„Utrzymanie globalnego ocieplenia na poziomie znacznie poniżej 2°C można osiągnąć jedynie poprzez ograniczenie emisji gazów cieplarnianych ze wszystkich sektorów, w tym gospodarowania ziemią i wytwarzania żywności” – stwierdza IPCC w najnowszym raporcie. Czeka nas rewolucja żywieniowa i rewolucja stosunku do przyrody, m.in. do lasów

W polskiej dyskusji o nadciągającej katastrofie klimatycznej najwięcej czasu poświęca się sprawom elektroenergetyki i odejściu w produkcji energii elektrycznej od węgla. Ale złagodzenie skutków nadciągającej katastrofy klimatycznej to nie tylko zmiana w energetyce. To także

rewolucja w gospodarowaniu gruntami uprawnymi i lasami oraz równie rewolucyjne zmiany w sposobie produkcji żywności i naszych nawykach żywieniowych.

Mniej mięsa, więcej warzyw

Ósmego sierpnia ukazał się raport (link prowadzi do tzw. streszczenia dla decydentów; natomiast kolejne rozdziały pełnej wersji można ściągnąć stąd) Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC) omawiający wpływ nagrzewania się Ziemi na pustynnienie dużych obszarów, degradację ziem uprawnych, bezpieczeństwo żywnościowe, czy emisję gazów cieplarnianych z naziemnych ekosystemów.

I co trzeba robić, by utrzymać wzrost temperatury Ziemi w (stosunkowo) bezpiecznych granicach.

Raport jest tzw. metaanalizą ponad 7 tys. aktualnie dostępnych najnowszych badań naukowych. Napisało go 107 naukowców i naukowczyń – kobiety stanowiły 40% zespołu – z 52 krajów świata, z czego ponad połowa to kraje rozwijające się, a więc najbardziej narażone na skutki katastrofy klimatycznej.

Przypomnijmy: Ziemia nagrzała się już o ok. 1°C w stosunku do epoki sprzed rewolucji przemysłowej. Za bezpieczny wzrost temperatury uważa się nie więcej niż 2°C do roku 2100, choć wg konsensusu naukowego najlepiej byłoby, gdyby nie przekroczył 1,5°C.

Przekraczając ten próg, wchodzimy w nieznane, najprawdopodobniej bardzo niebezpieczne czasy, w których wzrost temperatury uwalnia tzw. dodatnie sprzężenia zwrotne, powodujące dalsze nagrzewanie się Ziemi o 3°C i więcej. A to oznacza katastrofę naszej cywilizacji.

Ziemia i wytwarzanie żywności

„Ziemia jest pod rosnącą presją człowieka, a zmiany klimatu zwiększają tę presję. Utrzymanie globalnego ocieplenia na poziomie znacznie poniżej 2°C można osiągnąć jedynie poprzez ograniczenie emisji gazów cieplarnianych ze wszystkich sektorów, w tym gospodarowania ziemią i wytwarzania żywności” – stwierdza IPCC w raporcie.

Raport stwierdza, że zmiany klimatu już doprowadziły – lub właśnie prowadzą – m.in. do przyspieszonej degradacji gleb na skutek intensywnych opadów i susz oraz pustynnienia. A ludzka gospodarka gruntami – przede wszystkim

rolnictwo i leśnictwo odpowiadają za 13 proc. światowej emisji dwutlenku węgla i ok. 23 proc. emisji gazów cieplarnianych (w tym np. groźniejszego od CO2 metanu z przemysłowego chowu zwierząt) ogółem.

To oznacza, że obniżenie emisji z tych dwóch sektorów jest równie kluczowe dla powstrzymania katastrofy klimatycznej, co zmiana sposobu wytwarzania energii elektrycznej.

Najgorsze jest wycinanie lasów pod uprawy

Emisja gazów cieplarnianych pochodzi głównie z wycinki lasów pod nowe tereny uprawne oraz z hodowli bydła i upraw ryżu, stwierdza raport. Eksploatacja lądów powoduje niebezpieczne sprzężenie zwrotne: przyspiesza ocieplanie się Ziemi, które z kolei przyczynia się do szybszej degradacji gleb.

Zdegradowane i pustynniejące gleby to zagrożenie dla bezpieczeństwa żywnościowego ludzi. A także błędne koło przyspieszających zmian klimatycznych, z kolei powodujących dalszą degradację lądów i jeszcze szybsze zmiany klimatu.

Przykładowo, raport zauważa, że w latach 1981-2009 ocieplający się klimat przyczynił się do zmniejszenia zbiorów zbóż w Indiach o ponad 5 proc. W Afryce pogarszają się zbiory kukurydzy, pszenicy, sorgo, oraz owoców.

W jednej z projekcji raportu – dla ekstremalnie niekorzystnych trendów ocieplenia, które nastąpią, jeśli ludzkość nie zrobi nic dla powstrzymania emisji gazów cieplarnianych – pokazano przewidywane zmiany w zbiorach kukurydzy, pszenicy, ryżu i soi.

Spadki zbiorów do nawet 50 proc. w obszarze międzyzwrotnikowym w latach 2071-2099 – a więc już za życia młodszych czytelników OKO.press – nie są w tym czarnym scenariuszu niczym zaskakującym.

Bez jedzenia i bez wody, w temperaturach przekraczających możliwości adaptacji ludzkiego organizmu, miliony ludzi zaczną uciekać z zagrożonych obszarów, by szukać przetrwania w przyjaźniejszych warunkach. A to recepta na międzynarodowe konflikty.

Raport ocenia, że już

w 2015 roku na terenach zagrożonych pustynnieniem mieszkało około 500 mln ludzi

głównie w południowej i wschodniej Azji, północnej Afryce i Środkowym Wschodzie razem z Półwyspem Arabskim.

Dieta warzywna, lasy, bagna, zróżnicowanie upraw

Co powinniśmy więc zrobić jako ludzkość, by powstrzymać degradację lądów i lasów, zapewnić jedzenie i czystą wodę dla miliardów ludzi? Raport IPCC podpowiada strategiczne działania:

  • Zmiana diety na zawierającą mniej mięsa, a więcej warzyw;
  • Ochrona lasów, w tym lasów naturalnych bądź zbliżonych do naturalnych. W Polsce będą to tak cenne obszary leśne, jak Puszcza Białowieska, Puszcza Bukowa, czy Puszcza Karpacka – aktualnie wszystkie poddane wycinkom;
  • Ochrona terenów podmokłych i ich przywracanie tam, gdzie to możliwe;
  • Rozwój agroleśnictwa, czyli sposobu użytkowania ziemi łączącego pielęgnację drzew i krzewów leśnych z działalnością rolniczą;
  • Zwiększenie różnorodności upraw.

„Zbilansowana dieta z żywnością pochodzenia roślinnego, taką jak zboża gruboziarniste, rośliny strączkowe, owoce i warzywa oraz żywność pochodzenia zwierzęcego produkowana w zrównoważony sposób w systemach o niskiej emisji gazów cieplarnianych, stwarza główne możliwości adaptacji i ograniczenia zmian klimatu [przez działanie w sektorach użytkowania ziemi i rolnictwa]” – stwierdzają autorzy i autorki raportu.

Polska. Konieczna uprawa bezorkowa

Co z raportu IPCC wynika dla Polski, odległej od problemów pustynnienia i braku żywności? Odległość ta to tylko pozory, mówi OKO.press prof. Zbigniew Karaczun z SGGW. Globalne problemy wymienione w raporcie IPCC są już w Polsce.

„Gleby są, po atmosferze i oceanach, trzecim głównym magazynem węgla. Trzeba postępować tak, by wiązały go jak najwięcej. Jednym ze sposobów jest tzw. uprawa bezorkowa – bez użycia pługa – ale przestawienie się na nią jest dla rolników kosztowne i opłacalne tylko dla największych producentów.

Potrzebna jest edukacja i zachęty finansowe oraz promocja zrzeszania się rolników w spółdzielnie dla redukcji kosztów” – mówi prof. Karaczun.

Uprawa bezorkowa może pomóc polskim gruntom uprawnym w trwałym wiązaniu większej ilości węgla w glebie i w ten sposób pozbycie się go z atmosfery – uważa naukowiec.

Polski metan z rolnictwa

Jednocześnie powinniśmy starać się dalej obniżać emisje z rolnictwa, przede wszystkim metanu. W 2017 roku polskie rolnictwo odpowiadało za ok. 30 proc. krajowej emisji metanu (dane za Krajowym Ośrodkiem Bilansowania i Zarządzania Emisjami, maj 2019).

(Lepsza sytuacja jest z CO2, którego sektor rolniczy emituje zaledwie 0,3 proc. krajowej całości. Ponadto sektor użytkowania gruntów, zmiany użytkowania gruntów i leśnictwa pochłonął – a więc ostatecznie zmniejszył – krajową emisję gazów cieplarnianych o ok. 8 proc. w 2017 roku).

Kolejny problem to rosnąca wycinka drzew oraz paradygmat gospodarki leśnej obowiązujący w naszym kraju, czyli po prostu hodowla lasów na drewno.

„Hodujemy drzewa zamiast chronić lasy naturalne i dbać o warunki do ich odtwarzania. Na dodatek w ostatnich 2-3 latach wzrosła presja na większy pozysk drewna” – mówi prof. Karaczun.

Polscy społecznicy od lat walczą z Lasami Państwowymi planującymi masowy wyrąb drzew w Puszczy Karpackiej i Puszczy Bukowej koło Szczecina.

Odsuszanie kraju

Kolejnym priorytetem polityki klimatycznej i środowiskowej Polski w kontekście raportu IPCC powinno być „odsuszenie” kraju, konsekwentnie pozbawianego małej retencji w latach powojennych aż do lat 70. ubiegłego wieku.

Skutek – niemal permanentna susza, która według niekompletnych jeszcze szacunków w tym roku dotknęła ok. 2 mln hektarów polskich upraw, powodując ponad 2 mld zł strat.

W roku 2018 rolnicy złożyli niemal 341 tys. wniosków o pomoc po suszy, która dotknęła 5,4 mln hektarów upraw.

O pustynnieniu Polski pisaliśmy m.in. pod koniec czerwca w artykule Anny Sikory „Łódź na pustyni. Centralna Polska wysycha, władze postanowiły tego nie zauważyć”.

Na przeciętną Polkę, czy przeciętnego Polaka przypada 1600 metrów sześciennych wody, ponad dwa razy mniej niż europejska średnia. Polska retencjonuje ok. 6,5 proc. średniorocznego odpływu rzecznego. Średnia w Europie to 12-15 proc.

Rządowy program retencji jest do niczego

„Wielkie rządowe projekty retencyjne nie pomogą rolnikom lokalnie zmagającym się z suszą. Potrzeba małej retencji, która poprawi stosunki wodne i będzie mieć dobry wpływ na tereny uprawne” – mówi prof. Karaczun.

I tu, niestety, polskie władze mają niewiele do zaoferowania przyrodzie i rolnictwu. Niedawno ogłoszony przez ministra gospodarki wodnej i żeglugi śródlądowej Marka Gróbarczyka program rozwoju retencji – warty ok. 14 mld złotych przez następne 10 lat – spotkał się z ostrą krytyką, jako wręcz uniemożliwiający osiągnięcie celów, które zakłada.

„Wykaz inwestycji (…) służących poprawie retencji (…) to kolejna lista życzeń zawierająca w większości stare projekty hydrotechniczne tkwiące od kilkudziesięciu latach w szufladach różnych instytucji, wyciągane przy każdej nadarzającej się okazji tworzenia planów, programów i strategii” – napisała w czerwcu Koalicja Ratujmy Rzeki w opinii na temat programu min. Gróbarczyka.

Przy skali zmian potrzebnych w naszym rolnictwie i leśnictwie – gdzie wciąż pracuje prawie 1,5 mln Polek i Polaków – zastąpienie węgla energią atomową i energią z odnawialnych źródeł, choć trudne i kosztowne, wydaje się proste.

Konieczność odejścia od węgla w energetyce w ciągu najbliższych 15-20 lat staje się nośnym programem politycznym – nawet dla tak konserwatywnych partii, jak Platforma Obywatelska.

Który polityk zaryzykuje jednak włączenie do programu ograniczenia spożycia mięsa – w kraju myśliwych i udek z kurczaka?

Dziennikarz piszący głównie do anglojęzycznych mediów na tematy związane z energią, ochroną środowiska i zmianami klimatycznymi. Jego teksty ukazują się m.in. w Politico Europe. Stały współpracownik OKO.press. Twitter: @WojciechKosc


Komentarze

  1. Przemysław Barski

    To jest nie tyle kwestia tego co powinniśmy jeść, ale co powinniśmy produkować. Nie wydaje mi się, żeby ludzie w znaczący sposób zmienili swoje nawyki żywieniowe jeśli najtańsza wieprzowina nie zacznie kosztować np. 50 zł / kg. Tylko systemowe rozwiązania, np. limitowanie hodowli mogą tu coś pomóc.

  2. Grzegorz Widła

    Rolnicy produkują to na co jest popyt.

    Ludzie mogliby dla odmiany nie być głąbami i świadomie przejść na fleksitarianizm lub weganizm (nabiał odpada tak samo jak mięso; u nas gdzie nie je się dużo wołowiny podejrzewam że nabiał jest najgorszy).

    Dużo zrobiłoby przeniesienie wszelkiego wsparcia finansowego z hodowlę zwierząt na uprawy roślin – im bliżej permakultury tym większe wsparcie finansowe.

  3. Andrzej Lisiak

    Ratunkiem dla Ziemi jako globu jest zahamowanie tego nieodpowiedzialnego wzrostu populacji ludzkiej.
    Zaś ratunkiem dla Polski jest nie "budowanie" byle jak i na chybcika zbiorników retencyjnych, ale podniesienie poziomu wód gruntowych.
    Piszę o tym w Google pod hasłem: "Wielkopolska poduszka termiczna – Andrzej Lisiak"

  4. Janusz Janczewski

    Zastanawiające jest, dlaczego ani w raporcie IPCC ani w innych artykułach, wypowiedziach naukowców nie wspomina się o tym aby przede wszystkim ograniczyć przyrost ludności. Jeśli globalny przyrost naturalny będzie postępował w takim tempie to co byśmy jako ludzkość nie robili po prostu nie będzie miejsca dla nas wszystkich. Każdy chce jeść, żeby tylko warzywa. W perspektywie najbliższych kilkuset lat po prostu zabraknie lądów aby przyszłe pokolenia wyżywić. A każdy człowiek poza jedzeniem potrzebuje mieć ciepło/chłodno w domu, potrzebuje się przemieszczać, potrzebuje oddychać… Każdy z nas swoim istnieniem produkuje gazy cieplarniane. Wydychamy co2, produkujemy metan w naszych odchodach fizjologicznych. Musimy się opamiętać. Chińczycy swego czasu wiedzieli o czym mowa wprowadzając politykę "jednego dziecka". Niestety ale to nieuniknione. Niech każdy zada sobie pytanie czy lepiej żeby jego jedno (lub maksymalnie dwójka) dziecko żyło na w miarę stabilnej planecie czy jego gromadka dzieci w przyszłości zmagała się z trudnymi do przewidzenia, ale na pewno nie przyjaznymi warunkami klimatycznymi co w efekcie doprowadzi do zagłady ludzkości. A może taki jest zamysł Nieistniejącego? Dinozaury panowały na Ziemi o wiele dłużej niż człekokształtni. Za kilkadziesiąt milionów lat istoty powstałe w wyniku ewolucji ale nie koniecznie będącymi ssakami będą okopywać skamieliny nas. Może ich coś nasz przypadek nauczy.

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press