0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Mateusz Mirys / OKO.pressIl. Mateusz Mirys / ...

Zawieszona kawa – czy ktoś jeszcze o niej pamięta? O szlachetnej idei kupowania filiżanki napoju i zapłaceniu za dwie, by po nas mogła ją za darmo wypić osoba biedna lub w kryzysie bezdomności, zrobiło się głośno w pierwszej połowie poprzedniej dekady. Chodzi o uśmiech, przyjaźń i serdeczność – mówił jej inicjator w Polsce, Aleksander Każurin, który „przywiózł” ją do nas z Ukrainy.

Prosty gest pomocy i solidarności międzyludzkiej, który nad Wisłą odbywał się pod hasłem: „Podaruj, jeśli możesz. Przyjmij, jeśli chcesz”.

Akcja zrobiła się popularna na całym świecie i zaczęła się odrywać od samej kawy. W Argentynie zaczęto „zawieszać” empanady — rogaliki z farszem mięsnym (empanada pendiente), a w innych miejscach żywność czy książki.

O tej szczytnej inicjatywie, którą przypisuje się tradycji neapolitańskiej, nazwanej po neapolitańsku 'o cafè suspiso, tak pisał filozof i pisarz Luciano De Crescenzo: W chwilach niezwykłej radości neapolitańczyk płaci w barze nie za jedną kawę, którą wypija sam, ale za dwie – jedną dla siebie, a drugą – dla klienta, który przyjdzie tam później. To jakby kupował kawę całemu światu.

Zdania te De Crescenzo zawarł w swojej książce Il caffè sospeso w 2008 roku. Wyeksponowano je w niektórych neapolitańskich barach.

Trzeba docenić wszystkie osoby, które w dobrych intencjach zawiesiły kawę dla swojego bliźniego. W Edmonton 22 lipca 2013 roku klient zawiesił aż 500 dużych kaw w sieci kawiarni Tim Hortons. Zrobił to anonimowo, dorabiając się nawet teorii spiskowej. Takie gesty solidarności z ubogimi na pewno zasługują na uznanie.

Jest tylko jeden problem: poetyckość „kupowania kawy całemu światu” nie zmienia faktu, że w Neapolu nigdy nie było takiej tradycji. Jeśli ktoś ją rozpoczął, to byli to przede wszystkim turyści. Ponadto intencje osób zawieszających kawę od początku są dyskusyjne, a zjawisko rozprzestrzeniło się na cały świat w wyniku niedługo trwającej mody. Nie pierwszej, nie ostatniej.

Przeczytaj także:

„Najbardziej cyniczna ściema ever”

Głosy krytyczne o zawieszonej kawie towarzyszyły właściwie od samego początku. W język zdecydowanie nie gryzła się dziennikarka Ewa Wanat, która nazwała tę akcję „najbardziej cyniczną i obrzydliwą ściemą właścicieli knajpek ever”. Dziennikarka już w 2013 roku zwracała uwagę, że kawa jest produktem, na którym właściciele kawiarni mają największe przebicie. A skoro na kanapkę nakłada się niższą marżę, to dlaczego nie „zawieszamy” czegoś do zjedzenia? „I teraz pomyśl, co się bardziej opłaca” – pytała.

W tym samym roku portal naTemat podążył śladami zawieszonej kawy, by sprawdzić, jak łatwo można znaleźć darmowy napój w Warszawie. Wynik? Trzy godziny, pięć kawiarni i dwie kawy. Niezbyt imponujący, a mowa o okresie szczytu popularności akcji w internecie. O ile rzeczywiście zdarzały się osoby, które zawieszały kawę, o tyle ludzie, którzy chcieliby z niej skorzystać, do kawiarni nie przychodzili. Wyrażano zresztą obawy, że jej potencjalni odbiorcy mogliby odstraszać klientów – tyle z solidarności z ubogimi i bezdomnymi.

Jak czytamy w materiale portalu naTemat, Olga Leonowicz, współwłaścicielka warszawskiej kawiarni Kubek w Kubek, od samego początku twierdziła, że była to raczej akcja internetowo-telewizyjna skierowana do osób młodych.

A poza Warszawą? O zawieszoną kawę pytam Olę Czarnecką, właścicielkę nieistniejącej już kultowej kawiarni Coffeemoment w Opolu. Przez punkt na ul. Książąt Opolskich przewinęło się całe pokolenie młodych lokalnych aktywistów. W Coffeemoment można było dostać nieodpłatną kawę jeszcze zanim ktokolwiek w Polsce pomyślał o jej zawieszaniu – punkt istniał od 2008 do 2024 roku.

Choć inicjatywa zawieszonej kawy dotarła również do tego najmniejszego miasta wojewódzkiego w Polsce, Ola od samego początku była jej przeciwna. Poza tym, iż uważała ją za chwyt marketingowy, za zdecydowanie ważniejsze niż anonimowe zawieszanie kawy dla nieznajomego uznaje budowanie mikrospołeczności wokół kawiarni, w której nieodpłatny napój – lub cokolwiek innego – można otrzymać przy okazji. Poza tym, jak mówi, jeśli ktoś potrzebujący wejdzie do kawiarni, bo akurat potrzebuje się napić czegoś ciepłego, zdaniem Oli powinien otrzymać napój po prostu, bez przypinania poczęstunku pod jakąś specjalnie zorganizowaną akcję.

Szybki rzut oka na informacje w internecie uświadamia, że zawieszona kawa się w Polsce nie przyjęła – zdecydowana większość newsów na jej temat jest sprzed kilku lub kilkunastu lat. Wygląda na to, że idea ta była jedynie przywiezionym z zewnątrz trendem, który bardzo szybko wygasł.

Zapożyczone z innych krajów inicjatywy jako trendy mogą trwać dłużej lub krócej, mogą ożywać lub zamierać. Ale w takim razie co z Neapolem?

Stolica włoskiego południa ma być przecież kolebką tradycji zawieszonej kawy. Intuicyjnie czujemy zresztą, że kultura picia kawy we Włoszech rozwinęła się silniej niż w Polsce (nazwy kaw to słowa włoskie, a w 2022 roku espresso było kandydatem do Listy Niematerialnego Dziedzictwa UNESCO), a południowcy należą do społeczeństw bardziej gromadnych i kolektywnych niż ludzie północy. Wydawałoby się, że to idealne warunki dla małych gestów solidarności.

Marketing i tania reklama

Zanim De Crescenzo napisał słynne zdanie o „kupowaniu kawy całemu światu”, kilka lat przed tymi słowami, w 1999 roku, ukazała się książka Odore di caffè (Zapach kawy) aktora Riccarda Pazzagli. Prawdopodobnie jako pierwszy wspomina on o idei zawieszonej kawy. Pazzaglia twierdzi, że zwyczaj ten narodził się nie z dobroczynności, a z potrzeby godzenia ludzi: po sprzeczkach o zapłacenie rachunku ostatecznie płaciły obie kłócące się strony, co miało przecinać ich spór. Tym samym jedna kawa zawsze pozostawała dla nieznajomego.

Ani Pazzaglia, ani De Crescenzo nie podają źródeł historycznych na potwierdzenie swoich tez. Twierdzenia opierają na bardzo ciekawych, ale jednak anegdotach i domysłach.

W 1959 roku w Neapolu urodził się Pietro Treccagnoli. Jako 23-latek rozpoczął on trwającą do dziś współpracę z założonym w jego rodzinnym mieście dziennikiem „Il Mattino”, ponadto jest także twórcą bloga „L'Arcinapoletano” (Arcyneapolitańczyk). Związki dziennikarza ze stolicą Kampanii są nie tylko oczywiste, ale poprzez większą część jego zawodowej działalności także głęboko kultywowane.

Treccagnoli jako „dobry Neapolitańczyk” od dziesięcioleci pija kawę w barach i przy ladzie w różnych porach dnia. Tak pisał na łamach „Il Mattino” w styczniu 2016 roku w tekście La leggenda del caffè sospeso:

„Zawsze twierdzono, że to odrodzona stara miejska tradycja. Swego czasu w tonie banalnej filozofii sporo mówili o niej zarówno Riccardo Pazzaglia, jak i Luciano De Crescenzo, subtelni humoryści. Obaj mieli szczęście, bo choć znaczną część swojego życia mieszkali w Rzymie, z pewnością im się to przytrafiło. Mnie, powtarzam, nigdy. Nigdy nie skorzystałem z zawieszonej kawy, nigdy nie zawiesiłem żadnej kawy, nigdy nie słyszałem, by ktokolwiek prosił o zawieszoną kawę”.

Skąd zatem owa „tradycja”? Treccagnoli domniemywa podobnie jak Ewa Wanat: „Zawsze miałem wrażenie, że to sposób na zarobek dla baristy, który za każdą kawę kasuje podwójnie. W końcu nikt tego nie kontrolował”, po czym dodaje: „Marketing, tania reklama. Nic złego, żaden powód do oburzenia, ale skończmy z romantyzowaniem tej idei”.

Krótko mówiąc, niewiele wskazuje na to, by w Neapolu rzeczywiście kiedykolwiek istniała tradycja zawieszonej kawy. Wiele zaś wskazuje na to, że było wręcz przeciwnie. Tylko w takim razie jak to możliwe, że ten lokalny romantyczny wymysł rozlał się na cały świat?

Historyk żywności Alberto Grandi w napisanej wspólnie z Danielem Soffiatim książce La cucina italiana non esiste (Kuchnia włoska nie istnieje) twierdzi, że decydującym elementem okazali się zagraniczni turyści. To za ich sprawą inicjatywa ta mogła wyjść poza przeżywający w ostatnich latach potężny rozkwit turystyki Neapol aż do Rosji, Kanady, Argentyny czy Australii. W ten sposób dotarła ona także do Polski szlakiem prowadzącym przez Ukrainę i wspomnianego już Każurina.

Prawdopodobnie nie bez znaczenia był również fakt, iż w 2013 roku – tym samym, w którym o zawieszonej kawie zrobiło się głośno nad Wisłą – do inicjatywy przyłączył się Starbucks. Założenie, iż globalna sieć kawiarni miała znaczący wpływ na kształtowanie globalnych trendów w dobie sprawnie działających już mediów społecznościowych, wydaje się co najmniej zasadne. Tak samo, jak wątpliwość, że globalną korporacją zwalczającą związki zawodowe i niejednokrotnie bojkotowaną przez klientów kierowało coś innego niż charitywashing – pozorowana dobroczynność.

Kawa nie wyklucza herbaty

Zawieszona kawa wraz ze swoim czułym przekazem okazała się modą, która jak szybko przyszła, tak szybko została zapomniana. Choć w świetle jej szlachetnego przesłania brak umocowania w dziesięcioleciach lokalnej tradycji może się wydawać rozczarowujący, nie ma sensu rozdzierać po niej szat.

Pomijając już kwestię rzeczywistych intencji zawieszania napoju dla nieznajomego – tak ze strony klienta, jak ze strony kawiarni – z zawieszoną kawą jest (był?) ten sam problem, co z wszelkiego rodzaju drobną dobroczynnością: komu tak naprawdę ona służy? Czy aby na pewno potrzebującemu bardziej niż oferującemu? A może jej największym beneficjentem jest sama kawiarnia?

Trudno się oprzeć wrażeniu, że za opowieścią o solidarności z ubogim często kryło się coś innego niż chęć pomocy: prosty i performatywny sposób na poprawę samopoczucia.

Oczywiście nie ma w tym nic niewłaściwego, a darmowa kawa jest na pewno lepsza niż jej brak, ale w tej sytuacji zasadne są pytania: czy zawieszenie kawy – tak jak każdy podobny gest tego typu – zbyt często nie staje się wymówką, by nie musieć robić nic, co niosłoby realną pomoc?

By nie domagać się prawdziwej zmiany, która wymaga czegoś więcej niż odrobinę wyższej płatności przy kasie? Czy nie zmieniając w rzeczywistości niczego, nie spala ona jednocześnie możliwości skuteczniejszego zaangażowania?

Choć podarowany napój to na pewno miła sprawa, ciężko nie zgodzić się, że z punktu widzenia osoby potrzebującej jego znaczenie jest raczej niewielkie.

Symptomatyczny jest zresztą fakt, że o ile znamy historie osób kawę zawieszających, o tyle prawie w ogóle nie słyszy się o tych, którzy mieliby z zawieszonej kawy korzystać. Być może dlatego, że ich praktycznie nie ma, bo poproszenie o nią jest wstydliwe i stygmatyzujące, a rzeczywiste osoby potrzebujące w modnej miejskiej kawiarni są niemile widziane?

Czy aby brak kontaktu z ewentualnym beneficjentem nie jest komfortowym sposobem na to, by mieć ciastko i zjeść ciastko, tj. poprawić sobie samopoczucie, a jednocześnie nie musieć obcować z nieprzyjemnie pachnącym i nieładnie wyglądającym człowiekiem, wobec którego – pomimo deklaratywnej pomocy – w rzeczywistości odczuwa się skrywaną niechęć?

Przede wszystkim jednak trzeba pamiętać, że kawa nie wyklucza herbaty. Jeśli bardzo chcemy obdarować potrzebującego ciepłym napojem, to przecież nie musimy czekać na internetowe akcje inicjowane przez kawiarnie ani wierzyć w najpiękniej brzmiące tradycje z południa Europy – możemy to zrobić w niemal każdej chwili i nie ograniczać się jedynie do kawy.

A czy prosty gest solidarności obejmujący jednocześnie bezpośredni kontakt z człowiekiem, słowo „proszę” i uściśnięcie ręki nie brzmią jeszcze szlachetniej niż zmyślona tradycja?

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Na zdjęciu Michał Pytlik
Michał Pytlik

Tłumacz języka włoskiego, redaktor, korektor, autor bloga o historii i antropologii kuchni włoskiej, Ślązak z rodziny górniczej

Komentarze