Karol Nawrocki zaczął pisać nową konstytucję wprowadzającą w Polsce ustrój prezydencki. Najprawdopodobniej jeszcze nie zorientował się, że jego dzieło trafi jedynie do szuflady. Dla Nowogrodzkiej prezydent nie był i nie będzie podmiotem – tylko jednym z narzędzi partii.
Karolowi Nawrockiemu po niespełna roku urzędowania marzy się nowa konstytucja – oczywiście taka, która wprowadzałaby w Polsce ustrój prezydencki na wzór amerykański czy francuski w rozumieniu de Gaulle'owskim. Wcześniej taka sama zmiana ustroju marzyła się Andrzejowi Dudzie. Jeszcze wcześniej Lech Kaczyński wściekał się, że nie jest traktowany w sposób godny „prezydenta 40-milionowego kraju” i w ramach słynnej „wojny o krzesła” próbował dowodzić, że obecna konstytucja daje mu rozległe uprawnienia do nadzorowania poczynań rządu. Skończyło się to niekorzystnym dla Kaczyńskiego wyrokiem TK, dość ściśle rozgraniczającym na przyszłość kompetencje prezydenta i rządu w polityce zagranicznej i europejskiej.
Nawrockiego, a wcześniej Dudę, różni od Kaczyńskiego to, że obaj postanowili „rozpocząć pracę nad projektem nowej konstytucji”. Duda zrobił to w 2017 roku, a Nawrocki 3 maja roku 2026. Projekt Dudy szybko utknął w miejscu. Taki sam los czeka prędzej czy później projekt Nawrockiego.
Główny problem i Nawrockiego, i wcześniej Dudy polega nawet nie na tym, że prawica nie miała i nie ma widoków na większość konstytucyjną w Zgromadzeniu Narodowym, a więc zmiana ustroju w Polsce leży poza jej zasięgiem. W prawicowym uniwersum znacznie ważniejsze jest to, że o ustroju prezydenckim zdecydowanie nie marzy żaden z członków PiS-owskiej starszyzny. Jarosław Kaczyński i jego ewentualni następcy żadnego ustroju prezydenckiego po prostu nie chcą. Ten pomysł krążył po partii, dopóki prezydentem był brat prezesa PiS. W erze Dudy i w erze Nawrockiego nie było i nie będzie na niego miejsca.
Andrzej Duda zdążył się o tym boleśnie przekonać. Prędzej czy później tego samego doświadczy Nawrocki. Obaj chcieli od prezydentury znacznie więcej, niż dawały im konstytucyjne ramy – zupełnie jakby nie rozumieli, jaką rolę przeznaczył im prezes PiS.
Zacznijmy od kwestii obiektywnej. Nasz ustrój rzeczywiście zawiera w sobie ustrojową perwersję dotyczącą urzędu prezydenta. Zawdzięczamy ją twórcom konstytucji z 1997 roku i ówczesnej atmosferze politycznej, naznaczonej przez wspomnienie po dyktaturze wojskowej Jaruzelskiego, krótką tradycję „małej konstytucji”, dającej dość rozległe uprawnienia głowie państwa i dość autorytarne poczynania i zapędy Lecha Wałęsy jako pierwszego – a jeszcze przedkonstytucyjnego – prezydenta III RP. Równolegle atmosferę tę współtworzyły ogromne napięcia między obozami solidarnościowym i postkomunistycznym.
Efektem było powstanie systemu, w którym każdy kolejny prezydent Polski dość szybko po objęciu urzędu zaczyna się orientować, że słynne słowa Donalda Tuska o „strażniku żyrandola” nie były tylko czystą złośliwością (skierowaną zresztą nie pod adresem PiS, tylko, o czym mało kto już pamięta, Bronisława Komorowskiego).
Dla kogoś, kto został wybrany w dwuturowych bezpośrednich wyborach powszechnych, może to być rzeczywiście przykra konstatacja. Każdy z kolejnych prezydentów pod względem wielomilionowej liczby oddanych na niego głosów może się przecież porównywać jedynie z poprzednikami i następcami w fotelu głowy państwa. W wyborach parlamentarnych niższe wyniki w liczbach bezwzględnych uzyskują przecież całe listy obu największych partii. Do tego w dniu zaprzysiężenia prezydent Polski zostaje intronizowany w rytuale przypominającym bardziej koronację niż wymianę kadencyjnego wybieralnego urzędnika w średniej wielkości państwie demokratycznym. A już chwilę później sen o potędze – wsparty przez widok księdza arcybiskupa celebrującego inauguracyjną mszę, wiwatujących tłumów i trzaskających obcasami żołnierzy – boleśnie zderza się z rzeczywistością.
Realna władza jest zupełnie gdzie indziej.
Ustrojowo ulokowana jest przede wszystkim w Kancelarii Premiera. W sensie politycznym natomiast, przynajmniej tak jest w epoce Tuska i Kaczyńskiego, realnymi ośrodkami władzy są albo blaszak po „Ekspresie Wieczornym” przy Nowogrodzkiej, albo też piąte piętro w budynku „Czytelnika” przy Wiejskiej.
Prezydentowi zostają weto i Trybunał Konstytucyjny. Oprócz nich – jedynie prawo do kontrasygnat przy powołaniach wysokich urzędników, ambasadorów i nominacjach generalskich oraz rozmaite prerogatywy symboliczne, które odpowiednio sfalandyzowane mogą zostać sprowadzone na przykład do kwestii wysłania lub niewysłania zaproszeń na zaprzysiężenie sędziów Trybunału. Nie jest to za wiele.
Rozdźwięk między mandatem i pompą, z jaką traktujemy prezydenta w tradycji politycznej III RP, a jego rzeczywistymi uprawnieniami rzeczywiście jest spory. A to wcale nie koniec paradoksów naszej konstytucji związanych z prezydenturą. Wybieramy głowę państwa w wyborach powszechnych, w sposób stosowny dla ustroju prezydenckiego – ale dajemy jej zestaw narzędzi typowy dla ustrojów kanclerskich – w których prezydenta wybiera zwykle parlament. Jest jednak wyjątek, który dodatkowo zaburza tę niezbyt logiczną konstrukcję. Bo oto konstytucja daje prezydentowi jedno naprawdę istotne narzędzie wpływu na polityczną rzeczywistość – czyli weto.
W warunkach wrogiej kohabitacji między rządem a prezydentem jest to narzędzie nieproporcjonalnie potężne.
Prezydent może za jego pomocą skutecznie i trwale paraliżować władzę ustawodawczą i wykonawczą – czyli polskie państwo, co właśnie się dzieje. Jeśli dodamy do tego czynnik narastającego zagrożenia zewnętrznego – który w odróżnieniu od politycznej walki prezydenta z rządem jest względną nowością – to wówczas zaczynamy powoli oswajać się z dość nieprzyjemną myślą, że nasze prezydenckie weto może odgrywać w polskiej historii paskudną rolę, dotąd zarezerwowaną dla zrywania sejmów w Polsce przedrozbiorowej. Weto wobec ustawy o SAFE wydaje się tu całkiem dobrym – albo raczej całkiem złym – przykładem.
Dla Jarosława Kaczyńskiego jeszcze za czasów, gdy w fotelu na Krakowskim Przedmieściu zasiadał jego zmarły w katastrofie smoleńskiej brat, ta dwoistość polskiej prezydentury stała się doskonałym narzędziem. Także dlatego, że od prawie dwóch dekad utrzymuje się w Polsce taki układ, w którym to kandydat prawicowy ma każdorazowo te minimalnie większe szanse na zwycięstwo w drugiej turze wyborów prezydenckich, o ile tylko ów kandydat zostanie dostosowany do gustów nieco szerszych niż te charakteryzujące twardy elektorat PiS.
Wyjątek, ale w pełni potwierdzający tę regułę, był tylko jeden – gdy w 2010 roku naprzeciw najbardziej prawicowego kandydata, jakiego była w stanie wystawić wówczas Platforma Obywatelska, czyli Bronisława Komorowskiego, stanął prawicowy kandydat niepodobający się nikomu oprócz wyborców PiS, czyli Jarosław Kaczyński. W czterech pozostałych wyborach prezydenckich większe szanse na zwycięstwo miał odpowiednio dobrany kandydat Prawa i Sprawiedliwości.
Stworzyło to polityczne realia, w których PiS mógł niemal stale korzystać z usług swojego prezydenta zarówno gdy rządził, jak i był w opozycji.
W okresach kohabitacji – których doświadczyli zarówno Lech Kaczyński, jak i Andrzej Duda z Karolem Nawrockim – blokująca moc prezydenckiego weta okazywała się doskonałym batem na rządzących. W okresach rządów PiS z kolei umocowanie prezydenta w systemie władzy było i jest na tyle słabe, że Kaczyński nigdy nie musiał się realnie obawiać, że kiedykolwiek to Pałac Prezydencki miałby się stać realną konkurencją dla Nowogrodzkiej. W takim układzie Kaczyński nie musiał nawet zostawać premierem, by bez żadnych przeszkód rządzić krajem z tylnego siedzenia.
W tym jakże wygodnym dla Kaczyńskiego układzie sił prezydent wyniesiony na urząd przez PiS nie jest z punktu widzenia partii nikim, kto miałby mieć realny, podmiotowy udział w rządzeniu krajem. Ba, nie licząc Lecha Kaczyńskiego, prezydent wyniesiony do władzy przez PiS nie jest nawet do końca politykiem. Jest raczej politycznym konstruktem Nowogrodzkiej, dobranym tak, by zebrać w drugiej turze głosy od centroprawicy po skrajną prawicę.
Oczywiście wymaga to ze strony PiS pewnych wyrzeczeń. Dlatego też żaden z potencjalnych kandydatów, nad którymi zastanawiało się kierownictwo PiS przed kampanią 2025 roku, nie był pierwszoliniowym politykiem tej partii. Nawrocki w ogóle formalnie był spoza partii, a w początkowej fazie kampanii PiS przedstawiało go jako „kandydata obywatelskiego” i tworzyło mniej lub bardziej reżyserowane linie podziałów ideowych między partią a przyszłym prezydentem. Wszystko po to, by uzyskać głosy nie tylko elektoratu PiS, ale też konfederatów i braunistów, narodowców i wyborców niezdecydowanych o bardziej tradycyjnym profilu światopoglądowym.
Nawrocki nie został jednak przez PiS wybrany i przygotowany do tego, by rządzić krajem – lecz do tego, by zająć miejsce w Pałacu Prezydenckim i tam realizować zadania wyznaczane mu przez Nowogrodzką. Bo rządzić mają: partia, jej prezes, jego otoczenie i być może jego przyszły następca. Nawrocki w pierwszej kadencji ma być w pewnym sensie zakładnikiem PiS – bo ewentualny bunt w celu wybicia się na niepodległość mógłby skutkować utratą poparcia partii przed reelekcją. W drugiej kadencji – przynajmniej tak rozumuje kierownictwo PiS – ma pozostać lojalny na podstawie testu, jakim jest kadencja pierwsza.
Nawrocki zdaje się to ignorować lub zgoła nie rozumieć.
3 maja, w dniu święta konstytucji, Karol Nawrocki powołał do życia Radę Nowej Konstytucji. To już piętnasta rada powołana przez Nawrockiego w ciągu zaledwie 10 miesięcy sprawowania urzędu. Skromny dziesięcioosobowy skład czyni ją – obok siedmioosobowej Rady Parlamentarzystów – jedną z dwóch najmniejszych prezydenckich ciał. Na przykład taka Rada Biznesu ma aż 63 członków. Kolejnych 45 zasiada w Radzie Gospodarczej. Największa jest Rada Samorządu Terytorialnego, licząca aż 93 osoby. W prezydenckich radach znalazło się do tej pory miejsce dla łącznie ponad 520 osób, co czyni je już politycznym uniwersum o rozmiarach większych od Sejmu, choć wciąż nieco mniejszych od Zgromadzenia Narodowego.
Wspaniała konstytucyjna dziesiątka Karola Nawrockiego to nader interesujący gabinet politycznych osobliwości i osobistości. Tworzą ją:
Rada spotkała się jak dotąd jedynie na uroczystości inauguracyjnej. Nawrocki zapowiada, że będzie powoływał do niej kolejne osoby – polityków, ekspertów i przedstawicieli organizacji społecznych. Twierdzi również, że jego rada jest bardzo pluralistyczna, choć jest zdominowana przez postacie związane z PiS lub sympatyzujące z tą partią.
W następnych tygodniach i miesiącach będziemy obserwować losy tego ciała. Będą one dość dobrze obrazować również losy prezydenta Nawrockiego marzącego o pełni władzy w kraju i jednocześnie o większym marginesie niezależności od PiS.
W 2017 roku Duda poszedł nawet krok dalej niż Nawrocki, bo szykował referendum, w którym Polacy mieli się opowiedzieć, czy wolą ustrój prezydencki (jak sam Duda), czy raczej kanclerski (jak wszystkie większe partie w Sejmie). Ostatecznie projekt organizacji referendum, które miało się odbyć 11 listopada 2018 roku, upadł w Sejmie, m.in. głosami rządzącego wtedy PiS.
Na razie możemy przyjmować zakłady, że Karola Nawrockiego czeka w tej sprawie coś bardzo podobnego.
Opozycja
Andrzej Duda
Jarosław Kaczyński
Karol Nawrocki
Prawo i Sprawiedliwość
Konstytucja
parlament
PiS
polityka
Polska
prezydent
rząd
Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.
Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.
Komentarze