20 sierpnia 2021

Musimy wywieźć z Kabulu tyle osób, ile się da. Mamy na to jakieś dwa tygodnie - apeluje były ambasador

"Chodzi o to, żeby nie zakończyć tego przedwcześnie. Ogłosić, że ściągnęliśmy kilkoro współpracowników i cieszymy się, że już koniec z Afganistanem. Co chwila dostaję telefony od ludzi, którzy wciąż próbują uratować przyjaciół" - mówi OKO.press Piotr Łukasiewicz, żołnierz i były Ambasador RP w Afganistanie

W niedzielę 15 sierpnia Talibowie zajęli Kabul. Tego samego dnia Piotr Łukasiewicz, Janina Ochojska, Radosław Sikorski, Tomasz Siemoniak i Bogdan Klich wystosowali do polskiego rządu apel w sprawie ewakuacji Afgańczyków, którzy na przestrzeni lat współpracowali z polskimi instytucjami i organizacjami. W poniedziałek, po początkowych sprzecznych sygnałach, Mateusz Morawiecki poinformował o wysłaniu do Afganistanu samolotów. Trzy z nich dotarły już do Polski.

O sytuacji w Kabulu i o tym, jak dalej polski rząd powinien zaangażować się w pomoc humanitarną, rozmawiamy z Piotrem Łukasiewiczem.

"To moment na uratowanie większej liczby Afgańczyków"

Dominika Sitnicka, OKO.press: Gdzie znajdują się w tej chwili Afgańczycy, byli współpracownicy Wojska Polskiego oraz ambasady, w sprawie których wystosował pan w niedzielę list otwarty?

Piotr Łukasiewicz: Powiedziałbym w tej strefie bezpiecznej. To dzięki temu, że koczowali na lotnisku już od kilku dni. Gdyby wyruszali z miasta w tej chwili, to ich szanse byłyby nikłe. Teraz, żeby się tam dostać, trzeba przejść przez talibskie check-pointy.

A jednak apeluje pan na Twitterze, żeby rząd wysłał więcej samolotów. "To jest moment na uratowanie większej liczby Afgańczyków. Oprócz tych najbliżej współpracujących z nami, są tam tłumacze, współpracownicy NGO, goście ambasady, znajomi. Współpracownicy. Wykonawcy polskich projektów humanitarnych" - pisze pan.

Zbieramy w tej chwili informacje na temat tak zwanych "osób dodatkowych". Co chwila dostaję prośby, ktoś do mnie dzwoni z nadzieją, że uda się uratować jakichś archeologów, nauczycielki, himalaistów, muzyków. Okazuje się, że mnóstwo osób zna jakiegoś Afgańczyka, który w przeszłości współpracował z Polską w jakiejś luźnej, lub ścisłej formule. Napisałem ten apel na Twitterze, ponieważ zależy mi na tym, żeby i tych ludzi udało się uratować.

Nie chcę rozsądzać żadnych kategorii i wskazywać, kto powinien mieć pierwszeństwo w transporcie, czy ci, którzy pracowali w ambasadzie, czy ci, którzy grali koncerty chopinowskie. Apeluję po prostu o to, żeby ściągać tak długo, jak tylko można i tyle osób, ile tylko można.

Ale te szanse, jak sam pan mówi, są dosyć małe?

Proces wydobycia ludzi, którzy już są po tej bezpiecznej stronie, trwał około trzech dni. Najpierw były telefony, sygnały, żeby jak najszybciej kierowali się na lotnisko. Część z tych osób tam dochodziła, potem rezygnowała, wracała do domu po dzieci i z powrotem kierowała się na lotnisko.

Wszystko to musieliśmy koordynować tu, wraz z zespołem ratunkowym MSZ i wojska, z Warszawy. Teraz dzwonią do mnie kolejne osoby i mówią, że trzeba pomóc kogoś ewakuować, ale to wszystko proces, który trwa. Trzeba takie osoby zgłosić do lotu, odpowiednio nimi pokierować. To cała operacja. A ja jestem przecież w tym wszystkim zwykłym obywatelem.

Pan dziękuje na Twitterze między innymi Marcinowi Przydaczowi z MSZ, Michałowi Dworczykowi, Radosławowi Sikorskiemu. Rozmawiałam dziś z prof. Piotrem Balcerowiczem, który próbuje ściągnąć inżynierów, którzy lata temu pracowali przy projektach współfinansowanych przez polski rząd, ale w kontaktach z MSZ odbija się ciągle od drzwi do drzwi.

Ta sytuacja jest kryzysowa i bezprecedensowa, każdy działa na własną rękę. MSZ w trakcie kryzysu dopiero tworzył zespół ratunkowy, który zbierał i centralnie koordynował tego rodzaju sprawy.

Czyli chaos i działania punktowe?

Informacje napływają ze wszystkich stron. Krążą po różnych osobach, część ludzi próbuje się kontaktować z urzędnikami bezpośrednio, część szuka pośredników takich jak ja. Część kieruje się prosto do Kabulu, część do Ambasady w New Delhi. To nie jest skoordynowane. A ja nie jestem punktem kontaktowym, który ma jakieś magiczne wejścia do MSZ. Napisałem list, który podpisało kilku polityków związanych z Afganistanem i to spowodowało, że odezwali się do mnie urzędnicy państwowi różnego szczebla.

Posłuchaj także:

Na początku byłem ogromnie sfrustrowany, ale jak już ta machina MSZ-owska ruszyła, to sprawa osób, o które się upomnieliśmy, zakończyła się - może nie pełnym, ale na pewno dużym sukcesem. Ten proces trwał kilka dni. Jest jakiś zespół, który zbiera nazwiska i przesyła je do zespołu w Kabulu, ale to wszystko jest zupełnie zwariowane. Przypomina to bardziej ułańską szarżę niż niemiecką precyzję.

Zresztą, jak w wywiadzie mówił wiceminister obrony narodowej Wojciech Skurkiewicz, w tym pierwszym samolocie, który dotarł do Polski byli głównie obywatele innych krajów - Kanady, Szwecji, Holandii. Nie było tam nikogo z tych, mówiąc umownie, naszych przyjaciół. Oni potrzebowali aż trzech dni, żeby minąć tę bramę przed lotniskiem. Talibowie ich w końcu przepuścili na skutek różnych układów.

Jak to? Przecież ci ludzie uciekają w lęku, że Talibowie zabiją ich właśnie za to, że współpracowali z obcymi krajami i z rządem.

Afgańczycy rozmawiają ze sobą i Amerykanie rozmawiają z Talibami. A przynajmniej negocjują warunki wyjścia tych uciekinierów. Moja teza, choć wątła, jest taka, że Talibowie rozmawiają z dotychczasowym rządem o zakończeniu wojny domowej.

Jednocześnie Amerykanie, w pewnym porozumieniu z Talibami, starają się opanować chaos na lotnisku, żeby nie powtórzyły się sceny sprzed dwóch, trzech dni. W tej chwili sytuacja zaczyna się powoli stabilizować, bo schodzi pierwszy szok po zdobyciu Kabulu. Talibowie chcą zacząć rządzić, potrzebują do tego spokoju.

Tymczasem Amerykanie mają, jak sami deklarują, ok. 15 tysięcy ludzi do wywiezienia. To nie jest kwestia dziesięciu samolotów. Tych 15 tysięcy ludzi musi znaleźć się na lotnisku, przejść przez tę talibską bramę. To potrwa jakieś dwa tygodnie.

Mamy więc dwa tygodnie względnego spokoju. Z jednej strony jest jakaś wola polityczna po stronie Talibów, z drugiej - amerykańska wojskowa obecność na lotnisku gwarantująca bezpieczny start i lądowanie samolotów zachodnich.

Więc mamy to okienko, które możemy wykorzystać na powołanie zespołu kryzysowego, który zbierałby te wszystkie dane o "naszych Afgańczykach" i koordynował ich ewakuację. Żeby ludzie nie zgłaszali się do Łukasiewicza, który rozkłada ręce, tylko do konkretnego zespołu zadaniowego w MSZ. O to chodzi w moim apelu. Żeby nie zakończyć tego przedwcześnie. Ogłosić, że ściągnęliśmy kilkoro współpracowników i cieszymy się, że już koniec z Afganistanem.

Uniwersytet Opolski próbuje ściągnąć swoich afgańskich studentów z wymiany i rodzinę swojego afgańskiego pracownika.

No właśnie. I co ten Uniwersytet Opolski ma zrobić? Do kogo się zgłosić? Do mnie? I komu ja to prześlę?

Na razie pomagają im osoby prywatne, którym udało już się sprowadzić jedną rodzinę dzięki wyciosaniu sobie szlaku kontaktów przez pracowników MSZ, dziennikarzy, posłów, ambasadorów...

Czy tak to powinno wyglądać w cywilizowanym, rozwiniętym państwie? Nie. Mam wrażenie, że w niedzielę udało nam się wytworzyć pewną presję społeczną. Teraz jest ten moment, żeby urzędy zadziałały. Obserwowałem z zadowoleniem wzrost tej efektywności, poprawę komunikacji.

Te osoby, które wymieniłem w wątku, czyli Michał Dworczyk, Tomasz Szadkowski, Marcin Przydacz naprawdę niesamowicie się sprawdzili. Po prostu po urzędniczemu postarali się załatwić tę konkretną sprawę. Oni mają odpowiednią pozycję, kontakty. Cieszę się ogromnie, że to się udało. Ale wciąż apeluję o to, żeby nie ustawać w wysiłkach i żeby prowadzić tę akcję w sensownym wymiarze. Jeszcze kilka samolotów na pewno się przyda.

Udostępnij:

Dominika Sitnicka

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne