0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Jakub Wlodek / Agencja Wyborcza.plFot. Jakub Wlodek / ...

„Straż Graniczna Michałowo. Proszę otworzyć bagażnik, sprawdzamy, czy pani nie wiezie migrantów” – tradycyjna formułka po zatrzymaniu przez Straż Graniczną przy granicy z Białorusią od blisko pięciu lat nikogo nie dziwi.

Jest końcówka maja, jadę do Biedronki, oddalonej od mojego domu o 17 km i po przejechaniu 15 km z samochodu wychodzę czwarty raz, żeby pokazać funkcjonariuszom, co – względnie kogo – wiozę w aucie. Otwierając bagażnik, mówię, że dopiero przeczytałam, że dziś przejść nie było, więc dziwię się kontroli. Funkcjonariusze wybuchają śmiechem.

Na poprzednim punkcie kontrolnym zapytałam wprost, czy były jakieś przejścia i dowiaduję się, że było duże. Jak to ma się do codziennych komunikatów Straży Granicznej, że nie odnotowano prób nielegalnego przedostania się z Białorusi do Polski?

Przez większość czasu na pograniczu nie ma kontroli, ale zdarzają się dni, gdy co parę kilometrów kierowcy muszą pokazywać strażnikom granicznym zawartość bagażników. Tymczasem z oficjalnych komunikatów wynika, że granica jest szczelna.

Przeczytaj także:

Ruch jest mniejszy, ale migranci nie zniknęli

Od dwóch lat przy najbardziej newralgicznym odcinku granicy z Białorusią obowiązuje strefa buforowa, do której nie ma wstępu. To, co tam się dzieje, jest zatem ukryte przed niepowołanymi. Mieszkańcy pogranicza jednak widzą, że przy granicy coś się dzieje – informują o słyszanych strzałach i o montowanych licznie przez Straż Graniczną kamerach na drogach oddalonych o kilkaset metrów o zapory.

Okazjonalne trafiają się też prośby o pomoc od organizacji humanitarnych.

- Funkcjonariusze Straży Granicznej na co dzień pełnią służbę w rejonie przygranicznym. Prowadzą różne czynności na przykład takie jak zapobieganie nielegalnemu przekroczeniu granicy, monitorowanie rejonów przygranicznych, a także działania poszukiwawcze, rozpoznawcze, czy szkoleniowe. Pojawianie się patroli Straży Granicznej w miejscowościach przygranicznych to nic nowego, to codzienny widok dla ich mieszkańców, tym bardziej w miejscowościach położonych blisko granicy. Słyszane strzały nie wynikały z czynności prowadzonych przez Straż Graniczną – tłumaczy ppłk Katarzyna Zdanowicz, rzecznik prasowy Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej.

Osoby udzielające pomocy humanitarnej potwierdzają, że ruch przez granicę polsko-białoruską jest mniejszy, ale nie został ograniczony do zera. Grupa Granica napisała 8 czerwca na Facebooku, że w drugiej połowie maja udzieliła pomocy humanitarnej siedmiu osobom. Jeszcze więcej prosiło o wsparcie, ale pomoc humanitarna nie dotarła na czas, migranci zostali wywiezieni na drugą stronę granicy. Jedna z osób opowiadała, że doświadczyła aż pięciu pushbacków, nie miała już nawet butów.

— Wygląda na to, że bez wsparcia reżimu Łukaszenki polski odcinek granicy z Białorusią jest dla uchodźców najtrudniejszy do przekroczenia i dlatego tym odcinkiem idzie teraz znacznie mniej ludzi. Co nie znaczy – wbrew komunikatom SG – że tych prób czy przejść nie ma wcale. To prawda, że mamy bardzo mało zgłoszeń od ludzi potrzebujących pomocy humanitarnej, ale nie oznacza to, że w ogóle ich nie ma na szlaku, być może są lepiej przygotowani, a dzięki temu są w lepszym stanie i dla wielu przysłowiowa zupa nie jest warunkiem przetrwania — mówi Aleksandra Chrzanowska ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej.

— Widzimy ślady obecności ludzi w lesie, słyszymy relacje mieszkańców przygranicznych wsi, naocznych świadków m.in. obław, łapanek i zatrzymań ludzi. Regularnie słychać też strzały przy granicy. Nie umiem rozpoznać, czy to Straż Graniczna czy wojsko, czy to po polskiej stronie, czy po białoruskiej. Ale zakładam, że nie strzelają tak sobie dla zabawy — dodaje Chrzanowska.

Dlaczego tak bardzo zmniejszył się ruch na polskim odcinku granicy UE z Białorusią?

Zdaniem Chrzanowskiej przyczyna leży w politycznych układach: — Tusk w ostatnich miesiącach otworzył kolejne przejścia graniczne dla białoruskich towarów, stopniowo są zdejmowane sankcje ekonomiczne z białoruskich firm. Łukaszenka dostał to, czego chciał i w związku z tym przestał sterować ruchem migracyjnym, a otwarty przez niego pięć lat temu szlak już od jakiegoś czasu rządzi się po prostu swoimi prawami.

Migranci idą północnym szlakiem

Osoby w drodze jednak nie wyparowały. Sudan, Somalia czy Afganistan nie stały się nagle bezpiecznymi państwami i ciągle wiele osób próbuje stamtąd uciec do Europy, wybierając drogę przez Rosję i Białoruś. Skoro nie mogą dostać się do Unii Europejskiej przez granicę białorusko-polską, próbują drogi przez Łotwę i Litwę, a dopiero z tych państw jadą do Polski i dalej na zachód.

Jak podaje Straż Graniczna, 25 czerwca na granicy z Litwą zatrzymano 30 osób, w tym dwóm osobom odmówiono wjazdu na terytorium RP, a 28 przekazano w ramach readmisji do Litwy. Dzień wcześniej zatrzymano 31 osób, z czego jednej osobie odmówiono wjazdu do Polski, a 30 przekazano do Litwy w ramach readmisji.

- Ludzie na Białorusi ciągle są, bo albo utknęli tam już jakiś czas temu, albo przyjeżdżają kolejni, także przez Rosję i muszą się stamtąd jakoś wydostać, bo tam nie jest dla nich bezpiecznie – wielu z nich np. trafia do więzienia i jest deportowanych do krajów, z których uciekli przed wojną czy prześladowaniami – wyjaśnia Aleksandra Chrzanowska.

Rząd twierdzi, że ruch migracyjny na naszej granicy skończył, m.in. dlatego, że w marcu 2025 r. zostało zawieszone prawo do ubiegania się o ochronę w Polsce – miało to być rozwiązanie tymczasowe, ale zawieszenie jest systematycznie przesuwane i trwa już rok i trzy miesiące.

- Jedno z drugim nie ma nic wspólnego, ci ludzie dostali po prostu jasny sygnał, że muszą przedostać się dalej do Europy, bo Polska przestała być dla nich pierwszym bezpiecznym krajem w UE. Od kilku miesięcy bardzo aktywna jest północna odnoga szlaku białoruskiego, tj. ludzie z Białorusi przechodzą do Łotwy, a stamtąd jadą dalej przez Litwę i Polskę. Straż Graniczna codziennie raportuje o kilkunastu-kilkudziesięciu migrantach zatrzymywanych w okolicach Sejn, Puńska czy Rutki-Tartak — tłumaczy Aleksandra Chrzanowska.

Co dalej z zawieszeniem prawa do ochrony międzynarodowej?

Rozporządzenie ograniczające prawo do złożenia wniosku o ochronę międzynarodową na granicy z Białorusią weszło w życie 27 marca 2025 roku i choć miało być wyjątkiem i obowiązywać 60 dni, to ciągle jest przedłużane. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji wprawdzie podaje, że ruch migracyjny na granicy z Białorusią ustał, ale równocześnie uważa, że zawieszenie prawa do azylu trzeba ciągle utrzymywać.

Nadal nie ustały w sposób trwały przyczyny wprowadzenia ograniczenia prawa do złożenia wniosku o udzielenie ochrony międzynarodowej” – odpowiedziało MSWiA pismem podpisanym przez wiceministra Macieja Duszczyka na kolejne pismo Rzecznika Praw Obywatelskich w tej sprawie.

W ocenie resortu należy założyć, że osłabienie środków zaradczych zastosowanych przez Polskę stworzyłoby warunki pozwalające na skuteczne wznowienie działań białoruskich organów i służb również na granicy z Polską. Utrzymanie wprowadzonego ograniczenia jest niezbędne do zapobieżenia temu zagrożeniu.

MSWiA podaje, że w okresie obowiązywania zawieszeni prawa do składania wniosków o ochronę międzynarodową, tj. od 27 marca 2025 r. do 21 kwietnia 2026 r. Straż Graniczna nie przyjęła wniosków od 475 cudzoziemców, natomiast przyjęła od 127 cudzoziemców z tzw. grup wrażliwych. W analogicznym okresie rok wcześniej, tj. od 27 marca 2024 r. do 21 kwietnia 2025 r. na odcinku granicy z Białorusią złożono 3 130 wniosków o udzielenie ochrony międzynarodowej na terytorium RP, którymi objętych było 3 611 osób.

Legalna droga dostępna tylko w teorii

Z zawieszenia prawa do ubiegania się o ochronę międzynarodową wyłączone są osoby z tzw. grup wrażliwych, czyli m.in. nieletni, kobiety w ciąży i osoby, które mogą wymagać szczególnego traktowania ze względu na wiek czy stan zdrowia.

Mimo tego jednak, że budząca ogromne wątpliwości co do zgodności z konstytucją ustawa zawieszająca prawo do ubiegania się o ochronę międzynarodowa w Polsce teoretycznie nie pozostawia tych osób na lodzie.

W praktyce,jednak, jeśli takie osoby utknęły na Białorusi i chcą ubiegać się o ochronę międzynarodową w Polsce, to szanse na złożenie wniosku przypomina loterię, w której dużo losów przegrywa. Jeśli osobom tym uda się dotrzeć na przejście graniczne w Terespolu – co nie jest proste – to uda się złożyć wniosek albo nie uda. Od niektórych osób strażnicy graniczni przyjmują wnioski o ochronę międzynarodową, od innych nie, zdarza się, że za pierwszym razem komuś się nie udaje, a za drugim pogranicznicy patrzą na niego łaskawszym okiem.

Niedawno dwukrotnie zostały wypchnięte z przejścia granicznego w Terespolu chora kobieta z Mali z dwuletnią córeczką. Za drugim razem spędziły na przejściu aż 14 godzin, a potem wróciły do Białorusi. Ryzyko związane z dalszym pobytem w tym kraju jest ogromne, nie tylko ze względu na kiepski stan zdrowia kobiety, zagrożonej sepsą. Białoruś rozdziela matki z dziećmi i może deportować matkę, a dziecko umieścić w sierocińcu – takie przypadki miały już miejsce. Może też deportować obie do kraju, w którym trwa wojna domowa, a prawa człowieka i kobiet są na jednym z najniższych poziomów na świecie.

Przez przejście w Terespolu nie udało się też dostać do Polski młodej Somalijce, która uciekła od znacznie starszego męża, któremu została sprzedana. Dziewczyna w Białorusi straciła wszystkie palce u stóp, ale mimo tego polska Straż Graniczna nie uznała jej za wystarczająco niepełnosprawną do złożenia wniosku o ochronę międzynarodową. Finalnie Somalijka trafiła w Białorusi do aresztu deportacyjnego.

Regina Skibińska

Absolwentka prawa, z zawodu dziennikarka, przez wiele lat związana z „Rzeczpospolitą”. Trzykrotna laureatka konkursu dziennikarskiego Polskiej Izby Ubezpieczeń i laureatka Nagrody Dziennikarstwa Ekonomicznego Press Club Polska w 2023 r. Obecnie freelancerka, pisywała m.in. do „Gazety Wyborczej”, miesięcznika „National Geographic Traveler”, „Parkietu”, Obserwatora Finansowego i Prawo.pl. Po latach mieszkania w Warszawie osiadła z gromadką kotów na Podlasiu.

Komentarze