Prawa autorskie: Thierry ROGEThierry ROGE
15 grudnia 2020

Morawiecki w środę mówił Merkel, że trzeba zmienić tekst rozporządzenia. A w czwartek się poddał

"Deklaracja RE to dla Morawieckiego i Orbána sposób na zachowanie twarzy na użytek wewnętrzny. Jest w niej 11 punktów dotyczących praworządności. Ani jeden nic nie zmienia w projekcie" - mówi OKO.press Petri Sarvamaa, główny negocjator rozporządzenia "pieniądze za praworządność"

"Jeżeli w danym państwie członkowskim pojawi się pozew dotyczący funduszy europejskich, np. korupcji czy niewłaściwego ich wydawania, Komisja przyjrzy się, jak na takie zawiadomienie reaguje policja, jak toczy się śledztwo, jak działa prokuratura i sędziowie. Jeśli okaże się, że te służby nie są w stanie odpowiednio zareagować - bo nie są niezależne - to będzie powód do zawieszenia płatności"

- mówi w rozmowie z OKO.press Petri Sarvamaa, fiński europoseł Europejskiej Partii Ludowej (EPP) oraz główny negocjator rozporządzenia "pieniądze za praworządność" z ramienia Parlamentu Europejskiego.

W czwartek 10 grudnia 2020 na szczycie UE Polska i Węgry wycofały wstępne weto do wieloletniego budżetu Unii i Funduszu Odbudowy na walkę ze skutkami pandemii. Morawiecki i Orbán chcieli wetować, by zablokować rozporządzenie wiążące wypłaty funduszy unijnych z przestrzeganiem praworządności. Ostatecznie je zaakceptowali, ale pod warunkiem dodania do niego "deklaracji interpretujących" Rady Europejskiej.

Rząd Zjednoczonej Prawicy nie potrafi ustalić wspólnej wersji tego, co właściwie wydarzyło się w Brukseli. Większość polityków PiS i Porozumienia chwali premiera z udane negocjacje. Ale Solidarna Polska przekonuje, że deklaracje to dokument bez znaczenia, a Unia już wkrótce zasadzi się na naszą suwerenność.

Faktem pozostaje, że mimo deklaracji RE, rozporządzenie "pieniądze za praworządność" zgodnie z planem wejdzie w życie 1 stycznia 2021 w niezmienionej formie. Projekt został formalnie przegłosowany w Radzie UE w poniedziałek 14 grudnia, teraz czeka go jeszcze akceptacja Parlamentu Europejskiego.

Maria Pankowska, OKO.press: Gdy w ubiegłym tygodniu Rada Europejska przyjęła kompromisową deklarację dla Polski i Węgier, napisał pan na Twitterze: "To ważne zwycięstwo dla praworządności i dla UE". Inni wydają się znacznie większymi pesymistami. Wielu europejskich polityków uważa, że Polska i Węgry wygrały ten szczyt.

Petri Sarvamaa, euroseł Europejskiej Partii Ludowej (EPP): Wielu krytyków pyta, jak możemy się cieszyć, skoro rezultat jest zbyt słaby, skoro oddaliśmy tak wiele Morawieckiemu, Kaczyńskiemu i Orbánowi. Ja ich nie rozumiem.

Dla PiS i Fideszu to nie było żadne zwycięstwo. Bynajmniej. Tak się składa, że wiem dokładnie, że Morawiecki, z Kaczyńskim za plecami, jeszcze w środę [9 grudnia - red.] wciąż mówił Merkel, że "trzeba zmienić tekst rozporządzenia". A jednak się poddali.

Ale w deklaracji Rada Europejska dała Morawieckiemu i Orbánowi oficjalne obietnice.

Wszyscy pytają o decyzję Rady Europejskiej. Ona o niczym nie zdecydowała.

Deklaracja Rady to dla Morawieckiego i Orbána wyłącznie sposób na zachowanie twarzy, na użytek wewnętrzny w Polsce i na Węgrzech. Jest w niej 11 punktów dotyczących praworządności. Ani jeden z tych punktów nie zmienia nic w projekcie, który wynegocjowały Parlament i Rada. Kaczyński i Orbán nic od nas nie dostali.

My, jako Parlament, dopilnowaliśmy, aby w rozporządzeniu znalazły się wszystkie najważniejsze punkty. Dodaliśmy element prewencyjny - w tekście jest mowa o "ryzyku" negatywnego wpływu na zarządzanie finansami Unii. Dołączyliśmy listę możliwych naruszeń praworządności, są na niej zagrożenia dla niezależności sądownictwa. Upewniliśmy się, że końcowi beneficjenci funduszy będą chronieni, aby nie musieli ponosić konsekwencji łamania praworządności przez ich rządy. Udało nam się nawet skrócić maksymalny czas na uruchomienie procedury z 13 do 5-9 miesięcy.

To jest prawdziwy rezultat. Gdy w środę po południu dostaliśmy do ręki tekst deklaracji, wiedzieliśmy już, że tylko jeden jej punkt ma jakiekolwiek znaczenie. Pozostałe były już w rozporządzeniu.

Ten jeden punkt może dać Orbánowi wystarczająco dużo czasu, by zostać wybranym na kolejną kadencję. Bo Polska i Węgry zaskarżą rozporządzenie do Trybunału Sprawiedliwości UE i cała procedura się wydłuży.

Ale to już jest w Traktacie, w artykule 263! Państwa członkowskie mogą zaskarżać rozporządzenia w TSUE. To nic nowego.

Wbrew temu, co mówią krytycy, procedura nie wydłuży się o dwa lata. Wiem to od ludzi, którzy podejmują decyzję w Luksemburgu [tam mieści się siedziba TSUE - red.] i w Brukseli. Wiem na pewno, że Trybunał nada tej sprawie wysoki priorytet. Pamiętajmy, jak to było z art. 50 traktatu, kiedy Brytyjczycy zaczęli robić problemy cztery lata temu. Trybunał potrzebował zaledwie miesiąca, by wydać wyrok i wyjaśnić, jakie jest znaczenie tego artykułu.

Tak samo będzie z tym rozporządzeniem. Nie będą marnować czasu, odsuną na bok wszystkie sprawy i szybko wydadzą orzeczenie. Rządy Polski i Węgier już zapowiedziały, że złożą pozew, mogą zrobić to najwcześniej 2 stycznia. Trybunał będzie gotowy, już teraz analizują to rozporządzenie słowo po słowie.

Nie ma się w nim do czego przyczepić. Podstawą prawną jest art. 322 traktatu, który dotyczy finansowego zarządzania budżetem UE. Nie mam co do tego wątpliwości: pozew Polski i Węgier przepadnie.

A w międzyczasie - w styczniu, lutym, marcu, kwietniu - Komisja przygotuje wytyczne wdrażania mechanizmu. Gdy w Luksemburgu nacisną przycisk "wyślij" z gotowym wyrokiem, Bruksela będzie czekać.

Zatem poczekamy maksymalnie kilka miesięcy?

I tu mamy najlepszą część. To, czy mechanizm ruszy w kwietniu, maju, czerwcu czy lipcu nie ma znaczenia. Kiedy Luksemburg wyda wyrok, a Komisja skończy wytyczne stosowania, machina będzie mogła ruszyć. KE zbada działania rządów państw członkowskich od dnia 1 stycznia 2021. Orbán i Kaczyński się nie ukryją.

Mechanizm będzie stosował się do wszystkich płatności z budżetu na lata 2021-2027 i do Funduszu Odbudowy.

Jak dokładnie to badanie będzie wyglądać?

Jeżeli w danym państwie członkowskim pojawi się pozew dotyczący funduszy europejskich, np. korupcji czy niewłaściwego ich wydawania, Komisja przyjrzy się, jak na takie zawiadomienie reaguje policja, jak toczy się śledztwo, jak działa prokuratura i sędziowie.

Jeśli okaże się, że te służby nie są w stanie odpowiednio zareagować - bo nie są niezależne - to będzie powód do zawieszenia płatności.

Europejskie pieniądze rozdzielane są często na zasadzie zamówień publicznych. Te przetargi muszą być otwarte i przejrzyste. Nie jak w przypadku klasycznej sprawy Orbána i firm jego przyjaciela [konsorcja powiązane z Lőrincem Mészárosem, przyjacielem z dzieciństwa Viktora Orbána regularnie wygrywają przetargi na Węgrzech - red.]. Teraz, po raz pierwszy w historii, będziemy mieli narzędzie, by reagować na takie łamanie zasad. Komisja z pewnością z niego skorzysta, jeśli będzie miała powód.

W rozporządzeniu zapisaliśmy też, że Europejki i Europejczycy będą mogli kilkoma klikami na stronie internetowej poinformować Unię, że np. w danym mieście dana firma podejrzanie często wygrywa konkursy. Rzecz jasna trzeba będzie mieć na to jakiś dowód.

Ale Polska w przeciwieństwie do Węgier nie ma aż tylu problemów ze złym wykorzystaniem pieniędzy z UE. Czy to oznacza, że mechanizm będzie dla PiS stosunkowo bezpieczny?

Gdy nad nim pracowaliśmy, sami musieliśmy przestrzegać zasady praworządności. Nie mogliśmy wymyślić czegoś, czego nie moglibyśmy potem obronić przed TSUE. To właśnie o takie postępowanie oskarżają nas Orbán i Kaczyński, prawda? Musieliśmy mieć solidną podstawę prawną dla każdego artykułu. Celem tego mechanizmu jest ochrona budżetu Unii.

Niezmiernie ciężko będzie powstrzymać te niedemokratyczne reformy. Nigdy nie mówiłem, że to łatwe. Ale po raz pierwszy będziemy mieli szansę, by przechylić szalę na naszą stronę. Przynajmniej powstrzymamy te rządy przed malwersacjami unijnych funduszy. To nasze główne osiągnięcie.

Część eurodeputowanych ubolewa, że mechanizmowi i tak wybito zęby. Bo Parlament zgodził się, że zawieszenie funduszy będzie można aktywować dopiero wtedy, gdy zgodzi się na to Rada głosująca kwalifikowaną większością . Postanowiliście zrezygnować z odwróconej większości kwalifikowanej , która miała sprawić, że wniosek Komisji byłby trudniejszy do odrzucenia.

[Większość kwalifikowana to głosy co najmniej 15 z 27 państw reprezentujących co najmniej 65 proc. obywateli UE. Odwrócona większość oznacza, że te same liczby są potrzebne nie do przyjęcia, a do odrzucenia jakiejś decyzji - red.]

Pamiętajmy, że cały PE - w tym liberałowie i Zieloni - podpisał się już pod obecną wersją rozporządzenia. Mogą się teraz frustrować, trudno. Ja jestem dumny, że ten tekst zawiera wszelkie niezbędne elementy, by chronić unijne fundusze przed naruszeniami praworządności.

Naszą strategią było, żeby nie utknąć na kwestii odwróconej większości kwalifikowanej. W innym wypadku niemiecka prezydencja nigdy nie zgodziłaby się na to rozporządzenie. Nie sądzę, by którekolwiek z państw członkowskich w Radzie się na to zgodziło. Bo to oznaczałoby oddanie dużej części władzy. I to w tak ważnej sprawie! Mielibyśmy niemal automatyczną decyzję Komisji. Ten sprzeciw Rady dotyka sedna równowagi instytucjonalnej w UE. Ja biłem się po stronie Parlamentu, ale w pełni rozumiem, o co im chodziło.

Gdybyśmy upierali się przy odwróconej większości kwalifikowanej, zostalibyśmy z niczym i stracilibyśmy historyczną szansę na porozumienie w sprawie mechanizmu praworządnościowego. Niemiecka prezydencja jakoś by to obeszła i nie mielibyśmy rozporządzenia. Orbán, Morawiecki i Kaczyński byliby zachwyceni.

Cóż partia Orbána, Fidesz, nadal należy do Europejskiej Partii Ludowej (EPP) - Pana frakcji politycznej w PE.

Musimy pozbyć się Fideszu, mówię o tym od lat. I to się w końcu stanie. Zobaczysz za kilka miesięcy, może nawet szybciej. To nieuniknione.

Na pewno słyszałaś, co powiedział węgierski europoseł Tamás Deutsch [porównał słowa Manfreda Webera, przewodniczącego EPP, który bronił rozporządzenia "pieniądze za praworządność", do działań Gestapo i węgierskich tajnych służb z okresu stalinizmu - red.]. To była kropla, która przelała czarę goryczy.

Jeszcze kilka miesięcy temu nikt nie wierzył, że PE będzie mówił jednym głosem w sprawie mechanizmu praworządności. Ale ostatecznie tylko skrajna lewica i prawica były po stronie Orbána i Kaczyńskiego. Bo to nacjonaliści, populiści, szowiniści i anty-Europejczycy.

Trudno powiedzieć, czy Polska i Węgry są już o krok od upadku demokracji. Ciężko precyzyjnie określić ten moment. Na pewno do pewnego stopnia demokracja już się skończyła.

Udostępnij:

Maria Pankowska

Dziennikarka śledcza OKO.press, absolwentka ILS UW i College of Europe. Wcześniej pracowała m.in. w Komisji Europejskiej, na Uniwersytecie Narodów Zjednoczonych w Tokio oraz w Polskim Instytucie Dyplomacji.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne