „Nadmiar komunikacyjny, z jakim skojarzono kobiecą gadatliwość, był w istocie efektem wykluczenia komunikacyjnego, niedomiaru informacji, a nie jej przerostu przypisywanego »kobiecej naturze«. W kulturach, w których kobiety były lub są nadal odsunięte od spraw publicznych, nie przysługuje im [...] prawo uczestniczenia w oficjalnym obiegu komunikacyjnym. [...] Plotka zagnieżdża się w rejonach niepoddanych instytucjonalnej kontroli także ze względu na swoją demokratyczność polegającą na tym, że wykluczeni, niżsi, mają w niej symboliczną władzę nad osobami zajmującymi wyższe pozycje społeczne: mogą je poniżać, oczerniać lub po prostu kontrolować ich zachowania, wystawiając na widok publiczny sprawy skrzętnie przez nie ukrywane”.

„Może to ze mną jest coś nie tak?”

W plotkach wymienianych w dobie po #MeToo, gdy nie da się już wypierać powszechności przemocy seksualnej, ale zarazem wciąż nie ma instytucjonalnych sposób skutecznego przeciwdziałania jej, nie chodzi, moim zdaniem, o uzyskanie „symbolicznej władzy” kobiet nad mężczyznami. Najważniejszym celem jest tu funkcja ostrzegawcza. Taka plotka to (dla mnie przynajmniej) za mało, by kogoś uznać za seksualnego przestępcę, molestatora, przemocowca czy mizogina. Wystarczająco jednak, by uważać: bardziej krytycznie analizować wypowiedzi i działania, być ostrożniejszą w ewentualnych relacjach.

Po drugie, taka nieoficjalna wymiana pozwala intersubiektywizować własne odczucia. Wszak dziś mężczyźni czują presję na prezentowanie siebie publicznie jako równościowych, uświadomionych i feministycznie wrażliwych. W rezultacie rozziew między oficjalnym wizerunkiem danego mężczyzny a realiami obcowania z nim bywa dla kobiety ogromny.

Tego doświadczenia nie można jednak publicznie wyartykułować, bo po pierwsze jawi się jako małostkowe, po drugie naraża na zarzut „oczerniania” czy „pomawiania”, po trzecie ukazuje skarżącą się jako przewrażliwioną na własnym punkcie (Może on miał zły dzień? Może ma taki styl w stosunku do wszystkich i to nie ma nic wspólnego z płcią? Może ona jest przewrażliwiona na punkcie własnej godności?). To zaś może prowadzić do podważania jej wiary we własne kompetencje społeczne i postrzeganie rzeczywistości (Może to coś z nią jest nie tak?).

Czy jednak uznanie plotki za nieoficjalny kanał wymiany informacji nie łamie reguły „domniemania niewinności”? Ależ absolutnie nie.

Prawo a życie codzienne

„Domniemanie niewinności” – zawracała na to uwagę Amia Srinivasan w książce „Prawo do seksu. Feminizm w XXI wieku” – jest zasadą prawną stanowiącą, że w sądzie to oskarżenie musi udowodnić popełnienie przestępstwa, a nie oskarżony musi udowodnić swoją niewinność. Dotyczy ono każdego: oślizłego typa, który został oskarżony o przekroczenie seksualne. Kobiety w śmiesznej czapce, która potrąciła cię samochodem (świadkowie spisali jej numery). Znajomego, który pożyczył pieniądze i nie zwrócił. Sąsiada, o którym sąsiadka opowiadała, że obnażył się przed jej dzieckiem w parku. Grupki napakowanych chłopaków pijących przy wejściu na klatkę, którzy podobno pobili kogoś tak, że trafił na OIOM. A także terrorysty, który na oczach telewidzów otworzył ogień do tłumu.

To, że prawo opiera się na zasadzie domniemania niewinności, wcale nie znaczy, że w codziennym życiu musimy zachowywać się tak, jakby wszystkie te osoby były niewinne. Nakazanie dziecku, by omijało sąsiada, którego podejrzewamy o ekshibicjonizm, unikanie grupki pijących młodych mężczyzn czy przestrzeganie znajomych przed pożyczaniem X-owi pieniędzy nie naruszają standardów demokratycznych. Nie jesteśmy zobowiązani zaczynać procesu i czekać na prawomocny wyrok, by uznać kogoś za aspołecznego, przemocowego, stanowiącego zagrożenie. Możemy adekwatnie do tych rozpoznań modelować nasze zachowania.

Domniemanie niewinności nigdy nie regulowało i raczej nigdy regulować nie będzie naszych codziennych ocen, interpretacji i działań.

Mechanizm społecznej przemocy

Nie znaczy to jednak, że te oceny, interpretacje i działania nie mogą być krzywdzące i niesprawiedliwe. Oskarżenie sąsiada o bycie ekshibicjonistą może być sposobem na pozbycie się „odmieńca” albo celową manipulacją. Lęk przed młodymi chłopakami zebranymi pod klatką może wyrastać z klasowego stereotypu (w rzeczywistości palą, bluzgają i śmiecą, ale nikogo nie pobili, a jeden jest wolontariuszem w schronisku dla piesków).

Nasze sądy, przypuszczenia i reakcje są zakorzenione w stereotypach i kształtowane przez relacje władzy. Mechanizmy ostracyzmu społecznego nigdy więc nie będą sprawiedliwe i moralnie czyste (tak zresztą, jak praktycznie działanie prawa w społeczeństwach opartych na nierównościach).

Fakt, że na polu seksualnym przez wieki ostracyzm służył przede wszystkim karaniu kobiet, nie znaczy, że wymierzenie jego ostrza przeciw uprzywilejowanym mężczyznom będzie aktem feministycznego wyzwolenia i sprawiedliwości. Odwrócenie ekonomii emocjonalnie-moralnej (teraz naznaczamy przemocowców!) musi prowadzić do opartej na resentymencie zemsty i odwetu...

Tylko zaraz: kto tak naprawdę w ten sposób widzi #MeToo? I czy ta fantazja nie opiera się na silnym patriarchalnym przekonaniu, że sens życia kobiecie nadaje mężczyzna – choćby jako figura krzywdziciela?

Co dało nam #MeToo

Wydaje mi się, że właściwa dynamika wydarzeń w 2017 roku była jednak inna. Zaczęło się od tego, że kobiety dzieliły się doświadczeniami przemocy seksualnej, w większości anonimizując sprawców. Najważniejszym wymiarem było tu nie tyle wymierzenie sprawiedliwości, co rozpoznanie, że przemoc seksualna jest powszechna, że pojedyncze doświadczenia wpisują się w szerszą strukturę.

Był to więc raczej akt zawiązania solidarności – ja też, mnie też to spotkało, nie jesteś w tym sama – a zarazem skonfrontowania mężczyzn z kobiecym punktem widzenia. Dopiero potem – i to na niewielką skalę – stało się próbą pociągnięcia do odpowiedzialności konkretnych mężczyzn metodą publicznych call outów.

Dziś łatwo zapominamy, że to dzięki #MeToo systemowy wymiar seksualnej przemocy (dotychczas opisywany pod abstrakcyjnym i „radykalnie brzmiącym” pojęciem „kultura gwałtu”) po raz pierwszy został rozpoznany w mainstreamie. Trafił do codziennych rozmów i popkultury. Skłonił nas wszystkich do – powolnej, wyboistej, bolesnej, czasem okrutnej, niepozbawionej ofiar – renegocjacji status quo.

O tym, że jakiś postęp się jednak od 2017 roku dokonał, niech świadczy to, że w 2023 roku Karolina Rogaska dostała wsparcie Instytutu Reportażu, w którym sprawę zgłosiła, że nie spadła na nią fala hejtu, że redakcja Wyborczej.pl za publikację przeprosiła i tekst usunęła.

Nie twierdzę tu, że #MeToo jest wolne od resentymentu i że nie niesie ze sobą ryzyka. Rozumiem też – i piszę to bez ironii – męski lęk przed rozliczeniem zachowań z przeszłości, które z punktu widzenia ówczesnej kulturowej normy wydawały się zupełnie przezroczyste.

Rozwiązaniem nie jest tu jednak fantazjowanie o nie biorących jeńców kobiecych rewolucjach, tylko zmierzenie się w praktyce z rzeczywistością patriarchalnej nierówności. Feministki odwaliły już tu solidny kawał roboty – może najwyższy czas, by ceniący demokrację mężczyźni potraktowali to jako priorytet?

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, niepokoją, zaskakują właśnie.

;
Agata Sikora

Kulturoznawczyni, eseistka, autorka książki „Wolność, równość, przemoc. Czego nie chcemy sobie powiedzieć” (Karakter 2019). Napisała doktorat o szczerości nowoczesnej. Mieszka w Londynie.

Komentarze