0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. AIZAR RALDES / AFP)Fot. AIZAR RALDES / ...

Zmiana klimatu, zniszczenie środowiska, choroby, zanieczyszczenie, nierówności społeczno-ekonomiczne. To globalne wyzwania XXI w., którymi zdaniem naukowców trzeba się pilnie zająć.

„Te kryzysy nie są odosobnionymi problemami. Są ze sobą powiązane, zaostrzają się nawzajem i tworzą wzmacniające sprzężenia zwrotne, które stanowią poważne zagrożenie zarówno dla środowiska, jak i dobrostanu ludzi” – komentuje Chip Fletcher, dziekan Szkoły Nauk i Technologii Oceanu i Ziemi na Uniwersytecie Hawajskim.

To jeden z blisko 20 badaczy z międzynarodowego zespołu, który stoi za niezwykle ważną publikacją – „Ziemia w niebezpieczeństwie: Pilne wezwanie, by zakończyć erę zniszczenia i stworzyć sprawiedliwą i zrównoważoną przyszłość”.

Wskazuje ona jasno, że ludzkość niszczy planetę w zastraszającym tempie, co poważnie zagraża naszej przyszłości.

Przeczytaj także:

Kronika upadku

Opublikowany artykuł naukowy to tak naprawdę dramatyczny apel do decydentów i całej ludzkości. Ten dramatyczny ton nie wziął się jednak z niczego. Stoją za nim setki przytoczonych badań nakreślające drastyczne zmiany na Ziemi wywołane przez człowieka i mroczną wizję przyszłości, którą sami na siebie sprowadzamy.

I tak już teraz prawie 1/3 ludzi żyje w miejscach narażonych na śmiertelne fale upałów, niemal 1/4 żyła w ostatnich dwóch latach w miejscach ogarniętych suszą, a 9 proc. żyje na obszarach, które nie nadają się do normalnego funkcjonowania.

Nawet przy umiarkowanym poziomie globalnych emisji już w latach 30. Europie zagrażać będą trwające nawet 5 lat megasusze. Te trwające całą dekadę mogą nadejść już w 2040 roku. Z kolei Afryce Północnej i Bliskiemu Wschodowi muszą szykować się na temperatury powyżej 56 st. C, które mogą utrzymywać się nawet przez kilka tygodni.

Straciliśmy 143 godziny na osobę

Z powodu upałów tylko w 2022 roku gospodarki utraciły 490 miliardów potencjalnych godzin roboczych. To 143 godziny na osobę – o 42 proc. więcej niż w okresie 1991-2000. W rezultacie stracono 863 miliardy dolarów potencjalnego przychodu.

W porównaniu z osobami urodzonymi w 1960 roku, dzieci urodzone dzisiaj doświadczą 7,5 razy więcej fal upałów, 3,6 razy więcej susz, 2,8 razy więcej powodzi rzecznych, 2 razy więcej pożarów i 3 razy więcej nieurodzaju.

Mimo to intensywne rolnictwo wciąż kwitnie. I tak:

  • ponad 1/3 gatunków ryb jest przeławiana,
  • rolnictwo zajmuje połowa powierzchni planety nadającej się do zamieszkania (z czego 3/4 na potrzeby hodowli zwierząt),
  • wysuszyliśmy ponad 85 proc. mokradeł,
  • a 94 proc. masy ssaków stanowią dziś zwierzęta hodowlane.

Nawet jeśli ocieplenie utrzyma się poniżej 1,6 st. C, (próg ten możemy przekroczyć za nieco ponad dekadę), 8 proc. obecnych gruntów rolnych nie będzie nadawało się do produkcji żywności. Tylko z tego powodu liczba głodujących osób powiększy się do połowy wieku o ponad 180 milionów.

„Bez poważnych i szybkich zmian w polityce, produktywność żywności w 2050 roku może zostać zredukowana do poziomu plonów z 1980 roku” – przestrzegają naukowcy. I to mimo postępu technologicznego. Warto mieć przy tym na uwadze, że prawie pół wieku temu na Ziemi żyło 4,4 miliarda ludzi, a w połowie wieku XXI ma być nas ok. 9-10 miliardów.

Do tego łącznie już w połowie wieku z powodu konsekwencji zmiany klimatu może zostać przesiedlone nawet 1,2 miliarda ludzi.

Imperializm i kapitalizm

W przeciwieństwie do wielu podobnych opracowań, autorzy nowego badania nie skupiają się jednak tylko na emisji gazów cieplarnianych czy wycinaniu lasów deszczowych. Działania te postrzegają bardziej jako objawy, nie przyczyny. Prawdziwego źródła dzisiejszych kryzysów doszukują się głębiej.

Autorzy argumentują, że stulecia imperializmu, kapitalizmu wydobywczego i wzrostu populacji wypchnęły ziemskie ekosystemy poza ich granice. W ten sposób znaleźliśmy się na ścieżce do pogłębiania nierówności społecznych.

Ich zdaniem na drodze do „prawdziwie zrównoważonego rozwoju” stoi podstawowa przeszkoda: globalny model gospodarczy skupiający się na akumulacji bogactwa i zysku.

„Motywowane zyskiem mechanizmy kapitalizmu przemysłowego dążyły do nieustannego wyczerpywania zasobów poprzez podporządkowywanie lokalnych społeczności, wymazywanie rdzennej wiedzy i niezrównoważoną grabież świata przyrody”

– piszą naukowcy.

To właśnie z tego powodu tak trudno jest ograniczać emisje, chronić zasoby naturalne i zapewnić równość społeczną. Jeśli to się nie zmieni, globalne kryzysy będą się tylko nasilać. „Większość współczesnych systemów społeczno-gospodarczych nadal kieruje się wydobywczymi zasadami eksploatacji i handlu, ignorując naturalne tempo odnawiania zasobów i nie biorąc pod uwagę, że efekt końcowy jest katastrofalny” – stwierdzają badacze.

Bardzo dobrze widać to po planach. Na przykład w 2023 roku zapotrzebowanie na ropę wynosiło ponad 100 milionów baryłek dziennie. Rządy planują zaś do 2030 roku wyprodukować o 110 proc. więcej paliw kopalnych, niż jest to zgodne z najważniejszym celem klimatycznym. A spośród 40 wiodących gospodarek, które zobowiązały się do ograniczenia globalnego ocieplenia, żadna nie potwierdza tych zamiarów odpowiednimi działaniami.

Niesprawiedliwość

Badacze zwracają przy tym uwagę, że najbiedniejsza połowa ludzi posiada zaledwie 2 proc. całkowitego światowego bogactwa, podczas gdy najbogatsze 10 proc. – 76 proc. Jednocześnie najbiedniejsze 50 proc. ludzi odpowiada za zaledwie 10 proc. emisji CO2, a 10 proc. najbogatszych – za ponad połowę.

Do tego na wydobywaniu cennych surowców najwięcej korzystają najbogatsi, a najbardziej tracą najbiedniejsi. Przykład? „Obciążenia środowiskowe i wstrząsy związane z wydobyciem i wykorzystaniem zasobów naturalnych są zlecane krajom i regionom spoza Unii Europejskiej, podczas gdy ponad 85 proc. korzyści ekonomicznych pozostaje w krajach członkowskich” – wskazują naukowcy.

Badacze zwracają przy tym uwagę, że 50 lat temu niezrównoważone wykorzystanie zasobów napędzał zbyt słaby poziom życia i niedobór. Dawny „niedorozwój” dziś zastąpiły jednak rozwój nadmierny, przywileje i niezrównoważona akumulację bogactwa.

„Obecnie żaden kraj nie zapewnia swoim obywatelom tego, czego potrzebują, bez przekraczania planetarnych granic długoterminowego zrównoważonego rozwoju. Współczesny imperializm wzmacnia te nierówności poprzez wyzysk ekonomiczny, akumulację bogactwa, ingerencję polityczną, dominację kulturową i inne metody, które wykorzystują kolonialne struktury władzy. Rozpoznanie i zajęcie się praktykami neokolonialnymi ma kluczowe znaczenie dla promowania sprawiedliwego i zrównoważonego rozwoju oraz poszanowania suwerenności i samostanowienia narodów” – podkreślają naukowcy.

Na czym polega ten nadmiar?

Obecnie ludzie na całym świecie konsumują ponad 92 miliardów ton materiałów – biomasy (głównie jako żywność), metali, paliw kopalnych i minerałów. Poziom konsumpcji rośnie zaś o 3,2 proc. rocznie. W rezultacie naturalne zasoby wydobywamy w tempie 3 razy szybszym niż w roku 1970, choć populacja od tego czasu uległa „jedynie” podwojeniu. W XX w. pozwoliło to na rozdmuchanie globalnej gospodarki, ale dziś zasoby wydobywa się coraz większym kosztem – zarówno finansowym, jak i środowiskowym.

A także kosztem stabilnego klimatu. W 2023 roku obserwatorium na Hawajach (najsłynniejsze na świecie) odnotowało stężenie dwutlenku węgla o 50 proc. większe od tego z pierwszej dekady pomiarów (lata 1959-1968). Dziś tempo wzrostu CO2 jest zaś dokładnie 3 razy większe niż 65 lat temu.

Fałszywe obietnice

„Jeśli kolejne rządy będą traktować te kwestie w oderwaniu od siebie, wahać się lub formułować płytkie odpowiedzi, skutki mogą być katastrofalne. Bez podjęcia natychmiastowych działań, ryzykujemy wejście w złowrogą erę globalnego cierpienia, charakteryzującą się chorobami, pragnieniem wody i głodem, zubożeniem i niestabilnością polityczną” – przestrzegają badacze.

I podkreślają, że aby tego uniknąć, nie możemy polegać na fałszywych rozwiązaniach. Tymczasem zgodnie z planami rządów niebezpiecznego ocieplenia można uniknąć jedynie dzięki masowemu wprowadzeniu technologii usuwania gazów cieplarnianych i odbudowie ekosystemów na dużą skalę. Problem w tym, że to mrzonki.

Przykładowo zasadzenie 8 miliardów drzew – po jednym na mieszkańca Ziemi – usunęłoby w ciągu roku 43… godziny globalnych emisji. I to dopiero po osiągnięciu przez drzewa dojrzałości za kilkadziesiąt lat. Jeśli chodzi zaś o technologię, dobrym przykładem są Stany Zjednoczone. Rząd USA chce wydać 3,5 miliarda dolarów na opracowanie czterech hubów do bezpośredniego wychwytywania CO2 z atmosfery. Nawet jeśli powstaną, przy pełnej wydajności usuną… 13 minut globalnych emisji.

Mimo to kraje chętnie powołują się na takie rozwiązania. Do listopada 2023 roku 145 krajów ogłosiło lub rozważało wprowadzenie celu tzw. zerowej emisji netto. Oznacza to, że nie będą emitować więcej, niż są w stanie pochłonąć dzięki technologii i naturze. Jednak oceny planów krajów G20 pokazują, że większość tych celów jest sformułowana niejasno i nie podążają za nimi działania. Wystarczy napisać, że od 2021 roku wycofane przez nie projekty pozwolą ograniczyć prognozowane emisje o 1 proc.

„Jedyną uczciwą strategią na dziś jest radykalne, natychmiastowe ograniczenie zużycia paliw kopalnych. Dopiero po tym, jak emisje zaczną gwałtownie spadać, inwestycje w usuwanie dwutlenku węgla (którego inżynieria nie została jeszcze zdefiniowana ani zweryfikowana) powinny odbywać się szybko i na dużą skalę”

– podsumowują naukowcy.

Globalna zmiana kulturowa

Dlatego autorzy opracowania apelują o wyeliminowanie szkodliwych dla środowiska subsydiów oraz ograniczenia w handlu odpowiadającym za zanieczyszczenie lub niezrównoważoną konsumpcję.

Badacze domagają się też wzmocnienia edukacji, a także wprowadzenia odpowiednich polityk przez rządy oraz zachęt ekonomicznych dla ludzi, by podejmowanie decyzji korzystnych dla planety było dla nich łatwiejsze. Podkreślają również znaczenie współpracy pomiędzy różnymi sektorami, pociągnięcia korporacji do odpowiedzialności i potrzebę finansowego wsparcia biedniejszych państw przez te bogatsze. Ich zdaniem znaczenie ma nawet tworzenie odpowiednich narracji za pomocą świata sztuki i mediów. Wszystko po to, by ludzkość przestała traktować globalne problemy jako odosobnione wyzwania.

Jednocześnie, jak przekonują, „nadszedł czas, aby zbudować nową erę wzajemności z naturą”. Według nich inspiracji powinniśmy szukać wśród rdzennych ludności, których ziemie zazwyczaj charakteryzują się zmniejszonym wylesianiem, degradacją i emisją dwutlenku węgla. I to w porównaniu z obszarami zarówno niechronionymi, jak i chronionymi.

„Rdzenne systemy zarządzania gruntami obejmują całościowe podejście, które ceni święte, etyczne i wzajemne relacje z naturą, integrując tradycyjną wiedzę i zasady zarządzania w celu zrównoważonego zarządzania gruntami i zasobami wodnymi. Sugerujemy, że rdzenny światopogląd, czyli pokrewieństwo z naturą, powinien definiować zrównoważone praktyki” – apelują naukowcy.

„Aby uniknąć tych [negatywnych] konsekwencji, opowiadamy się za globalną zmianą kulturową. Czyli taką, która podnosi pokrewieństwo z naturą i dobrobyt społeczności, w oparciu o uznanie skończoności zasobów Ziemi i wzajemnych powiązań jej mieszkańców”, mówi prof. Krista Hiser z Globalnej Rady dla Nauki i Środowiska.

„Idea jest jasna: aby wydostać się z tej przepaści, musimy wspólnie ujarzmić wolę polityczną, zasoby gospodarcze i wartości społeczne”, dodaje prof. Phoebe Barnard z uniwersytetów w Waszyngtonie i Kapsztadzie, która specjalizuje się w polityce klimatycznej i środowiskowej.

Nie wszystko stracone

Naukowcy zapewniają przy tym, że jest nadzieja na zmianę.

Po 200 latach rozwoju zbudowanego na paliwach kopalnych jesteśmy w punkcie przełomowym. W 2023 roku skala instalacji odnawialnych źródeł energii wzrosła o rekordowe 50 proc., inwestycje w czyste technologie sięgnęły rok temu prawie 1,8 biliona dolarów (wzrost rok do roku o 17 proc.), a energia słoneczna stanie się jednym z najtańszych źródłem prądu w wielu miejscach już w ciągu kilku lat.

Problem w tym, że te i inne pozytywne przykłady to wciąż o wiele za mało. Aby ograniczyć globalne ocieplenie do bezpieczniejszego z progów (1,5 st. C), emisje powinny spadać o 8,7 proc. rocznie. Tymczasem pandemia, która wstrzymała globalne gospodarki, doprowadziła do ograniczenia emisji o 4,7 proc. Potrzebne dziś redukcje byłyby mniejsze, gdyby rządy lata temu zaczęły działać. Ale mimo powtarzanych rok po roku obietnic, emisje rok do roku rosną. Im później zacznie się więc spadek, tym trudniejsze zadanie czeka nas w przyszłości.

Naukowcy szacują, że wydatki na ograniczanie emisji powinny wzrosnąć do 9 bilionów dolarów w 2030 i 11 bilionów w 2035 roku. To ok. 10 proc. obecnego globalnego PKB. Z jednej strony – to bardzo dużo. Z drugiej – rządy przeznaczyły 12 bilionów dolarów na ograniczenie skutków pandemii, a w zeszłym roku wydały 1 bilion na bezpośrednie subsydia dla paliw kopalnych i 7 bilionów, wliczając też te pośrednie. Pieniądze więc są, tyle że światowi przywódcy wydają ich więcej na napędzanie kryzysu klimatycznego niż jego ograniczanie.

Nowy język

„Aby chronić nasz dobrobyt i środowisko, musimy przemyśleć nasze podejście do sukcesu gospodarczego. Kluczowe zalecenia obejmują zwiększenie potencjału przyrody i zapewnienie, że nasze wymagania wobec niej pozostaną w zrównoważonych granicach. Wiąże się to z inwestowaniem w kapitał naturalny, rewizją wskaźników ekonomicznych, przekształceniem instytucji (zwłaszcza finansowych i edukacyjnych) oraz wzmocnieniem pozycji obywateli. Wiarygodny zrównoważony rozwój jest niezbędny do osiągnięcia długoterminowej równowagi między populacją, wzrostem gospodarczym i środowiskiem. Dobrobyt przyszłych pokoleń zależy od tego, jak dziś zarządzamy zasobami gospodarczymi, społecznymi i naturalnymi. Aby sprostać tym wzajemnie powiązanym wyzwaniom, konieczne jest podjęcie pilnych działań” – stwierdzają naukowcy.

Język, którym tłumaczą powody ich apelu, pokazuje zaś, jak bardzo są już zdesperowani. Bo jest to język, który w artykułach naukowych po prostu się nie pojawia.

„Celem tego przeglądu jest zwrócenie natychmiastowej uwagi na nieostrożny, głupi sposób, w jaki ludzkość ryzykuje przyszłością. Jeśli sytuacja nie ulegnie dramatycznej zmianie i nie nastąpi to wkrótce, zniszczenie świata przyrody będzie miało długotrwałe konsekwencje dla gatunków i ekosystemów oraz niszczycielskie wstrząsy dla ludzkości. Chociaż będzie to miało szczególny wpływ na wrażliwe populacje, cała ludzkość stoi w obliczu bezprecedensowej katastrofy” – zaznaczają.

Koniec z luksusem

I podkreślają, że sam rozwój energetyki odnawialnej to za mało. Ich zdaniem potrzebne są polityki, które:

  • zakończą produkcję zbędnych i luksusowych towarów,
  • będą oszczędzać energię na poziomie gospodarstw domowych i społeczeństwa,
  • ustabilizują globalną populację
  • i zastąpią model wydobywczy modelem, który kładzie nacisk na prawdziwy zrównoważony rozwój (aby więcej zasobów naturalnych było dostępnych dla wszystkich).

„Zatrzymanie globalnego upadku ekologicznego i zajęcie się kryzysami związanymi ze zmianą klimatu, załamaniem bioróżnorodności, zanieczyszczeniem, pandemiami i niesprawiedliwością ludzką wymaga zmiany struktur gospodarczych, ludzkich zachowań, a przede wszystkim wartości” – podsumowują badacze.

Co, jeśli nie wejdziemy na odpowiednią drogę? Biorąc pod uwagę obecny stan ekosfery, 25 proc. wzrost populacji i prognozowane podwojenie działalności gospodarczej do 2050 roku może spowodować poważne zmiany. Las zamieni się w sawannę, a sawanna w pustynię na długo przed 2080 rokiem.

I na długo przed 2080 rokiem czeka nas świat, na który nie jesteśmy gotowi.

„Natura może narzucić własną korektę populacji, zanim prognozy zostaną zrealizowane” – twierdzą badacze.

Artykuł naukowców opublikowano na łamach Proceedings of the National Academy of Sciences NEXUS.

Wśród autorów publikacji znajdują się m.in. William J. Ripple, Michael Mann i Naomi Okreskes. To jedni z najbardziej zasłużonych i znanych naukowców zajmujących się dewastacją planety i zmianą klimatu oraz społecznymi konsekwencjami, jakie to za sobą niesie.

;

Udostępnij:

Szymon Bujalski

Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”

Komentarze