0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Robert Kowalewski / Agencja Wyborcza.plFot. Robert Kowalews...

W Prawie i Sprawiedliwości nadal się kotłuje. Przemysław Czarnek konsekwentnie słabnie – a kurs objęty przez partię w momencie, w którym został on ogłoszony jej kandydatem na premiera, ewidentnie się nie sprawdza. Mateusz Morawiecki kontynuuje więc swoją ofensywę ukierunkowaną na odzyskiwanie nie tyle wpływów w partii, ile raczej wpływu na partię. Ofensywa ta ma charakter jak na PiS nieortodoksyjny.

„Bardzo dokładnie analizowaliśmy przebieg kampanii wyborczej na Węgrzech. I wyciągnęliśmy z tego naprawdę sporo wniosków” – słyszę od jednego z ludzi Morawieckiego. Nie, nie chodzi wcale o to, co nie wyszło Orbánowi.

Otoczenie byłego premiera Morawieckiego siedzi nad mapami podróży przedwyborczych Petera Magyara, filmikami zamieszczanymi przez niego w mediach społecznościowych i tekstami jego wystąpień na wiecach. W ten sposób na jednym ze skrzydeł PiS – jak zwykle to w tej partii bywa – odrabiana jest właśnie kolejna lekcja z politycznej skuteczności i nowych trendów w politycznym marketingu.

Przeczytaj także:

Harcerze w węgierskiej fazie techno

To, że doświadczenia z kampanii Magyara nie wydają się mieć realnego przełożenia na pozycje, na których znajduje się dziś zbratany z Orbánem PiS, nie ma tu większego znaczenia. Ludzie Morawieckiego nie próbują kopiować treści kampanii Magyara, lecz raczej strategię i techniki jej opowiadania.

Pierwsze oznaki tych Magyarowskich inspiracji wydaje się już być widać. W środę 20 maja Morawiecki wystąpił na przykład w roli… DJ-a na organizowanym przez połączonych politycznym sojuszem z PiS związkowców z NSZZ „Solidarność” marszu „Razem dla Polski i Polaków”.

View post on Twitter

Widok Mateusza Morawieckiego podrygującego w takt zaśpiewu „Kto nie skacze, ten za Tuskiem” może być oczywiście konsternujący dla oka przyzwyczajonego do dotychczasowego wizerunku byłego premiera. Ze stricte marketingowego punktu widzenia to jednak zrozumiałe zagranie – wyborcy mają zobaczyć nowe, bardziej ludzkie cechy w byłym bankowcu w rogowych okularach z krzywym uśmieszkiem przylepionym do kącika ust.

Jest w tym zresztą i echo fiest z wieców TISZY, czy powyborczego rave’a w Budapeszcie i coś, co wskazuje na równoległą inspirację włoską lewicą i jej nową bohaterką – burmistrzynią Genui Silvią Salis.

View post on Twitter

Ma być tego, zdaje się, więcej – bo ludzie Morawieckiego tworzą już własną mapę – czyli plan objazdu byłego premiera po Polsce jeszcze przed kampanią wyborczą, a nawet przed najwcześniejszymi fazami prekampanii.

Rzecz jasna i to jest wzorowane na strategii Magyara i TISZY – w jego wypadku kruszenie wyborczych bastionów Orbána z pomocą politycznych tournée po kraju trwało nawet ponad dwa lata. Było to jednak nie tylko konsekwentne burzenie, ale i równie konsekwentna kreacja samego Magyara jako polityka zdolnego wziąć władzę w kraju.

By temu sprostać, Morawiecki musi się oczywiście jeszcze mocno nabiedzić i pobujać przy niejednym DJ-skim mikserze. Po dekadzie w wielkiej polityce jego wizerunek nadal mocno nie przystaje do wymagań polityki wiecowej. Morawiecki jest w tym wciąż dużo słabszy i od Petera Magyara, i od Donalda Tuska, i nawet od Przemysława Czarnka. Jednak determinacji ani jemu, ani jego ludziom nie brakuje.

Zbrojenia M&M'sów

Ekipa Morawieckiego zdążyła już zebrać pewne doświadczenie w polityce stricte partyjnej. Dlatego teraz w Prawie i Sprawiedliwości mówi się niemało o werbunkowych sukcesach „M&M’sów” w szeregach partii – zwłaszcza wśród będących członkami PiS lub sympatyzujących z nim samorządowców.

Według naszych rozmówców są takie regionalne struktury partii, w których Morawiecki może liczyć na nawet po kilkuset działaczy. Jego Stowarzyszenie Rozwój Plus cały czas rozpycha się także wewnątrz klubu parlamentarnego PiS – choć obecna lista jego poselskich i senatorskich członków nie jest nam znana, stronnicy Morawieckiego twierdzą, że zawiera już znacznie więcej nazwisk niż pierwszych 30-parę.

Frakcja Morawieckiego zbroi się też medialnie. Wewnątrzpartyjni konkurenci Morawieckiego są twardo przekonani, że były premier może liczyć na przychylność kluczowego dla prawicowego elektoratu Kanału Zero. I że może to być w ostatecznym rozrachunku jednak silniejsze wsparcie niż to, które każdego dnia twardogłowi otrzymują od Telewizji Republika.

Złośliwcy z twardogłowej części PiS wskazują jeszcze na internetowy projekt znanego apologety Morawieckiego, czyli Igora Jankego Kanał Otwarty (ewidentnie inspirowany medium Krzysztofa Stanowskiego) – tu jednak początkowe wyniki są na tyle słabe, że na youtubową lokomotywę wyborczą się na razie nie zanosi.

Rzecz jasna to wszystko budzi narastający opór u PiS-owskich twardogłowych z Przemysławem Czarnkiem i Patrykiem Jakim na czele. Atmosfera w partii jest nieprzerwanie bardzo napięta.

W Magdalence, he, he

„To ja wam zrobię spotkanie, he, he, w Magdalence” – rzucił jakiś czas temu Jarosław Kaczyński do Mateusza Morawieckiego i Przemysława Czarnka. Było to na którymś ze spotkań kryzysowych kierownictwa PiS na Nowogrodzkiej poświęconych frakcyjnej wojnie w PiS i powołaniu do życia przez Morawieckiego jego słynnego już stowarzyszenia. Nasz rozmówca z PiS nie pamięta niestety, na którym dokładnie.

Z tą Magdalenką Kaczyński nawiązywał oczywiście do słynnej owianej spiskową otoczką – zwłaszcza na prawicy – serii spotkań z jesieni 1988 roku między Lechem Wałęsą i Czesławem Kiszczakiem (każdemu towarzyszyło dość wąskie grono współpracowników), które odbywały się w rządowym ośrodku właśnie w podwarszawskiej Magdalence. W trakcie tych rozmów została sformułowana koncepcja Okrągłego Stołu, były one de facto wstępem do zmiany systemu w Polsce.

Ostatecznie ze specyficznego żartu Kaczyńskiego wyszła prawie Magdalenka – bo wyjazdowe posiedzenie klubu Prawa i Sprawiedliwości odbyło się w ubiegłą środę (13 maja) w odległym o jakiś kilometr od Magdalenki i położonym na skraju tego samego lasu Sękocinie. Nic w tym dziwnego, dawny ośrodek rządowy, w którym spotykali się Kiszczak i Wałęsa, jest od dawna zajęty przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego i zdecydowanie nie da się go wynająć na partyjną imprezę.

Kto kogo pobił?

To spotkanie parlamentarzystów PiS zostało opisane przez część mediów jako dość karczemna awantura między partyjnymi twardogłowymi a zwolennikami Morawieckiego. Dopiero po tym w roli arbitra i rozjemcy miał wkroczyć Jarosław Kaczyński i wymusić na Morawieckim i Czarnku deklarację wspólnego i zgodnego wystąpienia na wiecu, który ma się odbyć na początku czerwca najprawdopodobniej w Gorzowie Wielkopolskim.

Ta wersja brzmi tak: frakcje skoczyły sobie do gardeł, ale potem przyszedł prezes i najpierw rozstawił niesforne dzieciaki po kątach, a następnie kazał im sobie podać rączki przy całej klasie.

Wygląda na to, że to tylko część prawdy – ta, którą woleli opowiedzieć mediom właśnie twardogłowi.

Jedno natomiast się zgadza, na ostatnim wyjazdowym posiedzeniu klubu PiS rzeczywiście było dość ostro. Było kilka momentów, w których w sali konferencyjnej rozlegało się buczenie, momentami przypominało to raczej bardziej burzliwe obrady sejmu niż posiedzenie jednego klubu parlamentarnego.

„Morawiecki rzeczywiście kilka razy zabrał głos. I tak, wypowiadał się twardo. Ale to wcale nie były żadne akty strzeliste ani tym bardziej żadne albo-albo. To było jasne zaznaczenie granic i zamiarów związanych z partią i wyborami” – mówi nasz rozmówca z kręgu byłego premiera.

Morawiecki mówił m.in. o postępującej „suwpolizacji” PiS-u (od Suwerennej Polski, czyli ostatniej nazwy partii Zbigniewa Ziobry) i wypominał twardogłowym, że w okresie, gdy był premierem, współtworzyli ówczesną polityczną strategię Zjednoczonej Prawicy, którą dziś krytykują. Powtarzał też swą stałą już opowieść o konieczności otwierania się PiS na bardziej umiarkowany centroprawicowy elektorat, podkreślał, że widzi w tym rolę własną i swego stowarzyszenia Rozwój Plus. W którymś z ostrzejszych momentów Morawiecki miał też powiedzieć, że nie będzie dążył do „jedności na siłę”.

„Bo o przyszłość PiS trzeba się bić. Najważniejsze jest teraz właśnie to, żeby partia nie zsunęła się do miejsca, w którym na prawo od niej jest tylko Braun” – tak tłumaczy Morawieckiego nasz rozmówca.

Przemysław Czarnek w rozmowach, które toczyły się w Sękocinie, po raz kolejny żalił się, że kierownictwo PiS wystawiło go za wcześnie w roli kandydata na premiera. I że teraz „spala się bez sensu, gdy do realnego startu kampanii mamy jeszcze ponad pół roku”. Nie miało to jednak miejsca w trakcie głównych obrad klubu.

PiS-owskie szachy z młotkiem

Co najzabawniejsze, w PiS zaczyna panować z grubsza konsensus co do tego, że kurs obrany na początku roku się nie sprawdza. Wtedy obowiązywało założenie, że PiS musi jak najszybciej uporać się przede wszystkim z prawicową konkurencją. Wysunięcie przez Kaczyńskiego Czarnka jako kandydata na premiera i oddanie uprzywilejowanych pozycji twardogłowym razem z problematycznymi jak zawsze ziobrystami, miało być młotem na Brauna, Mentzena i Bosaka.

Nie przyniosło to jednak spodziewanego efektu – obie Konfederacje w sondażach wciąż mają się nieźle, za to PiS dostał poważnej zadyszki.

Dla Morawieckiego to dobry moment na przeciąganie liny. Dlatego też w otoczeniu byłego premiera panuje przeświadczenie, że kilka dobrze odmierzonych ruchów może znacząco zmienić układ sił w PiS jeszcze przed startem realnej kampanii wyborczej. Niewykluczone, że to prawda – i że Morawiecki stoi dziś przed szansą odzyskania wpływu na partię, w której jeszcze kilkanaście tygodni był wraz ze swoimi stronnikami bardzo skutecznie marginalizowany.

A co z ambicjami, które idą dalej – i które miałyby zrobić z Morawieckiego polskiego Magyara a’rebours? Dystans w zakresie wiecowo-imprezowej charyzmy między Mateuszem Morawieckim a na przykład Silvią Salis wciąż pozostaje na tyle przepaścisty, że nie wydaje się, by miało to być największe zmartwienie demokratów w najbliższej kampanii.

Opowieści Morawieckiego o zrównoważonym rozwoju Polski, wielkich inwestycjach infrastrukturalnych i technologicznym skoku cywilizacyjnym, jaki miałby wykonać nasz kraj pod rządami „morawieckiego” PiS-u, jak najbardziej mogą nim jednak być.

Pamięć wyborców wcale nie jest długa. A warunki do odzyskania przez PiS narracyjnej inicjatywy w rywalizacji z KO są jak najbardziej sprzyjające.

Na zdjęciu Witold Głowacki
Witold Głowacki

Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.

Komentarze