0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Christian CREUTZ, Unia Europejska 2025, źródło: Parlament EuropejskiFot. Christian CREUT...

Paulina Pacuła, OKO.press: Prezydent Trump oznajmił 21 stycznia podczas swojego wystąpienia w Davos, że jednak nie zamierza używać siły, by przejąć Grenlandię. Jest zadowolony z wstępnych ustaleń co do umowy między USA a Danią i Grenlandią ws. zwiększenia obecności wojskowej USA w Grenlandii i współpracy surowcowej. W mediach pojawiają się informacje, że Dania i Grenlandia zaoferują USA własność ziemi, na której znajdują się bazy wojskowe USA. Wygląda więc na to, że plan odkupienia lub aneksji wyspy na razie wraca do szuflady. Można odetchnąć z ulgą?

Michał Szczerba, europoseł Koalicji Obywatelskiej, członek Komisji Spraw Zagranicznych oraz Komisji Bezpieczeństwa i Obrony, stały sprawozdawca PE ds. USA: Wygląda na to, że prezydent USA spuścił z tonu. Nie da się kupić czegoś, co nie jest na sprzedaż. Człowiek, który zjadł zęby na biznesie, powinien o tym wiedzieć.

Groźby, szantaż, dominacja to nie najlepszy pomysł na współpracę sojuszniczą. Zbrojna napaść na jednego z europejskich członków NATO musiałaby być uznana za atak przeciwko wszystkim. NATO to nie tylko sojusz militarny, ale też wspólnota demokracji. Ostatnie napięcia szkodzą relacjom transatlantyckim. Ale ostatni rok nauczył nas, że nieprzewidywalność stała się immanentną cechą tej prezydentury.

Możliwy jest powrót w relacjach UE-USA do business as usual?

Każda taka sytuacja podważa wzajemne zaufanie. Wciąż mamy do czynienia z sytuacją kryzysową. Z tego powodu w zeszłym tygodniu zebrała się Rada Europejska. Wydawało się, że świat pięści, w którym duży może próbować zmusić mniejszego do koncesji terytorialnych, bezpowrotnie minął. Niestety mamy do czynienia z podważaniem międzynarodowego systemu prawnego. W sprawie Grenlandii potrzebna jest demonstracja jedności UE. Druga strona musi mieć świadomość mocnej reakcji.

Co wpłynęło na tak nagłą zmianę zachowania prezydenta Donalda Trumpa? Bo nie wiem, czy na pewno można mówić o zmianie stanowiska.

Myślę, że przyczyniła się do tego jednolita reakcja sojuszników w NATO. Było spotkanie z sekretarzem generalnym NATO. Te komunikaty o potencjalnie siłowym przejęciu Grenlandii zatrzęsły też amerykańską giełdą. Zapowiedzi Trumpa spotkały się też z dużą krytyką w Kongresie, także ze strony obozu republikańskiego.

Przeczytaj także:

„Znaleźliśmy się na zakręcie”

Czy po czymś takim – zapowiedzi interwencji zbrojnej przeciwko jednemu z sojuszników w ramach NATO, wcześniejszych sugestiach, że USA nie zastosują się do artykułu 5 w razie agresji militarnej na któregoś z sojuszników – możliwe jest jeszcze zaufanie do USA?

Ostatni rok przyzwyczaił nas do takich nagłych zwrotów akcji w relacjach z USA. Sojusznicy powinni mieć do siebie zaufanie i nie zaskakiwać się w ten sposób. Znaleźliśmy się na zakręcie. To też ważne wnioski dla UE.

UE musi być mniej zależna. Potrzebujemy strategicznej autonomii, ale nie możemy być samotni.

Powinniśmy stawiać na strategiczne partnerstwa z NATO i z krajami spoza UE. Współpraca z Wielką Brytanią, Norwegią i Kanadą jest doskonała i powinniśmy ją dalej rozwijać.

Był Pan zaskoczony deklaracjami Trumpa ws. Grenlandii?

Tak, bo w nowej amerykańskiej strategii bezpieczeństwa narodowego nie pojawia się Grenlandia i nie ma słowa o jej znaczeniu dla bezpieczeństwa USA. Także sama Rosja i Chiny, które według narracji prezydenta USA, mogłyby być zainteresowane zajęciem wyspy, nie są uznane w tym dokumencie za zagrożenie.

W zainteresowaniu arktyczną wyspą chodzi też o ogromne o zasoby naturalne, w tym w dużym stopniu niewykorzystane jeszcze złoża pierwiastków ziem rzadkich. Czyli o biznes. Grenlandia to gigantyczne zasoby, które są niezbędne do produkcji wszystkiego, od telefonów komórkowych, po baterie i silniki elektryczne. Ale tu tort jest już w dużej mierze podzielony. Licencje na wydobycie mają liczne korporacje międzynarodowe. Polski potentat miedziowy, czyli KGHM, też miał taką licencję poszukiwawczą na złoża molibdenu, ale w okresie rządów PiS, została ona odsprzedana kanadyjskiej spółce.

Wizja, w której USA kupują Grenlandię i automatycznie stają się właścicielem wszystkiego, jest utopijna.

To naruszyłoby interesy biznesowe firm z Kanady, Wielkiej Brytanii, czy Australii. To te kraje mają w Grenlandii najwięcej licencji zagranicznych na wydobycie. Amerykanie posiadają tylko jedną.

Moim zdaniem w całej tej grenlandzkiej rozgrywce, poza bezpieczeństwem, może chodzić o trzy rzeczy. Kwestie wizerunkowe: Trump chce zbudować swoją legendę i stąd pomysł, że wniesie do USA 51. stan. Interesy biznesowe jego otoczenia. Widzieliśmy to już w przypadku negocjacji z Ukrainą i Rosją.

No i trzecia kwestia: to jest odwracanie uwagi od napiętej sytuacji przedwyborczej w USA oraz niepowodzeń Trumpa, zarówno na arenie krajowej, jak i w sprawie zakończenia wojny w Ukrainie. W tej kwestii niewiele się udało. Spotkanie na Alasce [z prezydentem Putinem – red.] było katastrofą. Taka kokieteria ze złem – przykro do tego wracać.

Ale my na to odwracanie uwagi od Ukrainy nie możemy pozwolić.

Bo z polskiej i europejskiej perspektywy nie ma w tej chwili ważniejszego tematu. Dlatego pomagamy i będziemy to robić dalej.

Nie ma alternatywy dla NATO

Co konflikt wokół Grenlandii oznacza dla NATO? Na ile NATO to jeszcze sojusz obronny, na którym możemy polegać? Czy Donald Trump nie zaskoczy za jakiś czas np. decyzją o wycofaniu dużej liczby żołnierzy z Europy?

NATO jest poobijane politycznie, ale wojskowo robi swoje. Amerykański Kongres zabezpieczył finansowanie wojsk USA w Europie. Ustawa uniemożliwia administracji redukcję wojsk USA w Europie poniżej określonego poziomu bez wcześniejszej zgody Kongresu. Tu nie powinno być niespodzianek.

Moim zdaniem nie ma alternatywy dla NATO.

Wszystkie działania podejmowane w sprawie obronności w Europie mają na celu wzmocnienie tego europejskiego filaru NATO, a nie tworzenie alternatywy wobec sojuszu.

Ale czy nie powinniśmy myśleć o tej alternatywie, przy tym, że istnieją takie rozdźwięki między sojusznikami, a NATO jest sojuszem, w którym decyzje są podejmowane na zasadzie konsensusu? Nowa strategia obronna USA mówi jasno: USA „nie będą nadrabiać deficytów bezpieczeństwa sojuszników wynikających z ich nieodpowiedzialnych wyborów”. Waszyngton oczekuje, że Europa weźmie na siebie „główną odpowiedzialność” za obronę konwencjonalną przed Rosją oraz za wsparcie Ukrainy. Rola USA w Europie ma zostać ograniczona do wsparcia krytycznego, ale limitowanego.

Nie ma alternatywy dla NATO. Nikt nie tworzy alternatywnych rozwiązań.

W czwartek 22 stycznia Parlament Europejski przyjął dwa raporty dotyczące bezpieczeństwa. Jeden autorstwa Davida McAllistera i drugi autorstwa Thijsa Reutena z Holandii. W obu znajduje się wezwanie do tego, że w obliczu ewentualnego konfliktu wewnętrznego w ramach NATO państwa UE powinny być gotowe do autonomicznego działania na podstawie klauzuli wzajemnej pomocy Unii Europejskiej, czyli artykułu 42 ust. 7 TUE, który jest takim odpowiednikiem natowskiego artykułu 5. Pan zagłosował za oboma tymi raportami. Dlaczego?

W przyjętych raportach podkreślamy, że wszystkie nasze działania w ramach UE mają na celu wzmocnienie europejskiego filaru NATO. Unia Europejska powstała na czas pokoju. Ale zagrożenia powodują, że bezpieczeństwo stało się najważniejsze.

Unia wspiera realizację przez kraje członkowskie NATO zobowiązań wynikających z artykułu 3. Traktatu Waszyngtońskiego. Czyli że każdy kraj musi zapewnić potencjał obronny, który umożliwi kolektywną obronę w przypadku zagrożenia. To jest na ten moment zadanie Unii w dziedzinie obronności.

Europa musi stawać się bardziej samodzielna w dziedzinie obronności i zmniejszać swoją zależność w tej kwestii od Stanów Zjednoczonych.

Europa wzmacnia obronność

Co w tej dziedzinie zrobiono od wybuchu wojny w Ukrainie?

Sporo. Mamy decyzję z ostatniego szczytu w Hadze, w tym znaczne zwiększenie wydatków na obronność – docelowo 5 proc. PKB. Mamy działania UE w dziedzinie obronności – nowe programy, fundusze i uproszczenia przepisów, które wzmacniają europejski filar NATO. Zwiększa się znacząco potencjał obronny poszczególnych krajów.

Właśnie Komisja Europejska zatwierdziła polskie projekty w ramach instrumentu pożyczkowego SAFE. To nowe inwestycje w obronność i na uzbrojenie, w tym realizację projektów flagowych. To już potwierdzone, otrzymamy 44 miliardy euro. To dużo pieniędzy.

Polska będzie realizować w ramach tego programu 139 projektów. Wszystko, czego potrzebujemy, by uzyskać gotowość obronną. O potrzebach decydował Sztab Generalny. To są projekty w takich domenach jak Tarcza Wschód, zdolności dronowe i antydronowe, cyberbezpieczeństwo, infrastruktura krytyczna Bałtyku, domena kosmiczna, AI, rozwój mobilności wojskowej, ale też działania wzmacniające straż graniczną, policję oraz elementy infrastruktury transportowej istotne dla obronności.

Program EDIP w latach 2025-2027 to jedynie 1,5 mld euro, ale w nowym wieloletnim budżecie UE na obronność i bezpieczeństwo przestrzeni kosmicznej, będziemy mieć co najmniej 130 mld euro. Tyle w tej chwili proponuje Komisja Europejska. Parlament może dążyć do zwiększenia tej puli.

Mamy szereg już rozpoczętych inicjatyw na rzecz zwiększenia mobilności wojskowej i interoperacyjności wojsk w Europie. W ramach Komisji Bezpieczeństwa i Obrony w Parlamencie Europejskim zostałem sprawozdawcą do spraw tzw. wojskowego Schengen. To jest ważny pakiet legislacyjny, dotyczący mobilności wojskowej.

Celem jest stworzenie wspólnych ram prawnych dla 27 krajów, tak, by transgraniczny transport wojsk, sprzętu i materiałów wojskowych odbywał się szybko, bez długotrwałych procedur w ramach krajów członkowskich. Obecnie każdy kraj ma swoje procedury, co utrudnia działanie w sytuacji nagłej konieczności. Prace nad tym powinny się zakończyć do końca roku.

Mamy strategię „Gotowość 2030” i przygotowaną przez komisarza ds. obrony Andriusa Kubiliusa. Mamy białą księgę ws. obronności, czyli mapę drogową, gdzie dokładnie wskazane jest, jakie zdolności krytyczne musimy uzupełnić, by zyskać pełną gotowość obronną. Będziemy bezpieczniejsi, ale też zmniejszymy nasze uzależnienie od USA.

Podejmowane są działania na rzecz rozwoju naszego własnego, europejskiego wywiadu satelitarnego, inicjatywy dronowej, produkcji broni średniego i dalekiego zasięgu. Mamy europejską tarczę powietrzną, Tarczę Wschód. Działamy.

„Nie jesteśmy bezbronni”

Te europejskie plany gotowości zakładają jako horyzont czasowy 2030 rok. Czy to nie jest zbyt odległy termin?

Biorąc pod uwagę stan gospodarki wojennej Putina i obciążenia związane z wojną w Ukrainie, zgodnie z prognozami europejskich wywiadów nie ma ryzyka otwarcia nowego frontu szybciej niż za kilka lat. Działamy jak najszybciej. 2030 rok to maks, kiedy ta pełna gotowość powinna zostać osiągnięta.

W czwartek 22 stycznia w Brukseli spotkali się członkowie Rady Europejskiej, by wypracować swoją odpowiedź wobec zapowiedzi i gróźb prezydenta Donalda Trumpa ws. Grenlandii. Na razie nie podjęto decyzji o podjęciu żadnych działań w związku z szantażem Trumpa, ale to dlatego, że prezydent Donald Trump spuścił z tonu. Liderzy zapewnili jednak, że narzędzia są i zostaną użyte, jeśli będzie taka potrzeba.

To bardzo ważna deklaracja. Polski premier powiedział, że Europa nie może sobie pozwolić na słabość. Zgadzam się z nim w pełni. Musimy pokazywać siłę i asertywność oraz mieć plan reakcji.

Dysponujemy mocnymi narzędziami, by odpowiedzieć na wrogie działania wobec Grenlandii, jeśli takie zostałyby podjęte, a także na szantaż handlowy.

Zawarta w lipcu w Szkocji umowa handlowa UE-USA nie będzie obowiązywała, jeśli będzie próba nakładania na UE kolejnych ceł lub ich zwiększania.

Mamy zamrożone cła odwetowe, które byłyby bardzo bolesne dla amerykańskiej gospodarki. Mamy też do dyspozycji tą tzw. bazookę handlową, czyli instrument antyprzymusowy, który daje nam możliwość zamknięcia lub ograniczenia dostępu amerykańskich firm do europejskiego rynku.

Nie jesteśmy bezbronni. Mamy narzędzia – obyśmy nie musieli ich używać. Mimo wszystko nie możemy obrażać się na Stany Zjednoczone. Jesteśmy skazani na współpracę.

;
Na zdjęciu Paulina Pacuła
Paulina Pacuła

Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.

Komentarze