Prawa autorskie: Jakub Wlodek / Agencja GazetaJakub Wlodek / Agencja Gazeta
18 września 2021

Myśliwi i prokuratura ścigają za utrudnienie polowań. Prawniczka: "Wstyd mi za taki system"

"Mam klientkę, która zadzwoniła do służb, kiedy w pobliżu jej domu odbywało się polowanie. Przestraszyła się. Niedługo później prokuratura zaczęła przeciwko niej postępowanie w sprawie złożenia fałszywego zawiadomienia" - mówi mec. Karolina Kuszlewicz

"Lasy są nasze wspólne, nie są prywatnym folwarkiem myśliwych!" - napisała na Facebooku adwokatka Katarzyna Topczewska po kolejnej orzeczeniu sądu w sprawie osób "przeszkadzających" w polowaniach.

Od lutego 2020 roku "umyślne utrudnianie lub uniemożliwianie polowań" jest karalne. Grozi za to grzywna, kara ograniczenia wolności albo pozbawienie wolności do roku.

Myśliwi z tego przepisu chętnie korzystają. "On przede wszystkim wywołuje efekt mrożący, ale same sprawy póki co nie kończą się skazaniem" - mówi w rozmowie z OKO.press prawniczka zajmująca się prawami zwierząt Karolina Kuszlewicz.

Widać to w praktyce. 13 września 2021 Sąd Okręgowy w Łodzi podtrzymał decyzję Sądu Rejonowego w Zgierzu o umorzeniu postępowania w sprawie spacerowiczów, którzy mieli utrudniać myśliwym odstrzał.

Wcześniej Polski Związek Łowiecki i zgierska prokuratura oskarżyli grupę osób o przeszkadzanie w polowaniu m.in. przez "imitowanie grzybobrania".

"Szczerze oburza mnie to, że prokuratura z uporem maniaka stara się ukarać dobrych, przyzwoitych ludzi, a tak często przymyka oko na patologie w środowisku myśliwych" - komentowała Topczewska.

17 marca 2021 również w Zgierzu sąd uniewinnił dwóch mężczyzn, którzy mieli utrudniać odstrzał sanitarny dzików w lesie pod Bartoszewicami (woj. łódzkie).

O lex Ardanowski rozmawiamy z mec. Karoliną Kuszlewicz

Katarzyna Kojzar, OKO.press: Opisaliśmy historię pani Małgorzaty, która została oskarżona przez myśliwych o celowe utrudnianie polowania. Sprawą zajmie się prokuratura, a pani Małgorzata ma zarzuty o popełnienie przestępstwa. Jak Pani to ocenia?

Karolina Kuszlewicz, prawniczka zajmująca się prawami zwierząt: Na mocy przyjętych na początku 2020 roku przepisów, nazywanych lex Ardanowski, celowe utrudnianie lub uniemożliwianie polowania jest przestępstwem. Wpisano to do prawa łowieckiego, pomimo ogromnego sprzeciwu strony społecznej.

W mojej ocenie przepis narusza prawa obywatelskie. W sposób niewspółmierny kształtuje sytuację prawną osób przebywających w lesie i sytuację prawną myśliwych, promując tę drugą grupę. W toku prac legislacyjnych wskazywano na tę dysproporcję.

Jeśli popatrzymy na historię tego przepisu, zobaczymy, że ustawodawca jest pod tym względem bardzo niestabilny. Na początku 2018 rokiem uchwalono, że utrudnianie albo uniemożliwianie polowania będzie traktowane jako wykroczenie. 1 kwietnia 2018 weszła w życie ustawa nowelizująca, uchylająca ten przepis, uznając ściganie ludzi za bezsensowne. Uznano, że jest to czyn niekaralny.

Po czym niecałe dwa lata później ten sam czyn staje się aż przestępstwem. Mówimy o przepisach o charakterze represyjnym, które polegają na ściganiu obywateli i obywatelek. Tym nie można sobie szastać jak wiatr zawieje. A tak wyglądało uchwalanie tego przepisu.

Takie postępowanie to drwina z państwa prawa, w którym zwykli ludzie powinni czuć się bezpiecznie, mieć trwałe i jasno określone zasady. Tymczasem dziś można ich ścigać jak przestępców.

Co oznacza „utrudnianie” polowania? Pani Małgorzata krzyczała do myśliwych, że na stawach w Kośmidrach wciąż są młode ptaki z matkami. To już utrudnianie?

Właśnie tu dochodzimy do drugiej kwestii, jaką jest celowość tego przepisu. Bo czym jest "celowe utrudnianie" polowania? Załóżmy, że jest osoba, która idzie na spacer do lasu. Spotyka myśliwego na polowaniu indywidualnym, czyli takim, które, w przeciwieństwie do polowania zbiorowego, nie zostało zgłoszone wcześniej do urzędu gminy.

Myśliwy powie: ja tu poluję, musisz stąd odejść. A ta osoba zacznie dopytywać, czy polowanie jest legalne, na jakie gatunki poluje myśliwy, dlaczego akurat tutaj. Czy ona już utrudnia mu polowanie? Czy robi to celowo?

Takie sytuacje się zdarzają i one póki co nie doprowadzają na szczęście do wyroków skazujących. Osoba, która spotyka myśliwego w terenie i nie przychodzi tam z planem utrudnienia polowania, nie popełnia czynu zabronionego. A to, że wdaje się z nim w rozmowę, nie jest nielegalne.

Każdy ma prawo iść do lasu i każdy ma prawo zareagować na naruszenia związane z wykonywaniem polowania, jeśli na takie napotka.

Mec. Karolina Kuszlewicz

Zgłosiła myśliwych na policję, została oskarżona o przestępstwo

Zna pani takie sprawy z własnego doświadczenia?

Mam klientkę, która zadzwoniła do służb, kiedy w pobliżu jej domu odbywało się polowanie. Przyjechało kilkunastu mężczyzn, nigdy wcześniej się tam nie zjawiali. Ona udała się na policję, uprzednio dzwoniąc. Policja potraktowała to jako zawiadomienie o kłusownictwie i zaraz potem odmówiła wszczęcia postępowania.

Moja klientka nie chciała wchodzić w żadną zwadę, nie chciała zgłaszać kłusownictwa. Zobaczyła po prostu osoby, które mają niebezpieczną broń palną, która służy do zabijania zwierząt. Ale przecież każdy z nas może się przestraszyć. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do widoku ludzi z bronią.

Moja klientka właśnie tak zareagowała, przestraszyła się. Nie miała pojęcia, czy do zjazd legalny, czy nie. Szukała po prostu pomocy na policji. Niedługo później prokuratura zaczęła przeciwko niej postępowanie w sprawie złożenia fałszywego zawiadomienia. A jest to przestępstwo z art. 238 KK.

I ta kobieta była ścigana przez państwo polskie niemal przez trzy lata, prokuratura poddała ją nawet badaniom psychiatrycznym.

Przerażające.

Przerażające, bo była w tym zupełnie sama, a nikomu niczego nie utrudniała, nie chciała składać żadnego zawiadomienia o kłusownictwie. Po prostu była zaniepokojona obecnością tylu mężczyzn z bronią.

Jak się później okazało, było to zbiorowe polowanie, które nie zostało zgłoszone do urzędu gminy. Ale prokuratura tego nie sprawdziła, i zaczęła ścigać pojedynczą obywatelkę.

Są też oczywiście takie przypadki, kiedy aktywiści prozwierzęcy chcą sprawdzić, czy polowanie jest dobrze oznaczone. I tam dochodzi często do wezwania policji z obu stron. Aktywiści wzywają policję, bo coś jest nie tak, albo dochodzi do straszenia gatunków objętych ochroną, albo polowanie jest nieoznakowane. Myśliwi też wzywają policję, twierdząc, że dochodzi do utrudniania im polowania, tworzy się chaos.

Z mojej praktyki wynika, że te zgłoszenia strony społecznej zostają zlekceważone - to jest właśnie przypadek z Kośmider, gdzie policja została poinformowana, że dochodzi do płoszenia gatunków pod ochroną. To jest wykroczenie z art. 131 punkt 14 ustawy o ochronie przyrody.

A i tak pozwoliła na to, żeby polowanie się odbyło.

To jest jeszcze jeden wątek, dotyczący odpowiedzialności służb. Może należy zacząć pociągać do odpowiedzialności również służby, które pozwalają na łamanie prawa? Też mogę podać przykład mojej realnej sprawy. Hubertus, święto w którym myśliwi organizują mszę, a potem udają się do lasu polować.

Aktywiści pojechali sprawdzić, czy wszystko jest prawidłowo oznaczone. Nie było. Myśliwi, broń, jacyś ludzie na grzybobraniu. To był jeszcze czas przed lex Ardanowski, ta luka, kiedy chwiejny moralnie ustawodawca najpierw uznawał, że utrudnianie polowania to wykroczenie, a potem, że to niekaralny czyn. Wtedy obowiązywał przepis, według którego karalne było tylko utrudnianie odstrzału sanitarnego, a nie polowania w ogóle.

I co się dzieje? Polowanie nie jest oznaczone, przyjeżdża policja, a myśliwi ustnie zgłaszają, że prowadzą odstrzał sanitarny. Nie było śladu w dokumentach o odstrzale sanitarnym, w urzędzie zgłoszono polowanie na lisy i dziki. A przecież jak się robi odstrzał sanitarny dzików, to się nie poluje na lisy.

Przesłuchiwani na rozprawie myśliwi nie byli w stanie określić, jak, kiedy i na jakiej podstawie nastąpiło swoiste przekształcenie zwykłego polowania zbiorowego w odstrzał sanitarny. Według mnie doszło do tego wyłącznie na potrzeby ścigania społeczników. Tę sprawę też wygraliśmy, na razie w pierwszej instancji.

To są bardzo poważne sprawy. Ci ludzie zostali postawieni w stan oskarżenia za przestępstwo. Są zawody, które wymagają niekaralności. Dla niektórych może się to skończyć tragicznie.

Dlatego oburza mnie pochopność prokuratury, łatwość z jaką sięgnęła po narzędzia represji przeciwko tym razem dwóm kobietom i jednemu mężczyźnie. Mam poczucie, że w tych sprawach organy ścigania zamiast badać prawidłowość polowań lub odstrzałów sanitarnych, z góry dają wiarę myśliwym.

Lex Ardanowski w praktyce

Dziś, dzięki lex Ardanowski, myśliwi mają jeszcze więcej narzędzi pozwalających ścigać aktywistów lub po prostu osoby, które znalazły się w pobliżu polowania. Chętnie z tego korzystają?

Tych spraw trochę jest. Nie ogromna lawina, ale przepis jest wykorzystywany. On przede wszystkim wywołuje efekt mrożący, ale same sprawy póki co nie kończą się skazaniem. Mamy kilka umorzeń i uniewinnień. Bardzo trudno jest wykazać, że ci ludzie, nawet aktywiści, którzy się tam pojawili, zamierzali lub nie wchodzić na teren polowania.

Jeśli jakikolwiek człowiek, nieważne czy zupełnie prywatnie czy działający w ruchu społecznym, napotka na nieprawidłowości w organizacji polowania, w szczególności brak jego oznakowania, powinien niezwłocznie dzwonić na policję. Nie wyobrażam sobie karnego ścigania tej osoby w takiej sytuacji.

Jak powinno wyglądać prawidłowe oznakowanie polowania?

Znakowanie i informowanie dotyczy polowań zbiorowych. Przy polowaniu zbiorowym możemy upewnić się, czy na portalu gminy na 9 dni przed polowaniem była umieszczona informacja, że ono będzie się odbywać. Zarządca lub dzierżawca obwodu łowieckiego musi zgłosić to do urzędu gminy 14 dni przed, a gmina musi to opublikować maksymalnie 5 dni później.

Polowanie zbiorowe musi zostać oznaczone na żółtych, prostokątnych tablicach z czerwonym obramowaniem i napisem „Polowanie”, na wysokości 160 cm od ziemi, czyli ludzkiego wzroku. One powinny bardzo wyraźnie wyznaczać granice polowania, pokazywać, gdzie jest koniec i początek tego terenu.

Czyli jeśli idę do lasu i widzę taką tablicę, lepiej zawrócić.

Nie należy dalej iść, bo to miejsce niebezpieczne. Abstrahując już od przepisu o utrudnianiu polowania. Lepiej tam nie iść, żeby nie narazić się na śmierć przez postrzelenie.

Tragedia Imanaliego

Choć historia pokazuje, że nawet jeśli znajdujemy się dość daleko od terenu polowania i nie mamy w planie go utrudniać, jesteśmy w niebezpieczeństwie. We wrześniu rozpoczął się proces myśliwego, który zabił chłopaka z Kazachstanu, rzekomo biorąc go za dzika.

Polski Związek Łowiecki stara się od tego polowania odciąć, mówiąc, że ten pan się nie wpisał do książki polowań, że pojechał tam jako kłusownik. Ale to nie jest takie proste. On był myśliwym, chciał tam polować i podkreślał to nawet na rozprawie: pojechałem tam jako myśliwy, nie jako kłusownik. A dlaczego nie wpisałem się do książki polowań? Taka była dynamika. Czasami się wpisujemy, czasami nie.

To jest tragedia, o której dużo myślę. Imanali był bardzo zdolnym chłopakiem, zdeterminowanym, by zadbać o swoje życie. Stracił je w wieku 16 lat, w miejscu, w którym powinien być bezpieczny, w bliskiej odległości od swojego internatu. Należy zadać sobie pytanie, czy gdyby oskarżony nie miał wcześniej pozwolenia na broń, wyjechałby w teren oddać strzał? Moim zdaniem – nie. Więc próba odcinania się PZŁ od tej sprawy jest moim zdaniem po prostu nie fair.

Przywileje myśliwych

Myśliwi kurczowo trzymają się punktu 8 art. 52 prawa łowieckiego, czyli właśnie tego zakazującego utrudniania polowań. Ale inne zasady wydają się nie być już dla nich aż tak ważne – jak choćby punkt 7 mówiący o zakazie zabierania dzieci na polowania. A to się przecież zdarza.

Mnie jest ciężko ocenić, jak częsta jest ta praktyka. Wiemy, że część środowiska lobbuje za tym, żeby dzieci wróciły na polowania. Pamiętajmy o tym, że dopiero teraz zaczyna się społeczna kontrola polowań i łowiectwa.

Przecież myśliwi to grupa ludzi o naprawdę dużych przywilejach, posiadająca broń, która może wchodzić do lasu, może tam strzelać, zabijać zwierzęta, a jednocześnie jest bardzo chroniona przez prawo. Wystarczy, że taki uprzywilejowany myśliwy wyciągnie telefon i powie, że ktoś mu utrudnia polowanie.

Ludzie się tego boją, łatwo ich odstraszyć i zastraszyć wizją oskarżeń o popełnienie przestępstwa. Poza tym myśliwi robią rzeczy z zasady niebezpieczne, więc ludzie się do nich nie zbliżają. To bardzo dobrze dla ich bezpieczeństwa, ale właśnie przez ten strach przez lata nie wiedzieliśmy, co dzieje się na polowaniach. Wszystko było poza naszym wzrokiem i kontrolą.

I to dopiero zaczyna się dziać, że odważne ruchy obywatelskie, narażając się na odpowiedzialność z punktu 8, monitorują polowania.

Dostarczając dowodów, że naruszenia się zdarzają.

Na razie mamy obraz fragmentaryczny, ale nawet ten ujawniany przez organizacje społeczne czy przez dziennikarzy i dziennikarki daje świadectwo naprawdę poważnej skali naruszeń. Chociażby przykład wspomnianego przez panią polowania na ptaki w Kośmidrach.

Myśliwi polują, mimo że przepisy zabraniają im płoszenia chronionych gatunków. Czym jest więc prawna ochrona gatunkowa, skoro nie działa? Dlaczego ograny ścigania w ogóle nie reagują?

Prawo łowieckie nie wyłącza myśliwych z ochrony gatunkowej, nie mogą płoszyć chronionych ptaków, bo tak chcą i bo tam polują. Ale nie znamy pełnej skali naruszeń, bo kto ma to kontrolować? Myśliwym nie towarzyszy inspekcja weterynaryjna, a policja nie przyjeżdża na każde polowanie. Zresztą po tym, jak policja reaguje, a potem ściga tych, którzy zgłaszają nieprawidłowości, wiele bym się nie spodziewała.

Policja bez kompetencji

Po interwencji policji w Kośmidrach widać, że funkcjonariusze nie są do takich spraw przygotowani. Wezwani na miejsce mówili aktywistom i myśliwym: każdy z państwa ma trochę racji, my musimy się zapoznać z przepisami, bo zazwyczaj się takimi sprawami nie zajmujemy. Taki brak kompetencji jest powszechny?

Tak, i jest to tragedia zwierząt, ochrony gatunkowej i ludzi, którzy podejmują się odważnego i nieprzyjemnego działania w postaci interweniowania. Bo przecież oni tam nie przyjeżdżają z nudów, czy żeby się pokłócić dla idei. To zwykle wrażliwi ludzie, nie są pieniaczami.

Robią to, bo obawiają się, że na miejscu polowania jest łamane prawo dotyczące ochrony zwierząt. Ja z jednej strony rozumiem, że policja jest nieprzygotowana, bo policjanci nie przechodzą szkoleń, nie ma funkcjonariuszy, którzy zajmują się wyłącznie kwestiami ochrony zwierząt. Ale z drugiej, tej zdecydowanie ważniejszej strony, jest to karygodne, bo przecież policja jest organem ścigania. Kogo innego mamy wezwać?

Jak powinni zareagować policjanci w Kośmidrach?

Jeśli mają wątpliwości, która ze stron ma rację, nie powinni do polowania dopuścić. Nic by się wielkiego nie stało, gdyby to polowanie się nie odbyło. Nikt by nie ucierpiał. Trzeba było się douczyć, a do tego czasu nie zezwalać na polowanie. To tak naprawdę nie wymaga wielkiej nauki, a jedynie otwarcia ustawy o ochronie przyrody.

Ludzie, którzy tam interweniowali, byli przygotowani, wiedzieli, że na stawach w Kośmidrach są gatunki będące pod ochroną. Mieli ze sobą ich listę. I to prowadzi do paradoksalnej sytuacji.

Mamy prawo o ochronie przyrody, ale nikt go nie przestrzega. Organy ścigania nie reagują na łamanie tych przepisów. Nie mają kultury reagowania na sprawy związane z naruszeniami dokonywanymi przez myśliwych, bo przez dziesiątki lat w ogóle nie było takich spraw. Nie mają też kultury współpracy ze stroną społeczną. Traktują ich raczej jak „oszołomów”.

W sprawie tej kobiety, która poszła na policję po polowaniu przy jej domu, prokurator był tak zaangażowany, że porównał ją do „zorganizowanej grupy ekoterrorystów”. Jedną kobietę, która po prostu przestraszyła się kilkunastu mężczyzn z bronią. To oni przyjechali pod jej dom, ona ich nie szukała.

Jak skończyła się ta sprawa?

Prokurator postanowił zrobić z niej przestępczynię, ale wszystko przegrał z kretesem. W sierpniu 2021 sąd prawomocnie umorzył tę sprawę jako pozbawioną podstaw do ścigania.

Te niemal trzy lata postępowania karnego były dla mojej klientki naprawdę ciężkim czasem. Teraz kilka razy się zastanowi, zanim zwróci się do policji o pomoc. Ten kompletnie wyssany z palca proces toczył się z naszych podatków.

Niestety, ludzie, którzy stają w obronie zwierząt, są dziś w bardzo trudnej sytuacji. Wstyd mi za taki system. Ale z drugiej strony, te procesy, choć żmudne i stresujące, grają w dłuższej perspektywie na naszą korzyść. Dużo się na nich dowiadujemy o praktykach myśliwych. Wszystkie rozprawy są jawne, na razie wygrywamy, a zeznania myśliwych o kulisach polowań kolekcjonujemy.

Udostępnij:

Katarzyna Kojzar

Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne