25 maja 2021

Morawiecki ogłasza sukces ws. Turowa. Premier Czech: "Nie wycofujemy skargi, wykluczone"

Premier Morawiecki ogłasza sukces w negocjacjach z Czechami, którzy mają rzekomo wycofać skargę do TSUE o kopalnię Turów. Rząd zgodził się na większość czeskich żądań i zadeklarował współfinansowanie projektów chroniących przygraniczne środowisko. Premier Babiš: nie ma planów wycofania skargi

"Mając na uwadze zacieśnienie transgranicznej współpracy z Republiką Czeską, wydaje się, że jesteśmy już bardzo bliscy porozumienia. W wyniku tego porozumienia Republika Czeska zgodziła się wycofać wniosek do TSUE” – powiedział premier Mateusz Morawiecki po nocnych negocjacjach z premierem Andrejem Babiszem w sprawie wniesionego przez Czechów pozwu do TSUE o kopalnię Turów.

Morawiecki zapowiedział, że Polska zgodziła się współfinansować projekty kwotą do 45 mln euro. Dzięki nim skutki środowiskowe dolnośląskiej odkrywki mają zostać ograniczone.

„Współfinansowanie” ma oznaczać udział środków z budżetu państwa, samorządów oraz spółki PGE, właściciela kopalni i elektrowni Turów. Morawiecki deklaruje powołanie komisji eksperckiej, która będzie badała środowiskowe kwestie związane z odkrywką. Przy kopalni powstaną również wały, które mają ograniczyć nawiewanie pyłów na czeską stronę. PGE ma z kolei dokończyć budowę ekranu podziemnego, który ma zmniejszyć odpływ wody. Jeszcze w poniedziałek premier deklarował, że prace nad ekranem przyspieszą. Pierwotnie budowa miała się zakończyć w 2023.

Czesi mają teraz analizować ustalenia i za kilka dni odpowiedzieć, czy rzeczywiście wycofają wniosek do TSUE.

Ale w kilka godzin po oświadczeniu Morawieckiego premier Czech Andrej Babiš zaprzeczył, by doszło do porozumienia.

„Nie wycofamy żadnej skargi - niczego takiego nie będzie, wykluczam” - powiedział Babiš dziś rano w Brukseli, a jego słowa cytują czeskie media. Stwierdził, że Czechy nie wycofają skargi nawet po ewentualnych negocjacjach.

Polski rząd przekonuje jednak, że skarga ma zostać wycofana. "Wczoraj odbyło się spotkanie zespołu, na którym ustalono ramy umowy między PL i Czechami. Porozumienia, w ramach którego zadeklarowano wycofanie skargi. Trwa przygotowanie finalnej umowy. Przed chwilą premierzy potwierdzili ustalenia przy porannym spotkaniu przed Radą Europejską" - napisał rzecznik rządu Piotr Müller.

AKTUALIZACJA: Po godzinie 11 Andrej Babiš napisał na Twitterze: "Cieszę się, że po wielu latach negocjacji Polska uznała, że ​​wydobycie w kopalni Turów szkodzi środowisku, ale problem nie został jeszcze rozwiązany. Eksperci negocjują porozumienie międzyrządowe na szczeblu premierów, które m.in. przewiduje rekompensatę dla gmin zagrożonych wydobyciem".

Zamknąć kopalnię

Przypomnijmy: pod koniec ubiegłego tygodnia Europejski Trybunał Sprawiedliwości nakazał natychmiastowe zatrzymanie działania kopalni Turów do momentu wydania wyroku w tej sprawie. Polska się do tego nie zastosowała, a kopalnia działa jak dawniej.

Odkrywka, należąca do PGE, znajduje się na styku polskiej, niemieckiej i czeskiej granicy w okolicy Bogatyni na Dolnym Śląsku. Nasi południowi sąsiedzi od lat skarżą się na wysychające studnie. Brak wody ma być spowodowany odpompowywaniem jej na potrzeby odkrywki. Przy jej granicy powstaje tzw. lej depresyjny, czyli obniżone lustro wód podziemnych. Czeska strona domaga się od Polski zastosowania środków, które zatrzymają odpływ wody z przygranicznych wiosek. Sprzeciwiała się też przedłużaniu życia kopalni i zwiększaniu jej powierzchni (choć, jak tłumaczyło PGE, granice kopalni są znane już od 1994 roku).

Problem w tym, że do tej pory polski rząd niechętnie prowadził negocjacje. Znając już zarzuty Czechów, minister klimatu i środowiska dwukrotnie przedłużył koncesję kopalni. Na dodatek w elektrowni Turów otwarto nowy blok węglowy.

Koncert życzeń

W marcu, podczas łączonego posiedzenia trzech komisji sejmowych (Spraw Energii, Klimatu i Aktywów Państwowych, Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa oraz Spraw Zagranicznych), wiceminister środowiska i klimatu , główny geolog kraju, Piotr Dziadzio przedstawił polskie argumenty. Mówił, że Czesi urządzają „koncert życzeń” i wymagają od Polski inwestycji na poziomie 10 mln euro, które w perspektywie wieloletniej mogą wynieść nawet 60 mln euro.

Czesi, poza ekranem ograniczającym przepływ wody (który już powstaje) i wałem przeciwpyłowym, domagali się udziału Polski m.in. w budowie wodociągu i zastępczych źródeł wody. Chcieli także powołać wspólny fundusz na drobniejsze środki ochronne, dostać od Polski odszkodowanie oraz powołać międzynarodową komisję badającą skutki działania kopalni.

Nie znamy jeszcze dokładnych wyników najnowszych negocjacji polsko-czeskich, ale najwyraźniej rząd zgodził się zrealizować większość z postulatów z „koncertu życzeń”. Żeby to nastąpiło, potrzebna była interwencja TSUE i nakaz zamknięcia kopalni.

Miesiące bez negocjacji

Gdyby rząd zgodził się na choćby część żądań Czechów, do pozwu by nie doszło. Kiedy w lutym 2021 roku złożyli skargę do TSUE, polski resort klimatu oświadczył, że jest „zaskoczony” tą decyzją.

Mimo tego że Czesi o pozwie mówili od miesięcy.

W lipcu 2020 roku Parlament Europejski wezwał Komisję Europejską do reakcji w sprawie Turowa. Wtedy już pojawiły się oficjalne zapowiedzi pozwu do TSUE. „Jesteśmy bardzo niezadowoleni z komunikacji ze stroną polską. Nie otrzymaliśmy od niej wszystkich wymaganych informacji” – powiedział czeski minister środowiska Richard Brabec, cytowany przez portal eurozpravy.cz.

Czeski minister spraw zagranicznych Tomáš Petříček w lutym 2020 spotkał się w Warszawie z polskim ministrem spraw zagranicznych Zbigniewem Rau. Miały to być rozmowy ostatniej szansy. Czeski MSZ podkreślał, że głównym tematem spotkania była „Ochrona czeskich obywateli, na których życie (…) ma wpływ rozbudowująca się kopalnia węgla brunatnego Turów”. W komunikacie polskiego resortu o Turowie nie ma ani słowa.

„Długo starałem się rozwiązać ten spór bez walki prawnej. Wynik jest dla nas ważny, czyli pomoc dziesiątkom tysięcy Czechów na granicy” – mówił Petříček po powrocie z negocjacji.

Winna żwirownia?

Polska miała czas do 8 kwietnia na przesłanie do TSUE swojej odpowiedzi na stawiane przez Czechów zarzuty. Trybunał nie opublikował tego stanowiska, ale argumenty poznaliśmy podczas wspomnianego już łączonego posiedzenia komisji sejmowych.

Wiceminister klimatu i środowiska Piotr Dziadzio przekonywał wtedy, że polska strona brała udział w negocjacjach. „Nasz dialog był otwarty i pokazywał, w czym tkwi problem. Próbowaliśmy zrozumieć stronę czeską” – przekonywał.

Mówił również o tym, że studnie w Uhelnej, czyli miejscowości przy samej granicy, wcale nie wyschły, a na obniżenie się poziomów wód gruntowych może wpływać mniejsza ilość opadów związana ze zmianami klimatycznymi. „Tam są budowane baseny, kąpieliska, tam jest trawa podlewana tą wodą, której rzekomo brakuje” – wymieniał, za chwilę jednak dodając, że przecież czeska żwirownia w pobliżu miejscowości Grabštejn również osusza teren. „Żwirownia o powierzchni kilkuset hektarów” - mówił wiceminister. Argument dotyczący żwirowni (choć zazwyczaj bez podania jej nazwy czy lokalizacji) pojawia się od tamtego czasu bardzo często.

W porównaniu do kopalni Turów, która zajmuje 2,5 tys. hektarów, czeska żwirownia wygląda jak maleńka kropka na mapie. Piotr Dziadzio podkreślał podczas posiedzenia, że znajduje się bliżej ujęcia wody Uhelná niż kopalnia w Turowie, a więc może mieć wpływ na poziom wód podziemnych.

Z kolei czescy specjaliści z Instytutu Badawczego Gospodarki Wodnej im. T. G. Masaryka widzą sprawę zupełnie inaczej.

„Materiały strony polskiej wspominają o możliwym wpływie piaskowni Grabštejn na poziom wód gruntowych. Ma to jednak charakter marginalny - eksploatacja odbywa się powyżej poziomu wód gruntowych (…) Niewielki spadek poziomów można zaobserwować tylko w samym obszarze żwirowni i w jej bezpośrednim sąsiedztwie. Nie jest istotny dla oceny na poziomie regionalnym” – czytamy w ekspertyzie.

PGE przecenia Turów

„»Dzika« transformacja energetyczna jest skrajnie niebezpieczna i stoi w sprzeczności z planowaną, stabilną i sprawiedliwą transformacją, przewidzianą przez Unię Europejską w ramach Zielonego Ładu” – mówiła w kwietniu prezes zarządu PGE GiEK Wioletta Czemiel-Grzybowska. „Mimo że mechanizmy jego wdrażania wciąż jeszcze są przedmiotem negocjacji przywódców UE, w centrum międzynarodowych oskarżeń znalazła tylko jedna polska kopalnia. Choć należy ona do najmniejszych w całym regionie - zdominowanym przez odkrywki czeskie i niemieckie - to właśnie Turów może się stać symbolem rodzącej się, rażącej niesprawiedliwości” – ostrzegała.

PGE również po decyzji TSUE przypomina o czeskich i niemieckich odkrywkach. Spółka napisała na ten temat szereg twittów, a nawet stworzyła grafiki. Na jednej z nich widzimy wszystkie kopalnie naszych sąsiadów, pozaznaczane tak dużymi kropkami, jakby znajdowały się obok siebie. A tak naprawdę niemiecka odkrywka Jeanschwalde znajduje się mniej więcej na wysokości Zielonej Góry. Turów leży około 140 km dalej na południe.

Na mapce widzimy też kopalnię Profen znajdującą się 270 km od Turowa i czeską odkrywkę Nastup Tusimice – 170 km od turoszowskiego kompleksu.

„Drogie PGE, błagam - w procesie o złamanie prawa przy wydaniu koncesji na produkcję czegokolwiek najmniejszego znaczenia nie ma, że ktoś gdzieś produkuje ten sam produkt. Wręcz odwrotnie, może być przykładem, że da się produkować bez łamania prawa unijnego (domniemanego)” – skomentował na Twitterze dziennikarz Wysokiego Napięcia Bartłomiej Derski.

PGE straszy również, że po zamknięciu kopalni trzeba by było zawiesić działalność elektrowni Turów, co „zagraża bytowi nawet 80 tysięcy Polaków, którzy stracą środki do życia”. Nie wiadomo, skąd taka liczba i z komunikatu PGE się tego nie dowiemy.

W samej kopalni pracuje ok. 2,5 tys. osób (dane na 2019 rok), a w elektrowni – 1,2 tys. Jeśli doliczymy do tego pracowników firm współpracujących, wychodzi około 5 tysięcy osób. To dużo, ale nie aż tak dużo, jak podaje PGE.

Spółka w oświadczeniu napisała również, że środek tymczasowy, o który wnioskowali Czesi, to „groźba gwałtownego wyłączenia kompleksu energetycznego dostarczającego do 7 proc. energii zużywanej w Polsce, trafiającej do 3 mln gospodarstw domowych”.

Beata Szydło jeszcze wyżej ocenia możliwości elektrowni Turów. „Czy TSUE bierze pod uwagę fakt, że swoją decyzją domaga się odcięcia dostaw prądu dla 4 mln osób?” – pyta na Twitterze. Z kolei w oświadczeniu premiera czytamy, że „z kopalnią Turów jest powiązane nawet 4-7 proc. produkcji energii elektrycznej Polski. Od jej stabilnego działania zależy możliwość funkcjonowania polskich domów, szkół, szpitali i przedsiębiorstw”.

Jak jest naprawdę?

7 procent, na które powołuje się premier Morawiecki, to dane z 2017 roku. Od tamtej pory udział Turowa w produkcji energii maleje. W ubiegłym roku, według najnowszych szacunków analityków Fundacji Instrat, sięgał 3,3 proc.

Ciekawostka: dzień po wydaniu decyzji TSUE wybuchł pożar galerii nawęglania bloku numer 14 w elektrowni Bełchatów. W związku z tym blok zostanie na jakiś czas wyłączony. W ubiegłym roku tylko ten jeden, właśnie wyłączany, blok wyprodukował niemal tyle energii, co cała elektrownia Turów.

Koncesja niezgodna z prawem

„Nie czujemy się winni” – mówił podczas posiedzenia trzech komisji wiceminister Piotr Dziadzio, odnosząc się do kolejnego zarzutu, czyli wydania decyzji w sprawie Turowa, które były niezgodne z unijnymi dyrektywami. To właśnie niezgodność polskich przepisów z unijnymi przykuła największą uwagę zarówno KE, jak i TSUE.

Już w grudniu 2020 KE przyznała, że wydając nowe koncesje dla Turowa „władze polskie nieprawidłowo stosowały przepisy dyrektywy w sprawie oceny oddziaływania na środowisko oraz przepisy dyrektywy w sprawie dostępu do informacji w odniesieniu do informowania społeczeństwa i państw członkowskich zaangażowanych w konsultacje transgraniczne”.

Polski rząd przekonuje, że Czesi i Niemcy byli włączeni w cały proces.

Z tym że ich wątpliwości i zarzuty nie zostały wzięte pod uwagę. Czesi narzekali również na sam sposób prowadzenia konsultacji.

Milan Starec, mieszkaniec Uhelnej, który jest zaangażowany w sprawę Turowa, relacjonował w rozmowach z mediami, że na wyrażenie swojego zdania dostał 2 minuty, a w to wliczono czas na tłumaczenie z czeskiego na polski. Z kolei hetman kraju libereckiego (odpowiednik wojewody) Martin Puta podczas spotkania w Bogatyni został usadzony między zakrzykującymi go pracownikami kopalni. Z kolei Niemcy przekazali 170-stronicowy dokument po konsultacjach. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska z Wrocławia kilkanaście godzin po otrzymaniu opinii Niemców dała zielone światło dla dalszego wydobycia. Aktywiści Fundacji EKO-UNIA, zaangażowani w sprawę, komentowali, że trudno uwierzyć w tak szybkie tempo czytania opinii Niemców i wprowadzania ich uwag do decyzji RDOŚ.

W końcu Polska i tak skorzystała z furtki prawnej, która pozwala na jednokrotne przedłużenie koncesji „bez konieczności uprzedniego uzyskania decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach”. PGE dostało koncesję do 2026 roku. Te przepisy mają się niedługo zmienić, do tej pory jednak wiele kopalń skorzystało z takiego wyjścia.

Po tym, jak KE oceniła wydanie koncesji jako niezgodne z przepisami unijnymi, pozwolenie powinno zostać zastąpione. Dlatego minister klimatu i środowiska wydał w maju nową koncesję - do 2044 roku. Jest jeszcze nieprawomocna i prawdopodobnie zostanie zaskarżona.

„Sytuacja w Turowie naocznie obnażyła marność polityki energetyczno-klimatycznej polskiego rządu. Dopiero widmo nagłych konsekwencji dla mieszkańców regionu – utraty źródła utrzymania z dnia na dzień – doprowadziły do podjęcia realnych działań na rzecz rozwiązania narastającego kryzysu” – komentuje Joanna Flisowska, szefowa działu Klimat i Energia w Greenpeace.

„Tej kompromitującej sytuacji można było uniknąć. Ostatnie lata to ciąg decyzji i działań błędnych, spóźnionych lub nieadekwatnych do sytuacji. Wyrzucone w błoto zostało niemal półtora miliarda złotych na Ostrołękę C, czyli tzw. »wieże Kaczyńskiego«, miliardy złotych są wydawane na dotowanie górnictwa, które mimo to przynosi wielomiliardowe straty, awarie Bełchatowa, wreszcie konflikt wokół Turowa - to tylko nieliczne przykłady tego, jak wygląda polski ład w energetyce w wykonaniu obecnego rządu” – dodaje.

Związkowcy z kopalni w Turowie, pomimo ogłoszonego przez Morawieckiego porozumienia, nadal chcą blokować drogi na pograniczu polsko-czeskim. Na jutro, 26 maja, planują manifestację we Wrocławiu.

Udostępnij:

Katarzyna Kojzar

Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne