17 listopada 2020

Rok od pierwszego zakażenia na świecie. W Polsce spadek mobilności daje nadzieję [FAKTY, WYKRESY

17 listopada 2019 roku władze Chin odnotowały pierwszy przypadek zakażenia koronawirusem. Od tamtej pory zachorowało 55,6 mln osób, zmarło 1,34 mln. W Polsce jutro przekroczymy zapewne 11 tys. zgonów. Ale są też potencjalnie dobre informacje

Od pierwszego zakażenia do czasu, gdy o wirusie zaczęły mówić największe media minął wtedy ponad miesiąc. „Nieznana choroba płuc zawładnęła miastem Wuhan w chińskiej prowincji Hubei. Na razie mówi się o 27 chorych osobach. Chorzy muszą być izolowani” - donosiła 31 grudnia 2019 roku niemiecka agencja DPA.

Ale świat jeszcze nie przejmował się nowym wirusem - gdyby ktoś wówczas obwieścił, co nas czeka przez następne 12 miesięcy, mało kto by uwierzył. Dopiero kolejne tygodnie przynosiły coraz bardziej niepokojące informacje.

W połowie stycznia wiedzieliśmy już, że wirus jest groźny, pochodzi z chińskiego miasta Wuhan, ale wciąż wydawało się, że to raczej problem Chin, nie całego świata. Brytyjskie służby epidemiologiczne twierdziły nawet jeszcze 20 stycznia, że ryzyko epidemii w Europie jest minimalne. Kolejne dni szybko weryfikował wstępne teorie i założenia.

29 stycznia pisaliśmy w OKO.press: „Poza granicami kontynentalnych Chin do 28 stycznia 2020 odnotowano 73 zakażenia. 14 z nich w Tajlandii, 8 w Hongkongu, 7 w Japonii, po 5 w USA, na Tajwanie, Australii i Makau, po 4 w Singapurze, Korei Płd., Malezji i Francji, 3 w Kanadzie, 2 w Wietnamie i wreszcie po jednym w Nepalu, Kambodży i Niemczech".

4 marca koronawirus został zdiagnozowany w Polsce, cztery dni później wprowadzono pierwsze duże ograniczenia, tydzień później mieliśmy już pełny lockdown - zamknięcie kraju i większości gałęzi gospodarki.

Do dziś zachorowało w Polsce 752 940 osób, zmarło - 10 848 zakażonych.

Jak koronawirus odsłonił żelazną kurtynę

Wiosenna fala koronawirusa najciężej doświadczyła kraje Europy Zachodniej, głównie Włochy, Hiszpanię i Francję. Polska oraz inne kraje byłego bloku wschodniego przeszły epidemię w marcu i kwietniu w miarę łagodnie. Jesień wygląda już zupełnie inaczej: wirus uderzył w nas potężnie.

Wśród sześciu krajów z największą liczbą zgonów na 100 tys. mieszkańców w ostatnich 14 dniach, aż pięć do 1989 roku w sensie politycznym było po wschodniej stronie żelaznej kurtyny. Według danych Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób lista przedstawia się następująco:

  • Czechy - 25,9 zgonów
  • Belgia - 22,5 zgonów
  • Słowenia - 13,5 zgonów
  • Węgry - 13,4 zgonów
  • Bułgaria - 13,3 zgonów
  • Polska - 12,2 zgonów

Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest zapewne m.in. doświadczenie krajów Zachodniej Europy - mocno doświadczone pierwszą falą epidemii, lepiej przygotowały się do drugiej ofensywy wirusa. Państwa mniej dotknięte w marcu i kwietniu zostały jesienią zaskoczone, do tego są biedniejsze, co wpływa na wydolność systemu ochrony zdrowia, a to z kolei przekłada się na wysoką liczbę zgonów.

Rząd optymistyczny. Czy rzeczywiście jest lepiej?

We wtorek 17 listopada polski rząd ogłosił jednak, że ma pierwsze dobre wiadomości od kilku tygodni: po wprowadzeniu ograniczeń ustabilizowaliśmy wzrost liczby nowych przypadków, spada też dynamika wzrostu liczby zajętych respiratorów oraz - jak wynika z danych z telefonów komórkowych - mobilność społeczna.

Ta ostatnia dana pozwala z umiarkowanym optymizmem patrzeć w przyszłość - im mniej kontaktów społecznych, tym bardziej ograniczone rozprzestrzenianie się epidemii.

Niestety dziś znów mocno wzrosła liczba hospitalizacji: mamy o 575 pacjentów covidowych więcej niż wczoraj, to najwyższy wzrost od tygodnia.

„Po raz pierwszy od dwóch tygodni liczba dziennych zachorowań spadła poniżej 20 tysięcy. Mamy zmniejszenie liczby zachorowań w porównaniu do okresu sprzed tygodnia i to są informacje bardzo pozytywne, ponieważ mają wyraźne konsekwencje dla infrastruktury szpitalnej”

mówił dziś (17 listopada) minister zdrowia Adam Niedzielski.

Nowych zakażeń odnotowano we wtorek 19 152.

Minister tłumaczył: „Chyba powoli możemy troszeczkę się uśmiechnąć i stwierdzić, że to, co jest najgorsze, mamy w pewnym sensie za nami".

Niedzielski stwierdził również, że obecne obostrzenia na pewno nie zostaną poluzowane przynajmniej do 29 listopada.

Czy rzeczywiście jest lepiej? To fakt, że liczba nowych zakażeń nie rośnie w takim tempie jak tydzień, czy dwa tygodnie temu. Ale robimy też o wiele mniej testów. Dziś resort zdrowia poinformował, że wykonano w ciągu ostatniej doby 41 983 testów, tydzień temu ta liczba wynosiła 54 701.

Jak pisaliśmy w OKO.press, w Polsce testujemy jedynie osoby z objawami zakażenia, przez co po pierwsze - mamy jeden z najwyższych odsetków testów pozytywnych na świecie.

  • Możemy się porównać z Meksykiem, gdzie odsetek wynosi 53 proc.
  • w Polsce w tej chwili wynosi 46,72 proc.
  • w Omanie 39 proc.
  • w Bułgarii 38 proc.
  • w Macedonii 36 proc.

Po drugie, nie wykrywamy wcale zakażonych bezobjawowych. Podczas gdy u nas lekarze mogą zlecać testy osobom, które mają objawy mogące wskazywać na COVID-19, np. Korea Południowa jest modelowym przykładem zupełnie innej strategii: testowania tak szerokiego, żeby przeciąć transmisję wirusa. Tak było w przypadku zakażeń wykrytych w klubach gejowskich w Seulu - przetestowano wszystkich, którzy mogli mieć kontakt z zakażonymi.

Oczywiście samo zmniejszenie liczby testów nie oznacza jeszcze, że rząd ma niecne zamiary i na przykład ukrywa w ten sposób rozmiary epidemii w Polsce. Więcej - mniejsza liczba testów może być objawem pozytywnym: jeśli lekarze w mniejszym stopniu kierują pacjentów do testowania, oznacza to, że zgłasza się do nich mniej osób z objawami, czyli liczba zakażonych już gwałtownie nie rośnie.

Ale jest i druga strona medalu: testów może być mniej z powodu niewydolności systemu ochrony zdrowia. Jeżeli osoby z objawami nie wierzą, że zostaną szybko i skutecznie zdiagnozowane oraz poddane leczeniu, mogą mniej chętnie zgłaszać się do lekarzy. Mogą też mieć problem z szybkim kontaktem z lekarzem pierwszego kontaktu i rezygnować z diagnozy.

Dlatego lepszym wyznacznikiem stanu epidemii w Polsce może być liczba zgonów - a tutaj liczby są wciąż bardzo wysokie. W ciągu ostatniej doby zmarło 357 osób. Wadą tego wskaźnika jest opóźnienie: jeśli rzeczywiście obserwujemy znaczący spadek dynamiki zachorowań, liczba raportowanych zgonów zacznie się zmniejszać najwcześniej za tydzień.

Alarmująca jest również raportowana przez GUS liczba wszystkich zgonów w Polsce. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego za 44. tydzień 2020 roku, czyli ten, który skończył się w niedzielę 1 listopada, zarejestrowano 14 115 aktów zgonu. To najwięcej w tym roku. W tygodniu poprzednim, 43. (19-25 października), zgonów było 12 137.

Według danych Ministerstwa Cyfryzacji październik przyniósł 49 tys. zgonów, o 45 proc. więcej niż wynosi średnia z ostatnich czterech lat. To może oznaczać - choć nie musi, bo nie znamy jeszcze szczegółowych danych dotyczących przyczyn zgonów - że jesienna fala epidemii miała w Polsce jeszcze bardziej dramatyczny przebieg, niż wynika to z oficjalnych danych.

Udostępnij:

Michał Danielewski

Wicenaczelny OKO.press, redaktor, socjolog. W OKO.press od 2019 roku, pisze o polityce. Wcześniej przez ponad 13 lat w "Gazecie Wyborczej". Pochodzi z Sieradza

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne