Już nie tylko ekolodzy, ale również myśliwi buntują się przeciw ogromnemu odstrzałowi dzików, jakiego żąda ministerstwo Szyszki i Polski Związek Łowiecki. Zasadnicze wątpliwości ekologiczne zgłasza Sławomir Kłoda, myśliwy z woj. zachodniomorskiego. Oburza go również odstrzał ciężarnych i karmiących loch, bo "skazuje młode dziki na powolną śmierć głodową"

Sławomir Kłoda, myśliwy z woj. zachodniopomorskiego, mówi OKO.press, że decyzja ministra Szyszki o odstrzeleniu w październiku i listopadzie 2017 znacznej części populacji dzików, aby powstrzymać rozwój epidemii ASF, jest „kuriozalna” i stanowi zagrożenie dla ekosystemu leśnego. Trudno też będzie ją wykonać w tak krótkim czasie i o tej porze roku. Odstrzał wszystkich loch – także ciężarnych oraz prowadzących i karmiących warchlaki – jest sprzeczny z etyka łowiecką i okrutny nieetyczny, bo „skazuje młode dziki na powolną śmierć głodową”.

Wybić połowę dzików?

0,1 osobnika na km kw. na wschód i 0,5 osobnika na km kw. na zachód od Wisły. Tyle tylko dzików ma zostać w Polsce – chce Jan Szyszko i kierowane przez niego Ministerstwo Środowiska. Redukcja ma się odbyć nie tylko w lasach gospodarczych, ale również w parkach narodowych. Klub Przyrodników, jedna z najważniejszych polskich organizacji przyrodniczych i ekologicznych,  nazwał operację w parkach „rzezią”.

Desperacki krok resortu to odpowiedź na rozwijającą się od kilku lat epidemię Afrykańskiego Pomoru Świń (ASF) we wschodniej Polsce. Z powodu tej bardzo zaraźliwej choroby umierają nie tylko dziki, ale również świnie domowe. Na wirus ASF nie ma szczepionki, więc w przypadku odkrycia w jakimś gospodarstwie ogniska choroby, wybija się w nim wszystkie zwierzęta.

Problem jednak w tym, że

nie ma naukowych dowodów, że zaplanowany odstrzał dzików zahamuje epidemię ASF. Nie wiadomo nawet, jaki poziom zagęszczenia populacji dzików, mógłby zahamować rozprzestrzenianie się wirusa. Ministerstwo swoje limity wzięło „z sufitu”.

Co zresztą widać gołym okiem: dlaczego limit na zachód od Wisły ma być aż pięciokrotnie wyższy niż na wschód?

Poza tym, w województwie podlaskim był już praktykowany odstrzał całoroczny, gdy w latach 2014-2016 rozwijała się tam epidemia ASF. I – jak wcześniej zwrócił OKO.press uwagę dr Tomasz Podgórski z Instytutu Biologii Ssaków – „nie przyniósł on oczekiwanych skutków”.

Przyjęcie założeń Szyszki oznaczałoby, że w Polsce ma zostać ok. 90 tys. dzików. Nie wiadomo, ile ich jest obecnie, ale z pewnością znacznie więcej niż w listopadzie 2016, kiedy zlecona przez ministerstwo inwentaryzacja pozwoliła oszacować ich liczbę na 144 tys. (czyli ok. 0,5 dzika na km kw.). Wcześniejsze szacunki dla sezonu łowieckiego 2015/2016 wskazywały nawet na 264 tys. dzików.

To oznacza, że likwidacja miałaby dotyczyć co najmniej 40 proc., a zapewne połowy dzików, a może nawet więcej.

PZŁ mógł odmówić

Odstrzał dzików poza parkami narodowymi mają wykonać myśliwi z Polskiego Związku Łowieckiego (PZŁ).

Zarząd Główny zgodził się na to – a także pozytywnie zaopiniował rozporządzenie ministra – choć nie musiał. Jest przecież, przynajmniej formalnie, niezależną organizacją pozarządową.

Do kół łowieckich poszły już pisma wskazujące, ile dzików muszą zastrzelić myśliwi w swoich obwodach. I to do końca listopada.

„Decyzja władz PZŁ o redukcji pogłowia dzików w ciągu najbliższych dwóch miesięcy jest kuriozalna” – mówi OKO.press Sławomir Kłoda, myśliwy z woj. zachodniopomorskiego. -” Tak uważa też wielu moich kolegów-myśliwych”.

Pomysł radykalnej redukcji populacji dzików budzi obawy już nie tylko organizacji broniących przyrody.

Myśliwi są zaniepokojeni nie tylko skalą odstrzału i jego konsekwencjami dla środowiska naturalnego. Mają też obawy, że akcja, jaką mają wykonać, jest sprzeczna z myśliwską etyką.



Szyszko pod naciskiem Jurgiela

„Decyzja Zarządu Głównego wynika wyłącznie ze względów politycznych. Resort środowiska jest w sporze z ministrem rolnictwa Krzysztofem Jurgielem, który chce rozwiązania PZŁ” – mówi Kłoda. Zdaniem Jurgiela myśliwi nie wywiązują się  z odstrzału dzików w walce z ASF.

„Dlatego Zarząd Główny zrobi wszystko, by przypodobać się ministrowi Szyszce. Liczy na to, że minister środowiska odwdzięczy się i zabezpieczy byt PZŁ na przyszłość”.

Szyszko nawet specjalnie nie ukrywa, że za rozporządzeniem o wybijaniu dzików nie stoją racje merytoryczne. W oświadczeniu z 19-20 sierpnia 2017 roku – opublikowanym w  swoim ulubionym „Naszym Dzienniku” – szef resortu środowiska pisze, że „polscy myśliwi zrobią wszystko, aby wykonać redukcję dzika”. Ale przyznaje, że… „nie załagodzi to jednak problemu”, a „ASF będzie dalej opanowywał teren naszej Ojczyzny”. Dlaczego?

Ponieważ – pisze Szyszko – „winy nie ponosi tu dzik”, bo nie widziano, by „dzik przychodził do chlewni i w ten sposób zarażał świnie”. Winę za eksplozję ASF ponosi człowiek, który niedostatecznie dba o bioasekurację.

Wydaje się, więc, że Szyszko uległ naciskowi lobby rolników. A ci żądają wybicia tych zwierząt od lat. Przede wszystkim ze względu chorobę ASF, a także – na niszczenie zbiorów przez dziki.



Skutki ekologiczne mogą być groźne

„Ja i moi znajomi myśliwi zaczynamy sobie zadawać pytanie, jaki będzie wpływ tak  masowego odstrzału na populację dzików?” – mówi Kłoda.

Badacze, z którymi wcześniej rozmawiało OKO.press, również są zaniepokojeni. Skutki ekologiczne odstrzału dzików o takiej skali są trudne do przewidzenia, bo dzik jest gatunkiem kluczowym w ekosystemach leśnych.

„Dzik buchtuje w glebie w poszukiwaniu pokarmu. To przypomina przekopywanie ogródka – spulchnia glebę i napowietrza ją” – tłumaczył OKO.press dr Tomasz Podgórski z Instytutu Biologii Ssaków w Białowieży. Poza tym dzik przyczynia się do tzw. dyspersji nasion w lesie: zjada je w jednym miejscu, a wydala w innym. Co sprzyja samoregeneracji lasu.

„Pojawia się też pytanie, kiedy już będziemy wiedzieli, że mamy te przepisowe 0,5 lub 0,1 dzika na km? Jak wykonać ten plan, żeby zejść do tak niskiej liczby?” – pyta myśliwy Kłoda. Przy tak nisko założonym limicie,

myśliwi mogą „przestrzelić” populację, jeśli w porę nie przestaną polować.

„Poza tym, czy ktoś zastanowił się, że u tak przestrzelanej populacji lub w izolowanych watahach wzrośnie tzw. inbred, czyli  szkodliwe kojarzenie się spokrewnionych osobników? I jak to wpłynie na kondycję populacji? – mnoży pytania myśliwy.

Z jeleniami też nieracjonalnie

Myśliwy Kłoda zauważa, że brak racjonalności w zarządzaniu populacjami zwierzyny łownej widoczny jest także w przypadku jeleni.

„W wyniku narzuconych nam planów odstrzału, z niewiadomych powodów od kilku lat strzelamy prawie dwa razy więcej łań niż byków i cieląt. To jest ewidentnie odstrzał redukcyjny”.

To zmusza myśliwych do zabijania dużej liczby łań, które mają młode, co jest niezgodne z zasadami selekcji osobniczej – wyjaśnia Kłoda. – W dodatku ostatnie rozporządzenia wydłużyły okresy polowań.

„Trudno mi uwierzyć, by z 3-4 miesięcznego cielaka pozbawionego matki na następny rok mógł wyrosnąć okazały przedstawiciel gatunku” – mówi myśliwy.



Wątpliwości moralne

I w tym momencie pojawiają się wątpliwości moralne. „Myśliwy wykonując polowanie i inne czynności związane z gospodarką łowiecką wykazuje dbałość o środowisko przyrodnicze i równowagę ekologiczną” – głosi „Zbiór zasad etyki, tradycji i zwyczajów łowieckich”.

I zobowiązuje też myśliwych, by „w przypadku zauważonych nieprawidłowości nie pozostawali wobec nich obojętnymi”.

„My, myśliwi, powinniśmy stanąć w obronie dorobku kilku już pokoleń kolegów, dzięki którym doczekaliśmy się takiej obfitości zwierza w kniei” – mówi Kłoda.

Myśliwy mówi też OKO.press, że słyszał już o propozycjach wypłacania premii pieniężnych myśliwym, by zachęcić ich do intensywniejszego polowania na dziki.

„A przecież jedna z zasad naszej etyki mówi, że myśliwy nie szuka w łowiectwie korzyści materialnych, a myślistwo nie może być środkiem do ich osiągania'” – cytuje z pamięci Kłoda. „I że największą satysfakcję myśliwemu dają obcowanie z przyrodą, przeżycia łowieckie oraz zadowolenie ze współdziałania w gronie myśliwych”.



Młodzi nie mają wyrzutów sumienia

Kłoda obawia się również, że tak

zawyżone limity odstrzału będą utrwalały wśród myśliwych niewłaściwe postawy etyczne.

„Kiedy zaczynałem polować, to odstrzał lochy był niemile widziany” – opowiada. W jego kole łowieckim był nawet taki zwyczaj, że jeśli już ktoś to przypadkowo zrobił – np. na polowaniu zbiorowym – to płacił do kasy koła 50 zł umownej kary. „To miało  znaczenie symboliczne” – mówi Kłoda.

Ale – mówi – młode pokolenie myśliwych nie ma już problemu ze strzelaniem do loch.

Starsi myśliwi patrzą na to z niechęcią, bo postrzegają siebie nie tylko jako „strzelców”, ale też „hodowców” dzikiej zwierzyny. A rozporządzenie ministra środowiska zezwala na strzelanie do wszystkich loch: także tych ciężarnych oraz prowadzących i karmiących warchlaki (małe dziczki).

„Skazuje się młode dziki na powolną śmierć głodową. W mojej ocenie to powinno być traktowane na równi ze znęcaniem się nad zwierzęciem, a nie być dopuszczone prawem” – komentuje Kłoda.

Ale jeśli myśliwy będzie chciał zwrócić koledze uwagę, że ten poluje nieetycznie, to kolega mu odpowie, że poluje zgodnie z prawem. „Niestety będzie miał rację” – irytuje się Kłoda.

Nierealny plan Szyszki

Koło łowieckie, którego nasz rozmówca jest członkiem, ma odstrzelić do końca listopada 312 dzików.

Myśliwy podkreśla, że on i większość jego kolegów uważają plan odstrzału takiej liczby dzików za nierealny.

„W całym sezonie  2016/2017 odstrzeliliśmy 270 dzików. A był on wyjątkowo intensywny pod względem wyjść na łowiska czy polowań zbiorowych. Mieliśmy do wykonania wysoki plan pozyskania jelenia, o co stale apelował Zarząd Koła.

Kłoda zżyma się, że myśliwi są teraz traktowani jak jakaś umundurowana i skoszarowana armia. „Każdy ma pracę i życie osobiste, myślistwo jest tylko dodatkiem. Nie możemy nagle rzucić tego wszystkiego, by od rana do wieczora siedzieć w lesie, bo tak sobie zażyczył łowczy okręgowy”.



Im więcej się poluje, tym mniej się strzela

Kłoda dodaje, że październik i listopad to trudny okres do polowań na dziki. Dlaczego? Bo na polach jest jeszcze kukurydza, którą dziki lubią. I w której cały czas siedzą.

Poza tym, dni są już dość krótkie, a noce pochmurne. Nocne polowania też byłyby łatwiejsze, gdyby leżał już śnieg, bo „czarnego zwierza byłoby widać”.

„Z moich obserwacji wynika też, że im intensywniej się poluje, tym mniej zwierząt się strzela” – mówi myśliwy.

Dlaczego? Bo częsta obecność myśliwych w łowisku powoduje, że zwierzyna robi się ostrożniejsza. Płoszą ją strzały, hałas powodowany przez samochody, uczy się unikać miejsc, gdzie  wyczuwa ludzki zapach. Wychodzi na żer po zapadnięciu zmroku, a wraca przed nadejściem świtu.

A jak się nie uda?

Jesienią noce są już na tyle długie, że dzikom wystarcza czasu na żerowanie w nocy, kiedy szansa na spotkanie myśliwego znacząco spada. „Problemu nie rozwiążą też polowania zbiorowe, choć z pewnością – na nieszczęście dla naszych łowisk – będą sposobem na nadganianie planu” – mówi myśliwy.

A jeśli koła łowieckie nie zdążą zredukować populacji dzików do oczekiwanego przez ministerstwo Szyszki i PZŁ poziomu?

„Przecież wszystkich kół  – albo nawet większości – nie rozwiążą. A nawet jak rozwiążą, to w ich miejsce powstaną nowe. To byłby większy problem dla zarządu głównego PZŁ, niż dla szeregowego myśliwego”.


Abonament na wolność słowa!

lub

Przez przelew tradycyjny lub PayPal

Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym